Marginesy, Olga Wróbel, recenzja
Olga Wróbel, "Wychowywać i wzruszać. Literatura młodzieżowa PRL-u", wyd. Marginesy - recenzja
“Komuniści ze Zbycha zrobili artystę, a ze mnie też uczynili człowieka. Wy robiliście z nas tylko zbrodniarzy. Tak, komuniści, jestem z komunistami…”, wykrzykuje Marek Kozioł, jeden z pięciu zdeprawowanych przez wojnę chłopaków skazanych (oczywiście w nowej ojczyźnie) za kradzież. Marek pracuje w trójce murarskiej i jako pierwszy z kolegów przechodzi przemianę wewnętrzną.
Gdy myślę o jakiejś książce, że “czytać się tego nie da” (a tak właśnie myślę o "Piątce z ulicy Barskiej" Kazimierza Koźniewskiego), wyobrażam sobie, że z pewnością przeczytała ją Olga Wróbel. To mnie uspokaja oraz oddala ode mnie chęć nabycia “kurzojada”. Co zabawne, jakże często okazuje się, że się nie pomyliłem! Przeczytała!
Pasja czytania niemal wszystkiego, co znika z radarów współczesności, doprowadziła autorkę Kurzojadów do napisania książki “Wychowywać i wzruszać. Literatura młodzieżowa PRL-u”. To świadectwo niezwykłego hartu ducha, który pozwolił autorce przeczytać “Piątkę z ulicy Barskiej” – dzieło i tak wybitne w porównaniu z niektórymi omawianymi przez Wróbel.
Dlaczego jednak skupiam się na “Piątce…”? Gdy wracam do jej fragmentów, zaskakuje mnie fakt, że ktoś w ogóle napisał ją dla młodzieży. Polityczna, społecznie płomiennie zaangażowana… Gdzie dzisiaj znaleźć taką retorykę w powieściach? Dzieciaki widzą politykę w “socialach” – dlaczego nie w literaturze?
Wróbel pyta również: “Dlaczego dziś zupełnie odpuściliśmy poważne tematy w książkach dla nastolatków i nastolatek? Kto napisze o problemach wychowanków domów dziecka, o chłopcach z poprawczaka, o dziewczynach z małych miast daleko od szosy i bez stacji kolejowej?”.
Dlatego, czytając omówienia kolejnych książek młodzieżowych z czasów PRL, najczęściej zastanawiałem się nad tym, kiedy literatura młodzieżowa przestała niemal zupełnie towarzyszyć codzienności nastolatków. To efekt eskapizmu, obaw autorów, komercyjnej potrzeby przypodobania się wszystkim? O co w tym chodzi? Nie mam odpowiedzi, ale moja lista pytań – dzięki lekturze książki Wróbel – się wydłużyła. Jak i lista książek, których już nie muszę czytać, bo Olga W. przeczytała je za mnie.
Wróbel, po lekturze kilkuset dzieł różnej prowienencji, pisze, że tęskni za powieściami, które wyrażają “wiarę, że można zmieniać świat na lepsze. Dzisiejszym nastolatkom pozostaje tylko wyśmiewany przez mainstream bunt przeciwko katastrofie klimatycznej”. A może to inne dziedziny sztuki przejęły funkcję buntu?
Książki sprzed już siedmiu dekad są świadectwem czegoś dzisiaj już nieuchwytnego – zachwytu zwyczajnym światem. Wróbel przypomina o fragmencie “Księgi Urwisów” Niziurskiego, w którym bohaterowie z fascynacją przyglądają się pierwszej w życiu piłeczce do ping-ponga. Jednak czytając Wróbel myślałem sobie o tym, jak wiele dzieli nasze doświadczenia. Dla mnie jeszcze w latach 90. taka piłeczka była czymś z lepszego świata, w którym dzieci mają świetlice i coś tak niezwykłego jak stół do ping-ponga. To znowu prowadzi mnie do refleksji: książki młodzieżowe z czasów PRL, czytane w latach 90., wciąż bywały opowieściami o dążeniu do lepszego świata. Przestały takimi być dopiero w XXI wieku. Co jest ceną postępu? Na szczęście książka Wróbel nie jest książką o nostalgii, lecz o literaturze. Co trudne w czasach, które premiują raczej banalność nostalgii niż trudy literaturoznawcze.
Co przeczytała Wróbel? Powieści Heleny Boguszewskiej i Niziurskiego, a także legendarne "Czarne stopy" Szmaglewskiej, z których do dzisiaj pamiętam zachwyt nad… brezentem. "(…) ledwo brezent zaszeleścił i chuchnął na nich swoim wspaniałym zapachem, a słońce przygrzało z góry, przypiekło plecy i głowy, kiedy wstąpiła w nich wielka radość", pisze Szmaglewska i kilkadziesiąt stron później przypomina, że "mocny zapach brezentu był zapachem harcerskiego domu". Lato, które pachniało "brezentem i zbożem". Ktoś takie lato pamięta? Czy brezentem można opowiedzieć PRL? Czemu nie. Wróćmy jednak do książki Wróbel.
Sporo uwagi poświęca autorka “Wychowywać i wzruszać” książkom Natalii Rolleczek, Ewy Nowackiej, Joanny Chmielewskiej czy Małgorzaty Musierowicz, ale nie brakuje w tej historii autorów mniej dzisiaj znanych, jak Maria Bielicki, Anna Glińska, Magda Leja czy Maria Ewa Letki. Imponujące to. “Wychowywać i wzruszać” mógł napisać tylko ktoś, kto przeczytał “Nadzorować i karać”.
Jeśli po lekturze tej książki (czytanej na wyrywki, bo to jednak leksykon) czuję jakieś niespełnienie, to wynika ono z faktu, że bardzo chciałbym dowiedzieć się, jak rok 1989 wpłynął na autorów i autorki tych książek. Choćby na taką Marię Ewę Letki, która zadebiutowała w połowie lat 70., a ostatnie książki napisała w drugim dziesięcioleciu XXI wieku. Czy kolejne wydania "Wakacji z Cynamonem" były poprawiane?
Wiem, że wielu twórców z czasów PRL zmieniało treść swoich książek (porównajcie kiedyś pierwsze wydanie "Tomka w krainie kangurów" z kolejnymi), ale też z trudem odnajdowało się w nowej rzeczywistości, czego chyba najbardziej tragicznym przykładem jest Małgorzata Musierowicz. Jednocześnie twórcy młodzieżowy i dziecięcy nie musieli (chyba) nigdy rozliczać się ze swojego zaangażowania w PRL. Wanda Chotomska w "Świecie Młodych" pisała wiersze o Stalinie, a Papcio Chmiel je ilustrował. Przeszli do historii literatury jako wielcy klasycy. Poetom i prozaikom piszącym dla dorosłych mniej chętnie wybaczano. To też ciekawe do przemyśleń.
“Znad książek kart, zeszytów stron / wznosimy młode oczy. / Łopato, dzwoń, kilofie, dzwoń / nam w pracy rytm ochoczy”, pisał w 1950 roku niejaki W. Michalski.
Nowe czytanie PRL-u bywa trochę zabawne, trochę straszne, ale przede wszystkim fascynujące. Wróbel na głębszym planie swojej książki podsuwa intrygujące tropy do myślenia o naszych czasach. I o tym, cośmy zrobili z marzeniami. Bo przecież książki dla dzieci powinny być o marzeniach.
Skomentuj posta