W.A.B, Jarosław Maślanek, Marta Kozłowska

Marta Kozłowska, "Stopa od Nogi", Jarosław Maślanek, "Góra Miłości"

Dwie książki wydane w jednej serii, dwie raczej nieudane w efekcie koncepcje literackie. “Stopa od nogi” Marty Kozłowskiej to książka skrząca się dowcipem, pięknym językiem, w którym grają różne rejestry, okraszona fantastycznym wyczuciem autorki, ale niestety tak jakby o niczym. Przeczytałem, przyswoiłem i wyszedłem z tego spotkania bez niczego dla siebie, a lubię coś podkraść z lektury. Kozłowska napisała satyrę, w której pobrzmiewa wiele melodii - od bajki magicznej, przez Schulza i Topora aż do Myśliwskiego czy najnowszych “powieści chłopskich”, jak książki Gogoli, Muszyńskiego czy Płazy. Z jednej strony historię hydraulika Czarka i jego syna Witusia można czytać jako próbę zmierzenia się z wielką tradycją i przekłucia tego balonika, a z drugiej jako poważną opowieść, domagającą się miejsca w literaturze dla surrealizmu. Niestety fabuła “Stopy od nogi” jest - mimo możliwości - dość przejrzysta i przewidywalna, a konstrukcja książki odrobinę przypomina grę RPG. Do mistrzostwa w dziedzinie grywalności posunął się zaś Jarosław Maślanek, który tragiczną opowieść o facecie, od którego nagle odchodzi (nieprzymuszona?) żona, opowiedział w sposób wyjątkowo prosty. Nasz bohater spotyka innych, którzy mają coś wspólnego z poszukiwaną żoną. Każde ze spotkań wnosi coś do naszej wiedzy o zaginionej i jej domowych relacjach, a także jest okazją do opowiedzenia historii napotkanego bohatera. Jak w Diablo - idziesz ścieżką, spotykasz goblina, klikasz na niego i się okazuje, że ma dla ciebie przydatne informacje i opowie historyjkę. I tak kilka razy. Bardzo to atrakcyjna formuła i pozwalająca autorowi na snucie kilku opowieści prawie symultanicznie, ale dość naiwna. Do tego Maślanek okrasił swoją powieść dość jednak chwilami pretensjonalnym słowotokiem, gdzie zza stosów niepotrzebnych przymiotników, dopowiedzeń i opisów trudno wyłuskać sens fabuły.

Powieść musi mieć “klimat”. Jak w “Jednym dniu Iwana Denisowicza”, który ma klimat. Jak u Strout, która zawsze ma klimat. Nad klimatem swoich dzieł bardzo skupili się autor i autorka prezentowanych tu książek, napracowali się nad językiem, który rzeczywiście jest oryginalny i jak na przewidywalności polskiej prozy, nawet jakoś ciekawy, ale zabrakło wykończenia. Po prostu zabrakło historii do opowiedzenia. W przypadku Kozłowskiej mnie to smuci, bo jest to niezwykle pięknie napisana opowieść, w której może za dużo uwagi poświęcono samej formie i koncepcji, zamiast przyjrzeć się temu, o czym się opowiada. W przypadku Maślanka język mni od początku powieści odrzucał, był nabzdyczony, na siłę ilustracyjny, same ornamenty, bez treści. Za dużo wodotrysków. Ciekawy pomysł został zabagniony przez nadmiar zdań, które niczego nie wnoszą. Maślanek ma potrzebę opowiedzenia o każdym szczególe, pozostawiając niewiele miejsca dla wyobraźni i zapominając, że dobrze by było, żeby akcja jednak rozwijała się dynamiczniej. W końcu jest to po części powieść detektywistyczna i dramat, którego rozwadnianie jest mocno niepotrzebne. No i to zakończenie… bez pomysłu, po prostej melodramatycznej linii.

Dobrze, że pojawiają się literackie eksperymenty, ale szkoda gdy nadmierne skupianie się na warstwie językowej (lub koncepcji samej powieści) sprawia, że w efekcie dostajemy książki zabawne, ale jakby nudne (Kozłowska), albo irytujące i nudne (przypadek Maślanka). Kibicuję Kozłowskiej, bo ma aparat tak pojęciowy, jak i umie w konstrukcję, ale myślę, że niepotrzebnie zatrzymała się w dość - jak na opowieść tego typu - przewidywalnej scenografii i rozpoznawalnych artefaktach. Jeszcze więcej szaleństwa, więcej odwagi i może dramat jakoś poważniejszy, a będzie dzieło wybitne. Ale debiut udany, bo przynajmniej jest o czym rozmawiać.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaki był różaniec u Rolleczek?