Czarne, Olga Hund

[RECENZJA] Olga Hund, "Łyski liczą do trzech"

Dobrze napisane sceny z pieskami wystarczą mi za całą książkę. A w “Łyski liczą do trzech” Olgi Hund znajdziecie fantastyczną scenę z udziałem pieska i kochającego merdające ssaki policjanta, któremu jest bardzo przykro, że czworonóg nie pała miłością do munduru. Co wyniknie z miłości Jardy do piesków i dlaczego skończy się to (prawie) rewolucją w Czechach?

Myślę, że warto sięgnąć po drugą książkę laureatki Nagrody Conrada choćby po to, by poznać rozwiązanie tej zagadki. Nie jest powieść wybitna, ani jakoś szczególnie zostająca z człowiekiem na dłużej, ale jest to na pewno historia zabawna, po której pałętają się fantastyczni bohaterowie i bohaterki, a całość mimo pewnej dydaktycznej oczywistości tworzy po prostu przyjemną opowieść. Jak ustaliliśmy na wczorajszym klubie książkowym, książka Olgi Hund jest “spoko”. I to ani nie jest nagana, ani też nadmiernie entuzjastyczna pochwała.

Co jest tu zbyt oczywiste? Społeczne tło, mające swoje zbyt realne jednak odniesienia. Historia Czechów niecierpiących Caaaków, których bronią anarchiści i pankowcy (pisownia autorska Olgu Hund) i zlińskiego festynu, który ma być okazją do bliższego poznania się dwóch stron konfliktu wydaje mi się tak oczywista i prosta, że nawet groteskowe postaci, unoszący się nad tą książką duch “Króla Ubu”, mrożkowski klimat zmieszany z wyobraźnią, którą znamy choćby z dramatów Weroniki Murek, nie sprawił, bym bardzo się w to wszystko dal wciągnąć. Gdyby nie pieski i nie policjant Jarda (dobry policjant, straszne i wspaniałe jednocześnie!), “Łyski liczą do trzech” zostawiłyby mnie jeszcze bardziej obojętnego.

Hund pokazuje oczywiście, że świetnie panuje nad konstrukcją książki, pamięta o klamrach i mimo odrobiny literackiego szaleństwa, jest pisarką precyzyjną w swojej wypowiedzi i planie książki. Jednocześnie pewna prostota opowiedzianych tu historii, ich popkulturowa płaskość dla jednych mogą być zaletą tej książki, dla innych - wadą. I choć na klubie książkowym niewiele osób zgodziło się ze mną, że sporo tu ze Szczerka, to mam ochotę bronić swojej wizji, bo Hund miejscami pisze reportaż z Czech, w którym my oczywiście próbujemy widzieć metaforę Polski. To taki Szczygieł na wspak (do autora “Gottlandu” są tu aż nader czytelne nawiązania), powieść drogi, w której mogą wydarzać się rzeczy rodem z Bonda czy Monty Pythona. I dlatego widzę w tym pokrewieństwo ze Szczerkiem. Jednocześnie zastanawiam się na ile ta “aktywistyczna” powieść będzie ciekawa osób spoza pewnej krakowsko-fejsowo-warszawskiej bańki lewicowej. Czy to nie jest książka za bardzo korzystającą z kodów zrozumiałych dla wąskiego grona osób i nadmiernie słuszno-słuszna w swojej słuszności. Ale ostatnio literatura coraz częściej staje się właśnie taka - opowiada o ideach bardzo wprost, jakby nie ufając metaforom. W naszej lewicowej bańce ostatnio namnożyło się takich dzieł - “Cukry” Doroty Kotas, “Twarz, brzuch, głowa” Wandy Hagedorn i Oli Szmidy opowiadają o doświadczeniach autorek w sposób niedopuszczający w ogóle możliwości krytycznego przyglądania się im. Krytykując krytykuje się bowiem idee, które głoszą, a te są ze wszech miar słuszne. A literatura? Ja się zupełnie nie odnajduję w literaturze tak oczywistej dla mojego światopoglądu, w której nie jestem konfrontowany z czymś niewygodnym, a co najwyżej pouczany.

Utwierdzanie się we własnych poglądach jest nam potrzebne, autoafirmacja i bycie dla siebie dobrym, ale przekaz, który tylko mnie głaszcze w utwierdzaniu bycia “po słusznej stronie” nie wydaje mi się szczególnie atrakcyjny. Dlatego jestem sceptyczny do literatury z którą nie wypada mi się nie zgodzić.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Czego katastrofa następuje u Haliny Snopkiewicz?