DrugaNoga, Agata Loth-Ignaciuk, Format, Joanna Wajs, Centrala, Abner Graboff, Kropka, Bartłomiej Ignaciuk, Marta Frej, Katarzyna Kozłowska, Bajka, Nadia Terranova, Ofra Amit

[RECENZJA] Abner Graboff, "Co potrafią koty" - Agata Loth-Ignaciu, Bartłomiej Ignaciuk,, "Marek Kamiński. Jak zdobyć bieguny Ziemi... w rok" i "Doba na oceanie. Jak przepłynąć Atlantyk kajakiem" - Marta Frej, "Dromaderki" - Katarzyna Kozłowska, "O kruku który chciał zostać papugą"

Przeczytałem dla Was (i za Was) kilkadziesiąt książek dla dzieci i zamierzam sprawozdawać. Wszystko po to, byście się nie potknęli z prezentami.

Dostaję całkiem sporo książek dla dzieci i co jakiś czas zaglądam na tę kolorową stertę, bo przecież ile można czytać o poważnych sprawach dla poważnych ludzi. Biorę zatem taką książkę do ręki, już widzę w wyobraźni jak wypoczywam i zaśmiewam się w głos, a tam… katastrofa klimatyczna, smutne schulzowskie wizje, chłopcy zagubieni w wielkim mieście i smutne kruki nieakceptujące swoich cech gatunkowych. Też mi rozrywka.

Myślę, że dobra książka dla dzieci to taka, której autor czy autorka uznaje dziecko za stworzenie z olbrzymią wyobraźnią, odwagą, szczerością poznawczą oraz dostępem do internetu. I - broń bogini - nie pisze “książki dla dzieci”, bo to się kończy powtarzalną papką, która oczywiście dominuje na rynku i dzieci ją jedzą, tak jak jedzą landrynki i nawet nie ma co przesadzać - prawie wszyscy jedliśmy te landrynki i czytaliśmy taką papkę i jakoś przeżyliśmy, ale warto podsuwać dziecku czasem marchewkę. Czy co tam teraz się uznaje za wartościowe na giełdzie “żarćko dla malusińskich, co by rosły wielkie i mądre i nie były jak jeden Jarek z Żoliborza”.

Obejrzałem i poczytałem książkę Nadii Terranovej i Ofry Amit, “Bruno. Chłopiec, który nauczył się latać” (tłumaczenie Joanna Wajs) i zgodnie z opisem wydawcy - to są ładne, schulzowskie obrazki i całkiem sprawnie opowiedziana biografia pisarza, ale nie wiem kto wpadł na pomysł, by w artystycznej książce zastosować szereg różnych fontów, do tego jeszcze tak różniących się od siebie. W efekcie książka jest bałaganiarska i zachowuje się tak jak ja czasami, gdy odkryję jakiś fajny font - o, ładny, to se go użyję. Na szczęście przeważnie konsultuję moje graficzne dokonania. Tu zabrakło spójności, co zaszkodziło artystycznemu efektowi. Nie wzbudziła mojego zachwytu również książka “Co potrafią koty?”, bo poza clickbaitowym tytułem, ta krótka wyliczanka dla najmłodszych ma w sobie coś irytującego, a mianowicie zakończenie w którym dziecko śmieje się z tego, że koty nie potrafią się śmiać. No potwór po prostu, zero empatii. Graboff - co widać po ilustracjach i stylu komunikacji - napisał książkę w latach 60. i niezbyt rozumiem po co było ją wyciągać z archiwum.

Wynudziłem się potwornie czytając książkę Katarzyny Kozłowskiej, “O kruku, który chciał zostać papugą”, bo to jest takie oklepane, że można było jednak wymyślić coś ciekawszego. Kruk jest czarny i jest mu z tego powodu źle, zwłaszcza że zobaczył papugę (w klatce, co jakoś nie zaniepokoiło kruka, dopóki ta nie miała trafić decyzją właścicieli do zoo) i zapragnął mieć tyle kolorów w piórkach co ona (w domyśle każda papuga w bajce to samiczka?). Oczywiście próby zmiany ubarwienia spełzają na niczym (oczywiście jest mądra sowa, no musi być w bajce mądra sowa, bez mądrej sowy połowa autorów książek dla dzieci by musiała się przebranżowić chyba), a w finale kruk poznaje panią kruk, jest miłość i samoakceptacja. Kozłowska chciała powiedzieć coś pozytywnego o różnorodności, a wyszło jej, że najlepiej to we własnym stadzie.

