Marginesy, Sylwia Stano, Zofia Karaszewska

Zofia Karaszewska, Sylwia Stano, "Pod podszewką"

Tekst, w którym dowiecie się, co chroni Tokarczuk przed "mrokami współczesności", oraz dlaczego "Pod podszewką" skrywają się naprawdę poważne problemy z literaturą. 

---

Do pisania o „Pod podszewką” zbierałem się długo, konsultowałem, rozmawiałem i rozmyślałem. Bo to nie jest rzecz oczywista napisać o tym produkcie – dobry lub zły. Tu jest sporo nawiasów i poziomów analizy, choć wydaje się, że to książka prosta – ot pisarze i pisarki dostali szansę na zaprojektowanie swoich strojów ze znaną projektantką (Justyna Ołtarzewska) i porozmawiania z naprawdę sympatycznymi osobami, jakimi wydają się być Sylwia Stano i Zofia Karaszewska. Gdyby na tym etapie pozostać, to nie ma problemu – zdjęcia są, wszyscy uśmiechnięci, ktoś dostał w zamian za promocję majtki, ktoś inny suknię. Rachunek się zgadza, wszyscy zadowoleni. „Pod podszewką” zdradza jednak – poprzez wywiady i uwagi autorek – ambicje mówienia o modzie i literaturze, a to już wskazuje, że warto się jej przyjrzeć bliżej.

Zaczyna Olga Tokarczuk. I to już jest samo w sobie ciekawe, że Stano i Karaszewska świadomie kształtują hierarchię polskich pisarzy. Tokarczuk – Bator – Bonda – Dehnel – Chutnik – Plebanek - Dziewitt-Meller i tak dalej… wyliczanka też kończy się ciekawie, bo ostatnią z osób skolekcjonowanych przez autorki jest Justyna Sobolewska, która występuje tu w roli krytyczki literackiej opowiadającej o tym, jak pisarze kształtują swój wizerunek. Sama hierarchizacja jak i dobór osób do książki wydaje się być oczywisty – i to jest właśnie mój pierwszy zarzut, że jest to taki wzajemny system potlaczy, oto autokii wybierają tych, którzy są popularni, by ich książka była równie popularna. Ten sam zabieg stosuje Bolesław Chromry rysując dość proste obrazki i podpisując je np. „Olga Drenda”. I już Olga Drenda, posiadająca “x” znajomych i “y” fanów szeruje. No bo czemu nie? Po co dawać sukienkę czy bluzę komuś mało znanemu? Jaki to ma sens? Oczywiście książka nie miała ambicji kreowania rzeczywistości literackiej a kanonizacji aktualnie istniejącej hierarchii i w tym zakresie wydaje się idealnie spełniać swoje zamierzenia.

Pisarze i pisarki czują jednak, że stąpają po grząskim gruncie. Prawie każdy wspomina o tym, że w powszechnym wyobrażeniu pisarz powinien śmierdzieć, być ubrany przynajmniej nudno, a najlepiej zimą chodzić w łatanej kufajce i rozwalonym obuwiu. Skąd oni wszyscy te mądrości wzięli – nie wiem, nie podano źródeł. Czytając „Pod podszewką” miałem wrażenie, jakby wszyscy bardzo chcieli samych siebie przekonać, że na pewno dobrze robią biorąc udział w tej akcji. Najlepiej stworzyć figurę społeczeństwa, które ma inne wyobrażenia i postawić siebie w roli osoby walczącej ze stereotypami. I już ze zwykłej próżności i lansu (w których ja nie widzę nic złego) mamy działania społecznie wrażliwe. Autorki już w samym wstępie odpowiadają na nasze uprzedzenia pisząc, że „słowa i ubrania są manifestacją osobowości i stosunku do rzeczywistości. Komunikują odrębność albo przynależność. To nie przypadek, że Olga Tokarczuk lubi nietypowe ubrania (…)”. „Nie przypadek”, czy jednak potwierdzanie stereotypu? A czy nie jest tak, że kreowany wizerunek – zwłaszcza tak konsekwentny jak w przypadku Tokarczuk – jest odczytywany przez pryzmat jej literatury? „Pozornie prosta, ale bogata w historie odzież ratuje pisarkę przed mrokiem współczesności”. To już jest koelizm i myślę, że jest wiele innych rzeczy ratujących Tokarczuk przed „mrokiem współczesności” poza ubraniami. I to jest właśnie ta pułapka, w którą wpadły osoby zaangażowane do tej swoistej antologii próżniactwa – same wystawiły się na ocenę i to nie ocenę literacką, a pozamerytoryczną, dotyczącą wizerunku, urody, otwierając tym samym pole do rozważań na poziomie „odzieży ratującej przed mrokiem współczesności”. 

