Znak, Marek Krajewski

Marek Krajewski, "Mock. Golem"

Markowi Krajewskiemu napisanie “Golema” zajęło trzy miesiące. Informuje o tym na końcu nowej książki. Skubany, pomyślałem. Ma Krajewski co prawda “researchera”, który z pewnością przekopał się przez dokumenty, gazety, topografię i inne ważne do zbudowania tego świata elementy, ale nadal pozostaję pod wrażeniem, bo prędkość nie zabiła tu jakości. Dziesiąta książka z cyklu o Eberhardzie Mocku wciąga na długie godziny i towarzyszyła mi w podróżach pociągowych nie ułatwiając snu.

Jesteśmy oczywiście we Wrocławiu, a właściwie to w Breslau, gdzie wrze tak zwana tkanka społeczna. W szpony tajemniczego guru sekty wpada bratanica ministra, a zadaniem Mocka będzie oczywiście jej uwolnienie i przywrócenie na rodzinne łono. Klara Ueberweg nie jest tym pomysłem zachwycona i zrobi całkiem sporo, by tak szybko nie stało się zadość życzeniom wujaszka. To tylko jeden z wielu wątków - będziemy tu mieli oczywiście tajemniczy burdel, równie podejrzany szpital psychiatryczny, lokalne “męty”, antysemitów, syfilityków, sprzysiężenia w policji i jej okolicach, całkiem zaskakujące zwroty akcji i kilka przeplatających się wątków kryminalnych. Jak to w kryminale - wiele zdradzać się nie powinno, akcja toczy się wartko i nie ma co narzekać. Krajewski jest pisarzem poukładanym, doskonale przeplata wątki, nie porzuca bohaterów na zbyt długie okresy, ale też nie męczy rozbudowywaniem poszczególnych sytuacji. Jak zawsze sprawnie opisuje tło, choć przypisy do aktualnych nazw wrocławskich ulic trochę drażnią podczas lektury (i wydają się być niepotrzebne). Z minusów niestety muszę dopisać sporo literówek, a czytałem wersję wydrukowaną więc coś tu nie wyszło.

Bardzo mi się podobają za to dwa wątki tej powieści. Pierwszy - o sytuacji Żydów w międzywojennym Wrocławiu, do którego przyjechało dużo uchodźców ze Wschodu (czytaj: z Polski), biedniejszych, gorzej wykształconych, łatwiejszych do zmanipulowania. I drugi - alkoholiczny. Otóż Mock postanowi nie pić. Z tym “postanowi” to też nie przesadzajmy, w dużej mierze zostanie do tego zmuszony, ale jednak będzie walczył sam ze sobą i opisy tej walki, jak i cały wątek abstynencki literacko z pewnością się Krajewskiemu udały. Mamy tu co prawda do czynienia z pewnym dydaktyzmem opowieści, bo porady, które dostaje Mock i których narrator jakby udziela czytelnikom chcącym z piciem skończyć, są mocno współczesne, ale nie jest to opowieść banalna i napisana na skróty. Będzie się Mock męczył ze swoim pijaństwem, będzie wykorzystywany i manipulowany, ale zwycięży. No taki los głównych bohaterów serii kryminalnych, że jednak przeważnie przeżywają książki sobie poświęcone. I dzięki temu nawet gdy wydaje nam się, że nic już z nadwachmistrza kryminalnego nie będzie, to możemy oddychać spokojnie i nie martwić się przesadnie.

Krajewski dużo uwagi poświęca sytuacji prostytutek, przemocy wobec słabszych ekonomicznie i jest - mnie to jednak zaskoczyło - dość czuły na krzywdę. Co nie znaczy, że nie lubi sobie porozpisywać przemocy na kilka stron, czy wrzucać co jakiś czas dość ostre opisy “męskich” spraw. To odrobinę drażni, podobnie jak fakt, że kobiety jako bohaterki nigdy nie są w pełni autonomiczne, ale nadal mamy do czynienia z kryminałem na całkiem wysokim poziomie, bo sprytnie łączącym realizm z fikcją i koloryzacją.

Mam ostatnio sporą potrzebę ucieczki do literatury gatunkowej, a że zawsze byłem miłośnikiem kryminałów historycznych i filmów konstiumowych, to po Mocka sięgnąłem z przyjemnością i nie zawiodłem się. A, że można by było bardziej feministycznie, że może jednak chwilami niektóre rozwiązania wydają się być zbyt proste (hipnoza?), że Krajewski wciąż wierzy w siłę męskiej przyjaźni. Niech i tak będzie, najważniejsze, że naprawdę chciałem się dowiedzieć, “kto zabił” i kto tu jest dobry, a kto zły. To chyba o to w kryminałach chodzi. Ja się bawiłem bardzo dobrze, do czego i was zachęcam, zwłaszcza, że można tu odkryć kilka mocno zadziwiających historii, które - jak będzie chciało wam się poszperać w wyszukiwarce - znajdują swoje rzeczywiste odpowiedniki. A to już jest wyjście do całkiem innej opowieści. Tylko, że na nią autor by potrzebował “odrobinę” więcej czasu. Chętnie bym zobaczył Krajewskiego w mniej gatunkowym anturażu.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej