Znak, Jerzy Szperkowicz

[RECENZJA] Jerzy Szperkowicz, "Wrócę przed nocą. Reportaż o przemilczanym"

Powrót do miejsc znanych z dzieciństwa? Wspomnienia o przedwojennej idylli, wojennej pożodze? Dziecięcy mit kontrastujący z brutalną rzeczywistością? Skala mikrusa vs skala dorosłego? Wszystko to właściwie już znamy i czytaliśmy dziesiątki razy, literatura nie od dziś służy rozliczeniom z przeszłością, odkrywaniu zakrytego, ujawnianiu niejawnego.

“Prawie się upiekło, jak tyle razy wcześniej”. Pierwsze zdanie tej książki to nie tylko opis skutków uderzenia pioruna w nadnarwiański dom Szperkowicza i jego żony, ale i całego życia reportera. Upiekło mu się. Prawie. Stracił matkę, ojca, zachorował na nowotwór, ale wciąż ma pamięć, wciąż może pisać. “Niech starczy tchu”. To niezwykle osobista opowieść, w której czytelnik będzie poznawał życie reportera i jego bliskich i weźmie udział w śledztwie-wyprawie w jego rodzinne, dziś białoruskie, strony.

Kwiatów Niemcy się nie spodziewali. Mieli głupie miny, gdy wiechcie z rumianku i chabrów leciały w stronę ich samochodów i motorów rzucane przez dzieciaki z Miadzioła i okolic. Bliżej stamtąd do Wilna niż do Mińska, ale dzisiaj to Białoruś, nie Litwa. I na Białoruś, do Miadzioła i nad jezioro Narocz pojedzie Jerzy Szperkowicz, którego ojcu bardzo nie podobało się to, że syn tak gorliwie witał Niemców. Popatrzył “nie tak, jak lubiłem”, pisze reporter. Życie pod bokiem nazistów “przeniosło się na drogi gruntowe i pola”. Rosyjska partyzantka, polskie podziemie, z roku na rok biedniejsi mieszkańcy, wszyscy się ukrywali. I kryli siebie nawzajem. Kryli tych, co w 1943 roku zamordowali Wierę, matkę Jerzego, która poszła do fałszywej jak się później okazało przyjaciółki odebrać “oddaną na przechowanie wyprawkę dla naszej nowo narodzonej siostrzyczki Irenki”. “Był to czas wymarzony na wpisanie wszelkich porachunków w nurt dziejowych racji”, pisze Szperkowicz. Może dlatego łatwiej było zapomnieć, zrzucić winę na los, dzieje, historię. Ale przecież zrobili to konkretni ludzie, nie tylko przyjezdni ale i miejscowi, którzy dobrze znali lokalną dziedziczkę.

Nie powinna tam iść. W końcu już raz uciekli przed “pacyfikacją” ich niewielkiej posiadłości. Ale coś sprawiło, że Wiera z samego rana, nie budząc męża, idzie po swoje. Idzie też zobaczyć swoje - spaloną posiadłość, zrujnowane obejście. Idzie, bo to jej ziemia, jej kraj i jej ludzie. Córce obiecuje, że wróci przed nocą. To jej ludzie, swoi, będą przetrzymywać ją w ziemiance i to oni nie podadzą jej wody, choć wołać będzie głośno. Ten krzyk wielu zapamięta. Zapamiętają jak Wiera szła, jak była ciągnięta za koniem, jak mężczyźni do ziemianki wchodzili jeden za drugim. Pamiętają, że ktoś jednak wodę jej podał, ale nie było to nigdy powodem do dumy, a raczej wstydliwym gestem, który mógł kosztować życie całe rodziny. Nikt tylko nie pamięta gdzie Wiera została pochowana. O ile słowo “pochówek” tu pasuje. Szperkowicz jest precyzyjny w opisach, dlatego też się waham. Porzucona? Zakopana? Przysypana? Nie żyje, a miesiąc później mordują jej męża. Trójka dzieciaków zostaje sama.