„Projektanci tej kolekcji to nie tylko wspaniali pisarze, ale również osoby, które potrafią zaprezentować się ze smakiem i pełną świadomością. I nie boją się o tym mówić”. Bohaterzy nasi! Dzielni wojownicy o prawo do noszenia ładnej sukienki! Stano i Karaszewska ustawiają twórców w naprawdę nieprzyjemnym miejscu – jako tych, którzy wbrew przemocy czytelników, nie boją się mówić, że lubią się dobrze ubrać (i wybrano tych, którzy raczej mają za co się ubrać). Niesamowita odwaga cywilna. A jeszcze do tego prezentują się ze smakiem i pełną świadomością. No tak, bo przecież tylu u nas pisarzy bez smaku i nieświadomych tego faktu. Przyłażą tacy na spotkania autorskie, po festiwalach wycierają te swoje sztruksy czy inne dywanopodobne garnitury. Wstydu nie mają, smaku i świadomości. Dalej jest jeszcze fajniej, ponieważ dowiemy się, że „pisarze i pisarki” „opuścili gardę” pokazując co mają w swoich szafach, a „ubiór kształtuje nasze ja”. Na szczęście, jak przyznają autorki, „ubrania to dopiero początek opowieści” i pozwalają swoim bohaterom i bohaterkom na snucie opowieści o ubraniach i stosunku do garderoby – a ten, jak możecie sobie bez lektury wyobrazić jest różny, czasem nonszalancki, a czasem bombastycznie przesadny. I te opowieści czyta się dobrze, to jest zasługa jednak wybitnych naszych twórców i twórczyń, bo gdy Karaszewska i Stano są przy głosie to dostajemy po głowie na przykład takimi sformułowaniami jak „Chcemy przecież mieć wspólny świat nie tylko kultury, idei czy emocji, ale także ubioru i zdobień”. No nie… chyba, że chodzi o to, że podobnie jak Małecki czy Wiśniewski noszę gacie, no i kiepsko się czuję na koturnach, za to całkiem dobrze w szpilkach (przysiady w szpilkach, proszę bardzo!). Dodatkowo należy się komuś tu wyróżnienie za „wspólny świat zdobień”, mój serdeczny przyjaciel B. prosił o podkreślenie, że przyjął go ze szczególnym rozbawieniem. A za szczyt tego gadania uważam zdanie: „moda jest czymś, co decyduje o naszej niepowtarzalności”. Patrząc na to ile osób ma te same koszulki z haemu, to rzeczywiście się zgodzę… no chyba, że to nie moda. Jest jeden moment samoświadomości, gdy autorki piszą, że wiedzą iż pisarze kreują i niekoniecznie muszą mówić prawdę, że trzeba czytać „pod podszewką”. I właśnie o tym są kolejne strony tej opowieści – o kreacji na potrzeby tej książki. O tym, jak cała grupa realizatorów i realizatorek tego projektu podążą za opowieściami o strojach, które mogą być prawdziwe, ale mogą być fikcją wykreowaną na potrzeby tej realizacji. Nie są to nudne historie, trzeba przyznać, że potrafią niektórzy stworzyć ciekawą opowieść o sobie i swoich strojach, ale te kilkaset stron autopromocji pisarzy i pisarek, którzy ewidentnie się krępują, a – zwłaszcza w przypadku mężczyzn – próbują jakoś wybrnąć z niewdzięcznej roli (do maksimum doszedł Wiśniewski prosząc Ołtarzewską o zaprojektowanie bikini oraz Małecki, który stwierdza, że wolałby do sesji założyć suknię Olgi Tokarczuk).

Mamy tu różne poziomy, na których ta książka mi się nie podoba. Snobizm i próżniactwo to jedno, gorsza jest ta seksualizacja i nadmierne skupienie się na wizerunku, przesadne podkreślanie jedności pomiędzy wizerunkiem pisarza, a jego literaturą nie ułatwia życia nikomu w czasach, gdy walka z seksizmem powinna połączyć wszystkich graczy na tym rynku. Nie jest jasny też ekonomiczny aspekt – autorzy i autorki - ciuchy kupowali czy dostawali? Czy ktoś płacił za promocję? Dlaczego książkę kończy jednak postać krytyczki literatury? Czy po to, by nadać publikacji znamiona literaturoznawczej, poważniejszej, wręcz krytycznej? To mocno manipulatywny układ, w którym autorki umacniają pozycje znanych i lubianych, same przy tym mocno lansując się (prawie każdemu wywiadowi towarzyszą zdjęciami dobrze wyeksponowanych autorek). I to wszystko razem zebrane jest smutne, pokazujące literaturę jako salonową zabawę zamożnych i dobrze ubranych ludzi ze świata, w którym można mieć osobny pokój na buty, czy sukienki. I pewnie wiele osób chce żyć tym złudzeniem, ale prawda o losie polskich twórców i twórczyń jest trochę inna.

Justyna Suchecka w ostatnich „Książkach. Magazynie do czytania” zrobiła wywiad z Blanką Lipińską, która przyznaje się do bycia „wesołą grafomanką”. Od czego zaczyna się tekst? Od myśli dziennikarki nad własnym ubraniem i nad tym, że idąc na wywiad „spodziewam się seksbomby z dekoltem do pępka i makijażem godnym gali Oscarów. W hali Koszyki zastaję kobietę w czarnym golfie…”. Nie jestem naiwnym chłopcem i wiem, że prawie wszyscy gramy wizerunkiem, jako bloger mam tego codzienną świadomość, ale mam też spory sprzeciw wobec tak przedmiotowego traktowania literatury i zmieniania środka ciężkości – z tekstu na wizerunek. Już nie w plotkarskim magazynie, ale w coraz poważniejszych mediach. To są opowieści o stereotypach. Suchecka mówi nam wprost – idąc na wywiad mam przed sobą stereotyp osoby piszącej książki jako Blanka Lipińska, Stano i Karaszewska konstruują nowy stereotyp pisarza z sukcesem. Te granice już dawno zostały przekroczone i obie sytuacje są ich pochodną, szkoda tylko, że w „Pod podszewką” często nawet nie pojawiają się tytuły książek napisanych przez osoby w książce się prezentujące. W swojej masie i tej formie jest to produkt wydawniczy o złym guście.

Za rozmowy o książce dziękuję Książki na ostro 

 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?