Olga Tokarczuk

[KRÓTKA HISTORIA TRZECH AUOGRAFÓW - zamiast jednego]

Dzisiaj ceremonia noblowska, na której Olga Tokarczuk i Peter Handke odbiorą Nagrodę Nobla. Od czasu ogłoszenia decyzji szwedzkiego komitetu trwa w Polsce radosny festiwal, książki Noblistki sprzedają się hurtowo (mowa o ponad 500 tysiącach egzemplarzy sprzedanych przez dwa miesiące), Tokarczuk pojawiła się na Instagramie, a fejsowy wall pełen jest prywatnych wspomnień z pisarką, która nigdy nie unikała publiczności, dzięki czemu „zdjęcie z Noblistką” ma dziś sentymentalną wartość nie do przecenienia. Ciekawie o tym napisał Maciej Jakubowiak na dwutygodniku, więc nie będę powtarzał, choć z kilkoma ocenami i ich ostrością się nie zgadzam (na przykład lubimy inne książki Noblistki). Przy Noblu wspominając sięgnąłem po pierwszą książkę Tokarczuk, którą kupiłem osiemnaście lat temu. Byłem ambitnym gimnazjalistą. Otworzyłem na stronie tytułowej i ku swojemu zaskoczeniu – bo już nie pamiętałem o tym fakcie – odkryłem tam nie jeden autograf, a trzy! Tomasza Witkowskiego, psychologa, autora książki "Psychologia kłamstwa", o której - na okładce - pisała Tokarczuk: "Żywo napisana i ilustrowana wieloma przykładami z życia i literatury szkicuje zarysy dziwnego i trochę przerażającego uniwersum, którego władcą jest homo mendosus, człowiek kłamiący". Drugą osobą jest Irena Borecka, zmarła w 2008 roku specjalistka od "biblioterapii". Skąd się tam wzięli? Cóż, jest to opowieść do dzisiaj jednak mnie zawstydzająca. Ale co mi tam, mam już kilka lat więcej i choć dalej odebranie telefonu sprawia mi problemy, to mogę sobie o tym napisać bez drżenia.

Jest rok 1999. Jestem spod Wałbrzycha. W telewizji pokazują pokrytych czarnym pyłem ludzi. Na plecach mają wielkie, polipropylenowe worki. W nich węgiel. O biedaszybach mówi cała Polska. Pokłady kruszcu, którego nie opłacało się wydobywać przemysłowymi metodami były łatwo dostępne, więc nie powinno nikogo dziwić, że w regionie o bezrobociu katastrofalnych rozmiarów wiele osób zdecydowało się na to ryzykowne zajęcie. Jak za dawnych czasów rano przez miasto szli mężczyźni do pracy. Tryumfalny powrót do porządku świata, gdzie dzień nie zaczynał się wschodem słońca, a wymarszem do pracy. Mam trzynaście lat. Patrzę na nich ze strachem, nie chcę dla siebie takiej przyszłości. Czytam Maya i marzę o dalekich wyprawach. W lokalnej bibliotece już wiedzą, że powoli szukam też innych lektur. Tak trafia w moje ręce „Prawiek”. Niewiele rozumiem, ale czuję, że to jest nasza opowieść. O świecie, w którym niewiele jest „nasze”, tylko miejsce trwa.

Zaczytuję się w wierszach Szymborskiej i z zacięciem przepisuję wszystkie jej wiersze na komputerze. Te ekscentryczne ideologicznie również. Mam komputer, peceta. I czterotomową encyklopedię PWN z końca lat 80., w której – jak przystało na aspiego – najbardziej interesują mnie tabele z datami. Tej z noblistami od literatury uczę się na pamięć. Będę wypożyczał ich książki. Do dzisiaj czuję wspólnotę ze wszystkimi, którzy czytali Laxnessa w młodości. Jesteśmy osobnym plemieniem, jestem o tym przekonany. Wycinam z gazet wzmianki o Szymborskiej. Pewnie nie myślę o tym, że Noblistę można spotkać na ulicy. Może gdybym mieszkał w Krakowie. Ale w Wałbrzychu można spotkać co najwyżej własnego ojca, który cię przyłapie na paleniu fajek.

Wielki, kamienny atlant strzegący wejścia do klasycystycznej kamienicy budzi respekt w piętnastolatku. Chyba dlatego nie lubię wałbrzyskiej Biblioteki pod Atlantami. Unikam jej, czuję się tam malutkim chłopczykiem, a już jestem w wieku, gdy nie lubię się tak czuć. W podziemiach kamienicy jest klub Atlantis, ale tego to ja się boję jeszcze bardziej. Jest 2001 rok i Olga Tokarczuk ma w bibliotece spotkanie autorskie promujące zbiór opowiadań „Gra na wielu bębenkach” (i jej nowe wydawnictwo Ruta). Marzę o tym, żeby tam przyjść. Kupuję książkę, czytam łapczywie, jadę. Nic nie pamiętam ze spotkania. Jestem przestraszony, myślę, że się na mnie wszyscy gapią. Tak samo będę się czuł, gdy przyjdę do pierwszej klasy w wałbrzyskim liceum, takim elitarnym, „olimpijskim”. Wszyscy będą się gapić na chłopaka w koszulce z „ciuchów”, tanich dresach i butach z bazaru. Czy wtedy dostałem swoje pierwsze adidasy? Pewnie tak. Po spotkaniu czas „zdobyć” autograf. Nie jest to trudne, wystarczy podejść do podium, na którym siedzą trzy osoby. Z nerwów nie wiem jak się zachować, uważam, że miłe będzie jeśli oni również podpiszą mi się w książce. Są zaskoczeni, ale dobrotliwi. Odchodzę upokorzony, bo zorientowałem się, że ich autografy nie powinny się tu znaleźć. Długo uczę się podchodzenia do obcych ludzi.

Spoglądam na półkę z książkami Tokarczuk, które przezornie kompletowałem przez wszystkie lata, bo chyba dla każdego, kto się zajmuje literaturą od dawna było jasne, że choć może nasze oceny bywają krytyczne, to światowy odbiór jej prozy jest niezwykle przychylny, zaczynały to potwierdzać nagrody i coraz większa rozpoznawalność Tokarczuk na świecie. Nie jestem fanem „Ksiąg Jakubowych”, wydane rok temu „Opowiadania bizarne” uważam za nierówne i im bardziej „bizarne” tym słabsze, ale uwielbiam na przykład „Ostatnie historie”, trzy opowiadania połączone wspólnotą krwi bohaterek i śmiercią unoszącą się nad ich światem. Z tej książki znam słowo „śmiertka”, bo „małe zwierzęta umierają na małe śmierćki” (ten sam koncept pojawi się też w „Biegunach”, choć będzie już dotyczył płodu), a opis umierania suki Iny pozostaje w głowie zwłaszcza, gdy dołoży się do niego wspomnienie umierania własnego psiaka. To jest właśnie w tej prozie ciekawe, jak koresponduje ona z doświadczeniami czytelników i czytelniczek, dzięki detalicznemu opisywaniu codzienności w prozie Tokarczuk łatwo się odnaleźć, a to często stanowi o tym, czy wsiąkamy w książkę, czy nie. Trochę jak „Bieguni” nałogowo kiedyś przeze mnie podczytywani na każdym wyjeździe.
I tak sobie można wędrować, od wyprawy do własnego dzieciństwa, po dzisiejszy karnawał z Noblistką. To przyjemna podróż w głąb siebie i swoich potrzeb czytelniczych. A jak wasz doświadczenia z Tokarcuk?

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Iwasiów jak lody