Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Eliane Brum, Gabriel Borowski

Na marginesie książki Eliane Brum, "Kolekcjoner porzuconych dusz"

Osoby piszące reportaże z oczywistych przyczyn takich jak wyczyn, nakład pracy, zaangażowanie emocjonalnego mają potrzebę opowiadania o sobie. Są na to różne formuły jak choćby autoreportaż w stylu Mariusza Szczygła (przykład pozytywny, choć trochę narcystyczny), czy reportaż uczestniczący ale napisany z dystansem i analizą własnych przeżyć jak u Matthew Desmonda w “Eksmitowanych” (tłum. Tomasz S. Gałązka).

Okazuje się, że jest też taka formuła, która osiąga szczyty kuriozalności i pretensjonalności, a mianowicie - wstęp do polskiego wydania. Eliane Brum, autorka skądinąd niezłego zbioru reportaży “Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii” (tłum. Gabriel Borowski) gdy dowiedziała się o polskim przekładzie postanowiła napisać dwudziestostronicowy (!) wstęp, w którym uznała, że trzeba się porównać do laureatów Nobla, pochwalić osiągnięciami, poepatować zaangażowaniem a do tego jeszcze wyjaśnić osobom czytającym, co ich czeka w książce. Dwadzieścia stron narcystycznej autopromocji, podczas której lektury moje zaskoczenie tylko rosło. Ten tekst powinien być analizowany we wszystkich “szkołach reportażu”, jako przestroga przed brakiem skromności, jako opowieść o tym, co może czekać osobę piszącą reportaż po międzynarodowym sukcesie i jednocześnie kreację “postaci reporterki”, czyli tej, która najpierw odnajduje dla nas jakiś świat, a następnie go przekłada na język gatunku literackiego. Niesamowita lektura, czas na przykłady.

Już na samym początku Brum podkreśla swoją wyjątkowość: “Uprawianie dziennikarstwa, przynajmniej w moim przypadku, oznacza wejście w cudzą skórę”. Wtrącenie “przynajmniej w moim przypadku” ma wyodrębnić reporterkę z tłumu innych piszących o świecie, a poetycka metafora podkreślić jej zrozumienie świata, o czym będzie przypominać co kilka akapitów. Nie zabraknie umizgiwania się do czytelnika w bezpośrednim zwrocie: “Skoro sięgasz po reportaże jakiejś brazylijskiej dziennikarki i czytasz te słowa, oznacza to, że również nie znosisz barier”. Tak można napisać na 200 a nie 15 stronie książki. Ja co prawda barier nie lubię, to projektowanie bliskiej relacji reporterka-czytelnik poprzez zasugerowanie wspólnej płaszczyzny i kodu lektury to zabieg dość prostacki.

Brum pisze dalej, że gdy jest za granicą, uświadamia sobie, że “dla większości czytelników na świecie Brazylia w ogóle nie istnieje”. O i tu znowu, droga czytelniczko, możesz się poczuc wyróżniona - przecież ty wiesz, gdzie leży Brazylia i nie postrzegasz jej przez “stereotypy dotyczące karnawału”. Zadzierzgnięta w poprzednim akapicie znajomość z Brum ma zatem szansę na bardziej pogłębioną relację.

Zawsze dobrze jest powiedzieć, że czegoś się nie potrafi. Zwłaszcza we wstępie do książki, w której się pokazuje, że jednak się potrafi. Dzięki skromności, może nawet nie fałszywej, ale zupełnie niepotrzebnej we wstępie (co innego w podziękowaniach, jakimś krótkim epilogu) Brum staje się kimś ludzkim, bliskim czytelniczce. A pisze przecież reporterka - “Wyzwaniem stojącym przede mną jako reporterką jest dotarcie do tych różnorodnych języków (...). To wyzwanie, którego się podejmuje i z którego nie potrafię zarazem się wywiązać”. A jednak się udało! Zakrzyknie czytelnik po lekturze, dobrze ustawiony do lektury.