Nie mam sprecyzowanego zdania wobec książki Marty Frej, “Dromaderki”, bo choć dotyczy bardzo ważnego tematu, jakim są przemilczane biografie kobiet walczących o odzyskanie przez Polskę niepodległości, to poza przypomnieniem kilku nazwisk i naszkicowaniem w kilkunastu zdaniach o wikipedyjnym uroku sytuacji i roli “dromaderek”, nie ma tu żadnej opowieści w rysunkach. A do tego niestety styl Frej, który jest świetny w prasie czy w mniejszej skali, na dużych planszach okazuje się jednak wyjątkowo prosty i zaskakujaco dekoracyjny. Ważna sprawa, ale książka w efekcie jest ilustracją do wikipedii.

Bardzo za to dużo pracy kosztowały Agatę Loth-Ignaciuk i Bartłomieja Ignaciuka książki o Marku Kamińskim i Aleksandrze Dobie. Dopracowane, bardzo szczegółowe, drobiazgowe ilustracje, świetne kolory i dziesiątki informacji o słynnych podróżnikach nie przysłaniają mi jednak wad tych książek. Pierwszą z nich jest hagiografia wielkiego, samotnego podróżnika, oczywiście mężczyzny - Doba i Kamiński dokonują rzeczy wielkich, choć tak do końca nie wiadomo co nam to dało, poza tym, że możemy sobie zrobić dzisiaj selfie z wielkim podróżnikiem i zaspokoić jakieś pierwotne instynkty odkrywców, to z obydwu książek trudno się dowiedzieć, czego tak właściwie dokonali Doba i Kamiński - odkryli coś nowego? Udowodnili jakąś teorię? Może chociaż dzięki ich wyprawom dokonał się jakiś postęp technologiczny - nowe kajaki, cieplejsze buty, lepsze narty, nie wiem - smaczniejsze żarcie liofilizowane? Z tych książek raczej się o tym nie dowiemy.

Są w opowieściach o wielkich podróżnikach momenty, nad którymi bym się głębiej niż autorzy zastanowił - Kamiński idąc na biegun zostawia ubrania, bo chce odciążyć ekwipunek. To zachowanie zdroworozsądkowe. Usprawiedliwia je tym, że ktoś sobie je weźmie. Ale w tym nie ma za grosz logiki - nie dość, że jesteśmy w świecie, w którym - jak co chwilę podkreślają autorzy - krajobraz zmienia się w przeciągu kilku godzin (ruchy lodu), to jeszcze wszyscy idący na biegun będą chcieli raczej postępować podobnie jak Kamiński, a nie traktować wyprawy jak wycieczki do lumpa (uwielbiam to słowo) po nowe-stare ciuchy. Czy Kamiński zatem śmiecił, a autorzy puszczają to płazem, bo przecież książka jest autoryzowana przez podróżnika, a na zakończenie dostajemy reklamę programu motywacyjnego Marka Kamińskiego?

Autorzy książki w ogóle niewiele uwagi poświęcają przyrodzie, a już zwłaszcza dziwi pominięcie wpływu człowieka na zmiany klimatu, ten temat - co wydaje się wręcz nieprawdopodobne - w ogóle nie pojawia się w opowieści o Kamińskim. I choć dowiadujemy się nawet o tym, że podróżnik skrócił sobie szczoteczkę o połowę, żeby mu lżej się szło, to czytelnik nic nie dowie się o tym, że ta połowa szczoteczki to - zwłaszcza w połowie lat 90. - był plastik, a więc odpad, który w dużej mierze odpowiada za to, że za jakiś czas to będziemy statkiem na biegun pływać, jeśli w ogóle będziemy coś robić.

Podobnie jest w historii Doby - tutaj też wszyscy mają dobry humor, a wydaje mi się, że nie po to dożyliśmy 2020 roku, by wciąż opowiadać odrealnione historie o wielkich podróżnikach i wychowywać dzieci w naiwnych wizjach podróżniczych. I choć to bardzo ładne, starannie wydane książki, w które włożono bardzo dużo pracy, to jestem im bardzo przeciwny.

O literaturze dla dzieci pisze się co do zasady dobrze, lubimy się pozachwycać i często rzucamy się radośnie na rzeczy, które przy bliższej analizie zaczynają dziwnie pachnieć.

Na szczęście jest też sporo bardzo dobrych książek dla dzieci, ale o nich dopiero za kilka dni, wracam do “Ludowej historii Polski” Leszczyńskiego, który właśnie pokazuje, że za długo byliśmy przyzwyczajeni do jednej narracji historycznej. A o dobrych książkach dla dzieci napiszę już niedługo.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Czego katastrofa następuje u Haliny Snopkiewicz?