Marcin Podolec, Kultura Gniewu, Egmont, Marek Turek, Mikołaj Spionek, Henryk Głaza

Kilka słów o komiksach

Dzień dobry, dzisiaj będzie o komiksach. Ostrzegam, bo wiem jak “entuzjastycznie” reaguje część naszych czytelników i czytelniczek na ten gatunek literacki. Wybaczcie, czytam wszystko, ostatnio nawet opisy na karmie dla psów. Tam się dzieją dopiero cuda! Wracając do komiksów - dzisiaj ekspresowe recenzje tytułów polskich twórców, które ukazały się w okolicach ostatnich Targów Książki w Warszawie.

“Bellmer. Niebiografia” narysowana i napisana przez Marka Turka, to jak pisze wydawca (Kultura Gniewu) “impresja o życiu jednego z najbardziej kontrowersyjnych - ale i wpływowych - artystów XX wieku.” Co prawda z tą wpływowością to trochę przesada, ale faktycznie na świecie Bellmer budzi wciąż spore zainteresowanie przy byciu artystą w Polsce zapomnianym. Pan urodził się w Katowicach, które jakoś nie fetują tego faktu. A szkoda. Marek Turek zrobił imponujący plastycznie komiks. Faktycznie jest to impresja i niebiografia, gdyż autor bardzo pobieżnie traktuje kolejne etapy życia Bellmera i odczuwam spory niedosyt nawet w warstwie symbolicznej. Komiks nawiązuje do twórczości nie tylko Bellmera czy Ernsta (ciekawe zabiegi ożywiania obrazów) ale i Tomasa Otta czy Nicolasa Presla. Dzieło to nie posiada słów, zatem miłośnicy Presla powinni być zachwyceni. Bardzo chciałbym mieć wiele ciepłych słów dla tego komiksu, bo to jest ambitne przedsięwzięcie i się Turek narobił jak mało kto w “komiksowie” w ostatnich latach, ale niestety nie kupuję tej wizji i tego sposobu opowiadania. Gratuluję Turkowi-rysownikowi, bo tam są momenty mistrzowskie, ale Turka-scenarzysty od lat się boję i niestety to się potwierdza - nie kupuję tej opowieści i mam nadzieję na odważniejszy komiks o Bellmerze.

Jak o młodym twórcy napiszę, że “młody i płodny”, to zrobi się trochę “creepy” ale co mam napisać, gdy mowa o Marcinie Podolcu. Tym razem Podolec zaangażował się w stworzenie skierowanej do dzieciaków serii komiksowej pt. “Bajka na końcu świata”. Jej pierwszy tom, “Ostatni ogród” to przepiękny album, w którym ilustracyjnie Podolec pokazuje, że nie ma już żadnych kompleksów. Niestety oparty na całkiem ciekawym pomyśle scenariusz nie wzbudza mojego entuzjazmu. Oto Wiktoria wraz z psem Bajką wędrują po postapokaliptycznym świecie w poszukiwaniu rodziców i chociaż na tej kanwie można by zbudować mocną opowieść dla młodych czytelników i czytelniczek, to Podolec trochę ślizga się po emocjach i nie do końca chyba wie, na których strunach zagrać. Do tego każda z historyjek jest wyjątkowo krótka - gdy się rozkręcamy w poznawaniu całkiem sympatycznej bohaterki i jej uroczego psa, to Podolec już każe nam kończyć. Idzie to w dobrą stronę, zatem kibicuję drugiej części, która już ponoć powstała (czy ja wspominałem, że “młody i płodny’?).

Gdy największy wydawca komiksowy, który nie słynie z wydawania polskich twórców (czyt. Egmont) wydaje komiks polskiego twórcy i to komiks przeznaczony dla dojrzalszych czytelników i czytelniczek, to ja mam wobec takiego dziełą spore oczekiwania. Zostały one zawiedzione w całości. Oprócz kapitalnej okładki, w “Wounded” Mikołaja Spionka nie znalazłem nic ciekawego. Western z motywem nigdy nie przedawnionej zemsty to gatunek, w którym niewiele można wymyślić nowego. Mam jednak wrażenie, że nawet nie próbowano.

Na koniec przeglądu polskich komiksów czas na “Tylko spokojnie” Bartka Glazy, vel Henryka. Jest to całkiem obszerna (147 stron) opowieść o Marku, u którego zdiagnozowano raka. Na końcu nasz bohater umiera (naprawdę spodziewaliście się czegoś innego?), a książka jest mocno okraszona informacjami, że jest to opowieść “na faktach”. Niestety jestem zimnym draniem i mam dość ograniczone zasoby empatii, zatem nie mięknę przy książkowych rakach. Komiksowych opowieści o raku mamy na świecie na pęczki i ta nie odbiega jakoś szczególnie od ustalonego kanonu. Oczywiście w Polsce jest w jakimś stopniu prekursorska, ale to małe pocieszenie. “Tylko spokojnie” to komiks, do którego byłem bardzo pozytywnie nastawiony, bo prace Henryka mi się zazwyczaj podobają - tutaj nie. Trochę jakby autor nie mógł się zdecydować jak chce opowiedzieć historię Marka - podobają mi się niektóre bardziej szkicowo potraktowane plansze, tam gdzie widać fakturę rysunku i specyficzny “zadzior” Henryka. Jest niestety sporo plansz, które mi się nie podobają i być może, że byłyby dużo lepsze, gdyby jednak ktoś je pokolorował - w odcieniach szarości wygląda to niekiedy trochę zbyt prosto (i ja oczywiście rozumiem zabieg, że jedne tematy rysujemy takim stylem a inne, kolejnym, ale dalej mnie to nie satysfakcjonuje). Jestem zawiedziony, bo spodziewałem się wirtuozerii, którą u Glazy można spotkać, choć oczywiście jak na albumowy debiut to jest to niezwykle wysoki poziom i moje malkontenctwo wynika tylko i wyłącznie z napompowanych oczekiwań. Wyjątkowo nie podoba mi się użyty w komiksie font, który psuje nastrój i niepotrzebnie wychodzi na pierwszy plan. Jakoś kojarzy mi się on bardziej z amatorskimi rysunkami komiksowymi, które znaleźć możemy w internecie niż z poważnym i mającym ambicje artystyczne twórcą. Jest jeden motyw, który mi się wyjątkowo spodobał - Glaza świetnie opowiada o muzycznych fascynacjach Marka. I to są najciekawsze fragmenty tego albumu. To ciekawe i warte analizy, że tak dużo polskich komiksów w ostatnich latach dotyczy muzyki.

Cztery komiksy polskich autorów, w każdym rysownik był jednocześnie scenarzystą, co nie sprawdziło się ani razu. Mamy fantastycznych rysowników, którzy chcą opowiadać historie, które są im bliskie (Podolec wstawił zdjęcie swojego psa do komiksu, ja to rozumiem bardzo dobrze, zwłaszcza że psisko urocze) i to jest zrozumiałe, ale niestety bardzo ryzykowne. Czym by jednak była sztuka bez ryzyka? Czekam na arcydzieła, bo każdego z panów na to stać.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?