Dalej już przesadza pisząc, że pomostem między różnymi obrazami Brazylii “czyni swoje ciało”, celem jej pisania jest “uchwycenie jednostkowości każdego losu”, a “śmierć jednych nie może znaczyć więcej niż śmierć drugich”. Paulo Coelho najwyraźniej odcisnął niezacieralne piętno na brazylijskiej literaturze. Brum fascynuje “jak każdy człowiek, z początku nagi i z tak ograniczonymi zasobami, wynajduje swój los”. Mnie też fascynuje jak reporter może pisać takie oczywiste kocopoły polskiemu czytelnikowi i jak wynalazł taką metodę autoprezentacji. Autorka co chwilę opowiada o swoich reportażach dodajć sformułowania w rodzaju “w tym tkwi istota”, “ten reportaż świadczy o tym co porusza mnie” (eureka!), “celem tych niewielkich reportaży”, a gdy przeczytałem zdanie “Małe opowieści - ogrom pracy”, to musiałem dziełem Brum ciepnąć o ścianę i wróciłem do lektury. Przecież to chyba jasne, że nad książką jest sporo roboty, ale to ma czytelnik docenić i zobaczyć w trakcie lektury.

I co robi Brum? Wow! Brum, żeby dowiedzieć się jaka była danego dnia pogoda, “wypytuje mieszkańców” i jeszcze sprawdza “to na kilku stronach poświęconych meteorologii”. Niesamowite! Ale przecież to “blaski i cienie reportaży jako takiej odmiany pisania, która ręce i nogi ma dopiero po wyczerpującym zbadaniu każdej informacji”. Przecież “nawet laureat Literackiej Nagrody Nobla nie napisze wartościowego reportażu, jeśli nie wyleje siódmych potów, żeby ustalić szczegóły wydarzenia”. Swietłana Aleksijewicz akurat nie wylewała “siódmych potów”, tylko słuchała ludzi uważnie w swoich najlepszych książkach. Reporterka nie zawsze musi wiedzieć wszystko, ważne by czytelnik był przekonany o tym, że nie musi wiedzieć więcej.

Dalej mamy jakąś kosmiczną odyseję pod tytułem “moje pojęcie reportażu”, gdzie Brum pisze o tym, że wypracowywała je przez trzydzieści lat i oznacza ono “konieczność opuszczenia siebie i zamieszkania w drugim człowieku”. Rozumiem wpływ ruchów neokatechumenalnych na społeczeństwo brazylijskie, ale na literaturę? Taki poetycki dyrdymał - autorka całą siebie oddaje sprawie i człowiekowi. Jak to podkreśla literacko? Osoby znające polską szkołę reportażu znają ten zabieg nadto dobrze - wyliczanką. Bo to zawsze trzeba tak pisać (zmyślam na szybko):

- Andrzej jeszcze długi czas nie mógł otrząsnąć się po tym, co wydarzyło się w maju. Ale życie musiało trwać. Praca. Dom. Szkoła. Netflix. Powoli, powoli, powoli, zapominał. Wszystkiego.

Brum wspomina, że pisanie “to dla mnie czynność cielesna, fizyczna”, słuchanie musi “powstrzymywać się od wtrąceń”, a “od umiejętności zadawania pytań ważniejsza jest umiejętność wysłuchania odpowiedzi”, co pobrzmiewa wszystko szkolnym banałem. Sama o swojej książce pisze, że udało jej się oddać “bogactwo języka bohaterek” i ich “wyjątkowy sposób wyrażania” O sobie dalej - “piszę, jakby układała muzykę”, “zaskakują wielu ludzi, gdy od razu dostrzegam”, “niektórzy pytają mnie czasem”, “dobrze znam słabostki swojego człowieczeństwa”, a na sam koniec tego absolutnie niestrawnego tekstu cytuje “wielkiego brazylijskiego intelektualistę”. Nie, nie, nie Coelho. Choć by pasował.

Niezwykły, kilkudziesięciostronicowy pokaz reporterskiego narcyzmu, umizgów do osób czytających, coś zwyczajnie okropnego, ale też ciekawego na wielu poziomach analizy - kreacji autorskiej, obaw kogoś “z drugiej półkuli” przez odbiorem, niepewności, przekonania o własnej wyjątkowości i tak dalej. Eliane Brum może i jest dobrą reporterką, a jej dokonania i reportaże są ciekawe, ale jest też twórczynią, która pokazuje co jest najgorszą cechą reporterów - poczucie, że czytelnika trzeba prowadzić za rączkę, bo inaczej się pogubi. Niezwykły pokaz pseudopoetyckiego pustosłowia, okraszony narcystyczną narracją. Tylko dla odważnych.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?