O tym, co się działo nad Naroczą będą Szperkowiczowi opowiadać świadkowie, starcy rozpoznający w nim syna Wiery, staruszki wciąż bojące się mówić prawdę, bo mówienie prawdy nigdy nikomu nic dobrego nie przyniosło. Podróż w rodzinne strony, powrót do krainy dzieciństwa jest u Szperkowicza opisany wręcz brawurowo - sielanka i rzewne wspomnienie opisane poetyckim, barwnym i bogatym językiem spotyka się tu z pasją reporterską, z krótkimi dialogami, szybkimi diagnozami. Syn walczy z reporterem, żałobnik z historykiem. Miesza się tu wielka historia z tą mniejszą, prywatną. Bo skoro dom w Dubowem nad Użlanką spaliły Trupie Głowy “sprowadzone donosami, że nocujemy rosyjskich partyzantów i dożywiamy Żydów z leśnych ziemianek”, to mamy tu wielką historię mieszającą w skali prywatnej. Wydarzenie pozornie nieistotne dla przyszłości wojennej zawieruchy, które sprawiło, że powstała ta wspaniała książka.

Poza opowieścią o przeszłości “Wrócę przed nocą” to też obserwacja postsowieckiego świata, który leży blisko naszego, już jednak nowocześniejszego, choć też przecież nierozliczonego z przeszłością. Czytając dokument Szperkowicza na myśl przychodzi historia zbrodni w Jedwabnem, ale też “Dziedzictwo” Henryka Grynberga i film Pawła Łozińskiego, “Miejsce urodzenia”. Jest tu jednak coś więcej - niezwykła czułość wobec świata, życiowa mądrość, a przy tym niezwykle precyzyjna konstrukcja historii. Szperkowicz doskonale przeplata rozdziały o przeszłości wydarzeniami teraźniejszymi, prowadzone z detektywistyczną pasją śledztwo z nostalgicznymi opowieściami o ostatnim, przedwojennym lecie, czy Wilnie czasów młodości.

Siłą tej książki jest też to, co nieopowiedziane - jak trójce dzieciaków udało się przeżyć wojnę? Co działo się później? Jak odnaleźli swoje miejsce w świecie? Można tu znaleźć zaledwie kilka tropów do napisania tej historii, ale autor chce zostać w ukryciu. Mimo tego, że cały czas jest na pierwszym planie, to przynajmniej staje w cieniu, dzięki czemu to, co nieopowiedziane również opowiada.

“Wrócę przed nocą” jest opowieścią o domu, potrzebie zakorzenienia się, o czym przypomina nie tylko historia nadnarwiańskiego domu, która przeplata opowieść o przeszłości i śledztwie, ale i fantastyczny mikroreportaż o najmłodszej siostrze autora, która wyjechała do Austrii i… wyszła za nazistę. To tak w skrócie, bo to historia o kobiecie, która “uznała, że do niczego nie jest zobowiązana”, a w swoim życiu zakładała różne maski, które pomagały w szukaniu wolności i miłości. Bo to właśnie miłość, ostatnie - pisane wielką literą - słowo tej opowieści jest jej tematem spajającym całość tej historii. Miłość do matki i ojca, ironicznie opowiadana miłość do żony, miłość do siostry, która miała trzy miesiące, gdy zamordowano Wierę z Dubowego, miłość do Wilna i Dubowego, ale też miłość do życia i tego, co ono może przynieść. Choćby nawet przyniosło szpiczaka mnogiego. Wspaniała, mądra opowieść. Powrót do krainy dzieciństwa, powrót przed nocą.

Ps. ponieważ udało mi się w recenzji nie napisać “autor jest mężem Hanny Krall”, więc czynię to niniejszym. A jeśli jeszcze was nie zachęciłem do rzucenia wszystkiego i czytania tej książki, to w sekrecie zdradzę wam, że “Wrócę przed nocą” zawiera również relacje z wybierania przez Hannę Krall nagrobka dla siebie i męża. Wbrew pozorom to bardzo pogodna scena.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaka woda u Żywulskiej?