Agnieszka Wolny Hamkało, Iskry

Agnieszka Wolny-Hamkało, "41 utonięć"

Przedwczoraj skończyłem powieść, o której będę pisał w poniedziałek pod hasłem “genialna powieść polskiej autorki” i sięgając po “41 utonięć” Agnieszki Wolny-Hamkało miałem nadzieję, że dostanę prozę przyzwoicie napisaną, mądrą i może nawet wciągającą. Dostałem zadziwiająco prostacką opowieść napisaną dobrym językiem, która mnie wciągnęła jedynie w głębszy sen.

Agnieszka Wolny-Hamkało napisała powieść o wrocławskim teatrze, który gra kontrowersyjne tytuły i ustawiają się przed nim protestujące manifestacje, a dział promocji przerabia hasła z manifestacji na koszulki. Mamy tam reżysera-boga, seksualne odloty starszego z młodszą, debiutującą scenografką, odrobinę przyćpane aktorki, jowialne panie bufetowe itd. Akcja jest mniej istotna - ot Ada, która na co dzień jest malarką dostaje propozycję stworzenia scenografii do nowego, kontrowersyjnego dzieła. Miota się w tym biedaczka, bo autorka postanowiła zrobić z niej najwyraźniej pół-kretynkę, która nie potrafi zapanować nad swoimi żądzami i stawiać granic mężczyznom. A ci - przecież wiadomo - jak poczują “mięso” to nie odpuszczą. Powieścidło klasy romansowej, wybitnie stereotypowe i przerysowane. Na okładce napisano: “bohaterowie powieści próbują na różne sposoby radzić sobie z lękiem”. Dziękuję za tę podpowiedź interpretacyjną, bo miałem przemożne wrażenie, że próbują sobie poradzić z brakiem pomysłu na swoje role w głowie autorki.

Agnieszka Wolny-Hamkało potrafi używać języka i tylko dzięki temu udało mi się przeczytać całą powieść, ale wam odradzam, szkoda prawdziwego życia.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kto ocalił Izabelę Czajkę-Stachowicz?