Czarne, Wojciech Chamier-Gliszczyński

[RECENZJA] Wojciech Chamier-Gliszczyński, "Portrecista psów"

Lubię robić zdjęcia Tajfunowi. W telefonie mam ich pewnie kilka tysięcy, bo śliczne to to i minki robi, i tak ładnie ziewa, paszczękę rozdziawia, turla się po podłodze w niezrozumiałym przypływie radości, na trawce siada dostojnie i władczo, a biel sierści uroczo kontrastuje z brunatną rzeczywistością. Niekiedy łapię się na myśli, że któreś z tych zdjęć, w czarno-białej tonacji, ilustrować będzie ostatni dzień naszej znajomości. Wspólne psioludzkie życie naznaczone jest czekaniem na jego koniec. W śmiertelność zwierząt wierzymy równie mocno jak we własną nieśmiertelność.

“Portrecista psów” Wojciecha Chamiera-Gliszyńskiego jest - przynajmniej dla mnie - powieścią o umieraniu, to rasowy mieszaniec traktatu filozoficznego i łotrzykowskiej historia opowiedziany w surrealistycznej tonacji, bo jak inaczej określić powieść, w której główną bohaterkę odwiedzają podporucznik Bernhard i chorąży Dehnel?

Polska w pierwszych dniach swojej niepodległości nie była krajem przyjaznym do życia. Zwłaszcza na właśnie co ustanowionym pograniczu, gdzie Niemcy i Polacy nagle znaleźli się po dwóch stronach, nie zawsze po tych, po których by chcieli. Ludzie z wojennej tułaczki wracają do swoich, nie-swoich domów, a niektórzy budują nową tożsamość, bo po wojnie przecież łatwiej. Robi tak główna bohaterka “Portrecisty psów”, która udając wdową po fotografie Dogsie przejmuje jego zakład w “dawnym mieście Konitz”. Na robieniu mieszczańskich portretów jednak się nie zna i potrzebuje pomocy. Na dane w prasie ogłoszenie zgłasza się tylko jeden sensowny kandydat. Syn Dogsa. On wie, że ona wie. Ona wie, że on wie. I nic - przynajmniej pozornie - sobie z tego nie robią.

Tak się zaczyna szalona opowieść o ludziach, którzy zaczną fotografować martwe psy, bo ludzie w tamtych czasach raczej nie fotografowali psów za życia, którzy założą dochodowe wydawnictwo z nieskromnymi zdjęciami pań, będą wodzić na pokuszenie i prowadzić szemrane interesy. Dodajmy do tej szalonej, mocno witkacowskiej w duchu (choć i Choromańskiego tu czuję) powieści kilka lesbijek, wędrowne cyrki, zawodowe morderczynie i filozofów z zamiłowaniem do entomologii. Dzieje się tu chwilami aż za dużo, ale taka konwencja. Chamier-Gliszczyński traktuje moment historyczny umownie, jako jedynie tło mające na celu pokazać, że nowa ojczyzna budowana jest na morderczych fantazmatach, a wola przetrwania jest ważniejsza niż etyka.

“Zabójstwo jako środek ostateczny”, “zabójstwo jako akt repulsywny i środek taktyczny”, takimi zdaniami kończy autor niektóre z rozdziałów powieści, w której obok opowiadania groteskowej historii przygląda się podejściu człowieka do śmiertelności, analizuje zło, bo wszyscy bohaterowie i bohaterki jego książki są źli, kłamią, oszukują, zdradzają i zabijają. Świat nie jest tu miejscem przyjemnego bytowania a walki o siebie, miłość, pieniądze, byt. “Portrecista psów” jest powieścią precyzyjnie zbudowaną, choć niekiedy może nadmiernie oddalająca się od narracji w stronę eseju filozoficznego, to skonstruowaną w sposób przemyślany i konsekwentny, co dostrzegamy zwłaszcza w zakończeniu, niosącym w sobie zaskakującą pointę.

To debiutancka powieść, choć czyta się ją jakby napisał ją literacki wyjadacz, dojrzały, świadomy swoich umiejętności twórca, sprawnie żonglujący konwencjami literackimi, oczytany filozof, złośliwy ironista. Wypełniona intertekstualnymi żartami, autoreferencyjna, bibliograficznie intrygująca, grająca prostackimi czasem schematami (mordercza lesbijka zakochana w zwiewnej Monie), które w surrealistycznej konwencji uchodzą i doskonale się czytają.

Chamier-Gliszczyński jest w “Portreciście psów” pisarzem wyjątkowo jednak nostalgicznym, w jakiś zaskakujący dla mnie sposób odtwarzającym literaturę sprzed prawie już stu lat, podrabiającym ją, bawiącym się jej konwencjami i konstrukcjami. To powieść tak o miłości jak i śmierci, czyli wszystkim tym, czym jest wypełniona psio-ludzka relacja. “Miłość na całe życie” w przypadku relacji zwierzoludzkiej jest miłością krótkookresową, tragiczną od samego jej zarania. Trawioną przeświadczeniem, że wystarczy chwila, jakaś roślinka niezjadliwa dla naszego wszystkożrącego kotka, jakiś odpad wynorany pod śmietnikiem, ból nie w porę odczytany.

“Portrecista psów” jest brutalny w swojej szczerości, ale na szczęście momentami ironiczny i - mimo pewnych dłużyzn eseistycznych - wciągający. Liczę na to, że podejmiecie próbę zderzenia się z tą powieścią, bo o tym, że w przyszłym roku będzie nominowana do wszystkich nagród “za debiut”, jestem już przekonany.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kto ocalił Izabelę Czajkę-Stachowicz?