Czarne, Mira Marcinów

[RECENZJA] Mira Marcinów, "Bezmatek"

Terminologia pszczelarska jest najwyraźniej w modzie. Najpierw Dominika Słowik napisała “Zimowlę”, teraz Mira Marcinów prezentuje nam “Bezmatek”. Zimowla to ponad studniowy okres gdy pszczoły nie opuszczają ula, a “procesy życiowe rodziny pszczelej są spowolnione do minimum”. Dotyczy to oczywiście zimy. Bezmatek zaś to taki stan w ulu, w którym - brawo, wszyscy zgadli - nie ma pszczelej matki. Grozi to destabilizacją roju, osłabieniem siły rodziny, a pszczelarz powinien szybko podjąć odpowiednie działania. Pszczeli świat zdaje się być atrakcyjny do porównań z kilku względów - żyjemy w rojach, mniejszych lub większych, które łatwo zdestabilizować. Zimowlę to my dzisiaj mamy na żywo, a bezmatek dotyka nas co jakiś czas. Tak jak Mirę Marcinów, gdy zaczęła umierać matka narratorki jej książki.

Poza refleksją o popularności pszczelej terminologii nie da się ukryć, że książki o śmierci bliskich osób - jak choćby “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy - skonstruowane na zasadzie krótkich rozdziałów, wyimków z życia, czasem - jak u Marcinów - wręcz pojedynczych zdań rozsianych na kolejnych stronach, oddają nasz sposób myślenia o śmierci. Myślenia, które jest w jakiś sposób niemożliwe, trudne do wyobrażenia, jeżeli akurat nie jesteśmy w procesie czyjegoś, bliskiego nam umierania. Marcinów idealnie wykorzystuje taką formę, tworząc książkę aż nadmiernie wypracowaną. To dopracowanie formy może budzi pewne wątpliwości, ale przecież każda opowieść - nawet ta najbardziej autobiograficzna - jest konstrukcją i wariacją wokół tego co chcemy powiedzieć.

“Bezmatek” czyta się doskonale - o ile taką literaturę można czytać “doskonale” - autorka fantastycznie gra tempem powieści, tak samym rytmem zawartych w książce opowiadań jak i czasem opowieści, który chwilami zwalnia, by przyspieszyć, czy się nagle rozciągnąć, co ma miejsce, gdy Marcinów opowiada o żałobie swojej bohaterki. W warstwie opowieściowej to historia trudnej relacji matki i córki (czytając dużo literatury zaczyna się odnosić, że nie istnieją łatwe relacje matka-córka, ale to refleksja na inną opowieść), gdzie matka jest z jednej strony obiektem nienawiści i złości, ale też zazdrości i podglądackiej ciekawości. Matka pijąca, matka się malująca, matka żyjąca własnym życiem na pohybel wymaganiom innych, matka cierpiąca i wyżywająca się, matka-opiekunka śpiewająca radosne piosenki. Wiele matek w jednej kobiecie, a raczej w jej obrazie, który kreśli narratorka. Intrygująco odszukuje się w tej opowieści też biografii narratorki - świetnie podsuwane są informacje dotyczące jej seksualności, widać że Marcinów uważnie sączy nam pewne dane, licząc na zaskoczenie czytelnika. Biseksualny coming-out głównej bohaterki jest w tej opowieści wisienką na torcie.

Wszystko tu jest na swoim miejscu - będzie o seksie gdy umiera ci bliska osoba, jest malowanie matki po jej śmierci, historia o ubraniach schowanych “do trumny”, historia pogrzebowa… mimo niezwykłej sprawności tej książki, wybitności niektórych fragmentów, jako całość “Bezmatek” budzi pewną wątpliwość - książki wypracowanej, przestudiowanej, nadmiernej. Choć z drugiej strony ten nadmiar jest piękny i czyta się go z zapartych tchem. Dochodzimy tu oczywiście do mojego ulubionego tematu, czyli “zakładu autobiograficznego” - czy jest to prywatna historia czy kreacja? Na ile w ogóle potrzebujemy wiedzieć, że tak, to matka Miry Marcinów umarła w ten sposób,; tak, to autorka jest biseksuala, tak to właśnie ona, a to wszystko to prawda. Przyznaję, że mnie to w ogóle nie interesuje, dzięki czemu nie emocjonuję się tak pytaniem, czy mamy tu do czynienia z nadużyciem, czy jednak Marcinów (i jej matce) się to wszystko przydarzyło. Możliwe, ale co nam to daje, poza zaspokojeniem ciekawości? Choć jak to wpływa na ocenę dzieła literackiego, to wszyscy pewnie możemy odpowiedzieć.

Sączę te rozważania, bo choć pierwsza lektura książki Miry Marcinów była dla mnie przeżyciem emocjonalnym, którym się tu dzieliłem radośnie to gdy doszedł pewien namysł, zacząłem dostrzegać, że trochę za bardzo dałem się nabrać tej opowieści, bo też tak sobie wyobrażam idealny przepis na książkę o umieraniu, takie stadia i takie etapy uważam, że powinny być w niej zapisane. Za mało tu przełamań wzorca, za dużo wykorzystywania naszej potrzeby, by historie brzmiały tak jak powinny brzmieć. Co nie wyklucza tego, że jest to fragmentami książka wybitna i z pewnością dla wielu - podobnie jak piszący te słowa - będzie przeżyciem.

Jak ja lubię pisać recenzje, w których mam wątpliwości, pokazuję, że proces zastanawiania się nad książką trwa i nie każda natychmiastowa reakcja będzie podtrzymana dzień później. Zawsze później mi się obrywa w komentarzach, bo oczekujecie ode mnie jasnych odpowiedzi, ocen wyrazistych i konkretnych. A tak się nie zawsze da. To mi się w “Bezmatku” podoba, że w swojej konstrukcji jest wielopłaszczyznowy i zadaje pytania o literaturę funeralną, chwilami wydając się być nawet świadomym pastiszem takowej. Cholernie smutnym, dodajmy.

jeden komentarz

Basia

10.06.2021 21:33

Jak ja lubię czytać Twoje recenzje! Mam takie przemyślenia, że w Twoim wydaniu recenzja to rodzaj gatunku literackiego. Zastanawiam się czy są łatwe relacje między rodzicem, a dzieckiem? Czy relacje nie są trudne z gruntu rzeczy?

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Iwasiów jak lody