Czarne, Katarzyna Kobylarczyk

Katarzyna Kobylarczyk, "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany"

Bardzo dobry reportaż wobec którego mam jednak mieszane odczucia. “Strupa” należy docenić za ogrom materiału, który zebrała i opracowała literacko Katarzyna Kobylarczyk. To imponująca praca - setki godzin rozmów, wizyt, wycieczek, lektur o hiszpańskiej wojnie domowej i jej dziedzictwie po czasy współczesne. Moje watpliwości budzi jednak literacka konstrukcja tego dzieła.

Historia ekshumacji ofiar wojennych i okołowojennych działań w Hiszpanii to niesamowita opowieść o ludziach i pamięci, o trwaniu w żałobie, ale też o konstruowaniu świętych, potrzebie zbudowania pomnika, choćby absurdalnego, pokazania światu swojej racji. Współczesna narracja, która oficjalnie mówi o pojednaniu zwaśnionych stron nie jest w pełni sprawiedliwa dla żadnej z nich. Kobylarczyk udaje się trudna sztuka ukazania racji zarówno prawej jak i lewej strony politycznej - współczesnych dziedziców republikańskiej i frankistowskiej przeszłości.

Kobylarczyk uniknęła też - za co jestem bardzo wdzięczny - nudnego już tematu udziału Polaków w hiszpańskim bratobójstwie. A to jest bardzo atrakcyjne dla każdego reportera - znaleźć polski wątek, choćby wąteczek. Czy atrakcyjne dla czytelnika? Pewnie tak, ale jednak krytycznie spoglądam na te polskocentryczne narracje. Cieszy, gdy książka jest zrozumiała i ciekawa dla każdego na świecie, kto by ją przeczytał. I tak z pewnością jest ze “Strupem”.

Dla mnie najciekawszą opowieścią w reportażu Kobylarczyk była ta o hiszpańskich ofiarach obozów koncentracyjnych. Większość z nich rekrutowała się spośród mieszkających we Francji uciekinierów przed frankistowskim terrorem. Traktowani początkowo jako “jeńcy wojenni” zostali przez Hiszpanię wydani Niemcom. Jakoś poruszająca jest historia ludzi, których zdradził własny kraj w tak dramatycznym momencie. I zdradzał też później, przez wiele lat ukrywając prawdę na ten temat.

Zatem reportersko wielka robota, lektura wciągająca, ale też irytująca. Przynajmniej mnie, bo chwilami miałem wrażenie, jakby Kobylarczyk tworzyła wręcz pastisz idealnych reportaży spod znaku Kapuścińskiego czy Krall. Rozpoczynanie kolejnych rozdziałów od “Umierają:” i następujących wyliczanek nieżyjących bohaterów, o których będzie w rozdziale. Do tego klasyczne reporterskie szybkie zbliżenie, po to by wprowadzić do historii poprzez jej szczegół, a następnie dopiero rozpocząć klasyczną narrację.Wystarczy napisać: “Dziewczynki bały się strzałów”. I już emocje wywołane.

Do tego dochodzi pisanie w trybie zmieniania czasów: “Wojtek pisze recenzje wieczorem pijąc białe wino. To nie będzie przychylna opinia. Sebastian, wnuk Wojtka będzie się zastanawiał czemu...” (przepraszam za ironię, ale męczy mnie ten tryb pisania już, a też się go kiedyś porządnie nauczyłem).

Albo wyliczanki:

“Nie wiadomo nic o śmierci szofera Fernando Masipa
Nie wiadomo nic o jego życiu w obozie
Nie napisał…”

Albo rytmiczne litanie dramatyzujące treść: “Umierają. Z głodu. Z wyczerpania. Podczas egzekucji. Od bicia. Umierają, bo mają złote zęby. Bo wstrzykuje im się zarazki… Bo pobiera im się krew…” i tak przez ćwierć strony.

To pewnie zależy od wrażliwości czytelniczej i estetycznych sympatii. Mnie ten sposób pisania już męczy, mam go od wielu lat dość i uważam, że polskiemu reportażowi dobrze zrobiłoby sięganie po inne wzorce, jak choćby literacki reportaż przedwojenny, gdzie można znaleźć ciekawe, bliskie powieści sposoby opowiadania, czy polski reportaż lat 60., do którego nawiązuje choćby Gierak-Onoszko. Metoda pisarska Kobylarczyk jest tak wręcz wycyzelowana i precyzyjna, że - w 2020 roku - wydaje się być anachroniczna. Gdyby jeszcze była pastiszem, a nie jest. Grozę autorka ma w swojej książce cały czas, tam jest tak jakby się Tochman skumał z Grossem i Reszką i pojechali na jakąś wesołą wycieczkę w Bieszczady czy gdzie tam. I nie trzeba było tego wzmacniać takimi środkami. Tak sobie sądzę.

W “Strupie” brakuje mi własnego stylu autorki, bo ukrywanie się za umiejętnością podrobienia klasyków reportażu to jednak nie jest działanie bardzo twórcze. Więc niezależnie od zawartości tego, że choć niechętny tematowi (Cercasa czytuję, mi to wystarczy w życiu, jakoś nigdy ten temat nie był mi bliski) przeczytałem “Strupa” z dużym zaciekawieniem, ale też obojętnością a wręcz chwilami niechęcią wobec wybranej formy artystycznej.

To czwarta z nominowanych do Nagrody im. Kapuścińskiego książek, które czytałem. “Bestia” Oscara Martineza przytłoczyła mnie stylem pisania i monotonią, nie dała się ukończyć, Joanna Gierak-Onoszko zachwyciła wagą tematu i sposobem jego opracowania, Artem Czech pokazał mistrzostwo opanowania warsztatu literackiego, choć pozostawił wątpliwości w kwestii samego reportażu, a “Strup” Kobylarczyk pozostawił mnie mocno rozdwojonego. Z jednej strony to z pewnością reportaż, któremu poświęcono najwięcej pracy, z drugiej - przewidywalny literacko, choć to oczywiście może się podobać, bo rośnie autorka na kontynuatorkę przecież klasycznej polskiej stylistyki reporterskiej. Nie tego jednak szukam w literaturze non-fiction.

A jak Państwa wrażenia?

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Czego katastrofa następuje u Haliny Snopkiewicz?