Linia, Robert Pucek

[RECENZJA] Robert Pucek, "Zastrzał albo trochę"

Pucek ma niezwykły talent do języka, jego bohaterowie gadają jak najęci i chce ich się słuchać, ale gdy się wczytać w to, co mówią i zastanowić po co to czytać, zaczynają się pojawiać wątpliwości.

Nie spodziewajcie się cudów we Wsi Cudów. Ot, staje facet (oczywiście trochę uprzywilejowany) pod wiejskim sklepem i opisuje innych facetów, którzy sklep ten nawiedzają. No doprawdy fascynujące… a to tylko ekspresowe streszczenie jednego z wielu rozdziałów "Zastrzału albo trochę", powieści Roberta Pucka nominowanej do Literackiej Nagrody Nike.

To miała być, o czym pisze sam autor, polska “Elegia dla bidoków”, ale coś tu nie wyszło. Co? Może to, że J.D. Vance w swojej brawurowej powieści oddał głos ludziom, których Ameryka przeżuła i wypluła, zostawiając na marginesie społeczeństwa, a o bohaterach “Zastrzału…” trudno powiedzieć, że są ofiarami polskiej polityki. Brakuje w tej książce szerszego spojrzenia, socjologicznej ramy dla opowieści o wykluczeniu. Opowieść o wiejskich pijaczkach, mężczyznach upijających się od rana pod sklepem, przechwalających się alkoholicznymi występami i seksualnymi podbojami stylizowana na nostalgiczną balladę dziadowską nie jest ani rehabilitacją wykluczonych ani nie wprowadza niczego nowego do naszej wyobraźni, co miało miejsce w książce Vance’a. I choć Puckowi podobnie jak Vance’owi udaje się językowa stylizacja, to najbardziej brakuje mu kobiet. To wciąż męskocentryczna perspektywa, w przeciwieństwie do “Elegii…”, w której kobiety odgrywały kluczową rolę. Bardziej niż faceci spod sklepiku interesują mnie te, których w “Zastrzale” nie ma, albo które są pokazywane jedynie z męskiej, mocno samczej perspektywy, która w tej książce znajduje usprawiedliwienie i zrozumienie, a to już trochę dla mnie za dużo.

"Zastrzał" to kilkadziesiąt opowieści o życiu we Wsi Cudów. Powiedzmy to od razu - życiu na wymarciu. Bohaterami książki są bowiem przeważnie starsi faceci, którzy swoje przeżyli, dużo piją, chojraczą i wspominają dawne podboje. Pucek ma doskonały język i frazę, dzięki czemu czyta się to bardziej niż sprawnie, ale niestety po którejś z rzędu historii o narąbanych heterykach, którym nie staje, naprawdę ma się dość. To co byłoby doskonałym opowiadaniem niekoniecznie jest wybitną powieścią. Te portrety są dobrze napisane, momentami wciągające, ale obrana przez autora perspektywa jest równie nieświeża co żonobijki jego bohaterów.

Pucek pokazuje, że świat wsi to świat męskich spraw, ale to bzdura - wieś to właśnie baby, które biorą sprawy w swoje ręce. A fikcja nie jest od tego, by jak w hiperrealistycznej rzeźbie odtwarzać rzeczywistość, a ją kreować. Kreacji w "Zastrzale" niewiele, wszystkie te opowieści są do bólu przewidywalne, a męskocentryczność perspektywy Pucka niczego nowego do literatury nie wnosi. Trochę jakby Stasiuk usiadł pod knajpą w Gorlicach, miał gorszy dzień i na pocieszenie machnął literackie portreciki. Doprawdy, fascynujące...

U Pucka wszystkie (no, prawie wszystkie) chłopy piją, po wypiciu narzekają, przechwalają się i wspominają, zaś baby są łatwe, a nawet jak mają 90 lat to trzeba napisać, że kiedyś "piczkowały". Pan Kazimierz opowiadający historię faceta, który zadowalał żonę kiełbasą to wcale nie jest najgorsza historia, jaką w książce Pucka znajdziecie. Mimo robiącej wrażenie sprawności językowej autora, erudycji i panowania nad konstrukcją, to jest kolejna pozycja z cyklu polskiej literatury dziaderskiej.

“Zastrzał” byłby może ciekawą książką, gdybyśmy mieli - dajmy na to - rok 2002 i przeżywali dzieła Pilcha jako wielkie odkrycia narracji alkoholicznej. Ale mamy 2021 i polska literatura dziaderska niestety ma się dalej świetnie. Zupełnie nie rozumiem po co nam książki o pijących chłopach w lekko zmitologizowanych wsiach, którzy opowiadają dowcipy z brodą. Taka literacka masturbacja, nieodkrywcza, nieciekawa, nic nowego nie wnosząca. Pucek ma frazę i historyjki, ale nawet najzabawniejszy wujek na imieninach po kilku godzinach staje się nudny i lekko obleśny, jak znowu coś tam o piczce sąsiadki zacznie opowiadać.

Książki, w których faceci rozmawiają z innymi facetami o facetach, ruchaniu i kobietach (to się niekoniecznie łączy wszystko w jedną opowieść) to taka żywa skamielina - fascynująca, że toto jeszcze chodzi po świecie i zadziwiająca, jaką przyroda ma cierpliwość do niektórych gatunków. Opowieść o tytułowym “zastrzale” to historia lokalnej mitologii, bo jak tłumaczy jeden z bohaterów książki, zastrzał może wejść we wszystko. "To z wiatrem puszczają. Jak będzie wiatr szedł i trafi na ciebie, to masz". Zastrzał można “nadać i odżegnać”

Książka Pucka, jak wskazuje biografia pisarza jest dziełem niekoniecznie fikcyjnym, mocno podkoloryzowaną realacją z życia wśród wiejskich problemów. Momentami przejmująca, bo pokazująca jak bardzo nie radzą sobie mężczyźni we współczesnym świecie, momentami intrygująca gdy Pucek opowiada o wiejskiej etyce, która z tym, co uczą w kościele nie ma nic wspólnego, ale jednak męczącą tak jak męczące jest gadanie nabrzmiałego od alkoholu pijaka pod zamkniętym sklepem. Nie ma u Pucka tego, co u Bawołka sprawia, że choć drażnią nas jego bohaterowie i bohaterki, to czytamy z zachwytem - fantastycznej kreacji i literackiej gry.

Pucek napisał “Zastrzał” próbując uchwycić odchodzący świat. I dobrze, że uchwycił i że on odchodzi, naprawdę nie widzę czego miałbym tu żałować. Jeśli to epitafium dla mężczyzn, którzy nie powrócą, to przyklaskuję. Jednak mam poczucie, że “Zastrzał” to próba przybrania patriarchalnej przemocy w nostalgiczny, czułostkowy obrazek. Bo Pucek najwyraźniej bardzo lubi swoich bohaterów, a ja bardzo nie.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej