podsumowanie

Podsumowanie roku 2018

Ponad tysiąc postów, 350 zrecenzowanych tytułów na Kurzojadach i w innych miejscach, gdzie piszemy, setki waszych komentarzy, maili, zaangażowania. To był niesamowity rok, za który dziękujemy. Czas zatem na krótkie podsumowanie. Sprawdźmy, co klikaliście i klikałyście najchętniej?

Recenzje “Ginekologów” Izy Komendełowicz, w której Olga Wróbel pisała m.in,: “Autorka nie może zdecydować się, jaką formę wybrać, stosuje więc wszystkie. Mamy wywiady, mamy ww. dykteryjki, odautorskie komentarze (nie wiedzieć czemu nagle Komendołowicz znajduje się w szpitalu i ogląda wszystko na własne oczy), dane statystyczne i „Z życia wzięte”. Słowo daję, brakuje tylko komiksu i dioramy. “ Recenzje zobaczyło na fejsie prawie 130 tysięcy osób. 

Podobny wynik osiągnęła recenzja korespondencji Wisławy Szymborskiej z Zbigniewem Herbertem. Pisałem w niej: “Jeśli chcecie spędzić niezwykły wieczór w najlepszym towarzystwie to możecie się zakochać, ale możecie też pójść do księgarni. Zdradzę wam tylko, że w ostatnich dniach chodzę zakochany po księgarniach. To też całkiem przyjemne”. Książka przetrwała, a to uczucie? Zgadnijcie.

Trzecie miejsce należy do recenzji książki Agnieszki Haski, “Hańba! Opowieści o polskiej zdradzie”. Wyświetliliśmy się 65 tysiącom osób. Jak na recenzje, które mają po kilka tysięcy znaków - chyba całkiem nieźle. 

Najbardziej angażujące posty? Recenzje “Ciotki Zgryzotki” Małgorzaty Musierowicz (ponad 500 komentarzy w dyskusji!), książki Komendełowicz - 188 komentarzy, ponad 90 udostępnień, Nosowskiej - 232 komentarze i “Nie ma” Mariusza Szczygła (aż 111 udostępnień recenzji). Nie ukrywam, że liczby cieszą, bo staramy się, by recenzje były obszernymi analizami, a nie streszczeniami, a jednak fejs nie sprzyja długim tekstom. No i wygłaszamy własne opinie, co skutkuje oczywiście obrazami, kłótniami i innymi często niezbyt dojrzałymi zachowaniami. W czasach gdy recenzentami bywają pisarze, którzy bez skrępowania piszą o tym, których krytyków lubi, a których mniej, w świecie gdzie wydawcy bez skrępowania piszą publicznie, że coś jest lub nie jest recenzją, w rzeczywistości, gdy czasem chce się ważyć słowa, bywa trudno. Bo przecież pisanie o seksizmie w magazynie, do którego się pisze, jest ryzykowne (dalej nie przeprosili…), bo pisanie o tym, że wstyd nam, że wydawnictwo, dla którego czasem recenzujemy wydaje bardzo niebezpieczną książkę, może mieć dla nas określone skutki. Ktoś się obrazi, ktoś inny ucieszy. 

Cieszą momenty, gdy autorzy i autorki dziękują za trafne odczytanie intencji książki, choć rzadko zdarzają się tacy, co robią to po negatywnej recenzji. Ale zdarzają. Każdy rok sprawia, że obrasta się w twardszą łuskę. Z moich własnych doświadczeń chyba najtrudniejsze było, gdy partner autora książki zjechanej w obszernej recenzji postanowił napisać tu, że był to odwet za… kosza, którego ponoć dostałem. I mógłbym tego nie przypominać, mógłbym to zamieść dzisiaj pod dywan, gdyby nie to, że oczywiście zobaczyły to tysiące osób i temat był jednak wałkowany przez wielu dalszych nieznajomych, a screeny nie giną. Arogancją autora jest to, że nigdy nie odniósł się do krytycznej recenzji. Przypominam to, bo było to jednak dla mnie dość przełomowe zdarzenie i jakoś nie potrafię o nim zapomnieć przy podsumowaniu roku. Przekraczanie granic trwa. Co ciekawe, gdy na temat stosunków blogersko-wydawniczo-autorskich napisałem obszerny tekst dla “Dziennika. Gazety Prawnej”, polemik nie było. To pokazuje, że wszystkie zachęty do próby dyskusji o zasadach, normach czy etyce naszej działalności są wyciągane na pokaz, a prawdziwej dyskusji nigdy nie będzie, bo wiele osób sporo by na tym straciło. Na temat naszych zasad pracy sporo znajdziecie na naszej stronie internetowej, w dziale kontakt.

Mam też sporo prywatnej radości z wielu tegorocznych wydarzeń literackich. Na początku roku ukazały się zebrane dzieła Andrzeja Łuczeńczyka, pisarza, który mnie zafascynował i choć z różnych planów pisania o nim nic nie wyszło, to cieszę się, że mamy szansę skonfrontować się z tą prozą. To, że nie znalazłem zbyt wielu opinii krytycznych to trochę smutne, ale może sięgniecie? Drugie szczęście to książka Joanny Ostrowskiej, “Przemilczane”, na której zależało mi od dawna i miałem przyjemność odrobinę chyba przyspieszyć jej wydanie. Trzecie szczęście to książka Wacława Glutha-Nowowiejskiego, która wyciągnięta z zapomnienia przez Małgorzatę Halber, a następnie wpis na naszym blogu, chyba na pewno ukaże się za jakiś czas u bardzo dobrego wydawcy. Pod koniec roku wydaliśmy książkę - na naszej stronie znajdziecie baner kierujący do “Dalekiej Północy” Alfreda Rogalskiego, książki niesłusznie zapomnianej, a do której lektury i działania namówił mnie prof. Mitzner. Dołożyłem kilka słów biografii (30 stron). 

Myślę, że to jest dla nas wciąż najważniejsze - by pisząc o nowościach, nie zapomnieć, że literatura nie zaczęła się w 2018 roku. Nie trzeba kupować, można wypożyczyć. Nie trzeba czytać książek z topki, można na chybił-trafił, nie trzeba nic. Trzeba czytać. Jak się ma czas.

Prowadziliśmy spotkania autorskie, robiliśmy wywiady, nagrywaliśmy rozmowy, publikowaliśmy w dziennikach, magazynach specjalistycznych, serwisach internetowych jak Dwutygodnik czy Krytyka Polityczna, stale współpracujemy z Bęc Zmianą… To był intensywny rok - byliśmy też na kilku festiwalach literackich (Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, Góry Literatury), a wszystko wskazuje na to, że w nadchodzącym roku również będzie nas można spotkać jak Pyzę na polskich dróżkach.

Na koniec zaś zdradzę, co “lajkowaliście” najczęściej. Otóż lajkowaliście mądre kobiety. Olgę Tokarczuk z Bookerem (2100), Marię Janion mówiącą, że “Ludzie wierzą, że starcy mają coś ważnego do powiedzenia, tymczasem mogą oni powiedzieć tylko rzeczy bardzo smutne, których może nie warto wypowiadać, żeby nie martwić innych" (1700) i… Marię Janion w dniu jej urodzin. I tak trzymać!
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaka woda u Żywulskiej?