Marginesy, Max Cegielski

[RECENZJA] Max Cegielski, "Prince Polonia"

Jak to mówił o górnikach jeden z ministrów “są górnicy negatywni i pozytywni”. I tak jest z “Prince Polonia” Maxa Cegielskiego - są tu pozytywy i negatywy. Mam wrażenie, że gdyby autor bardziej myślał o zwięzłości wypowiedzi i tempie akcji, która ponoć miała być “sensacyjna”, to wyszłaby powieść od której trudno się oderwać, a tak wyszła książka, od której odklejałem się bardzo łatwo, nie mając siły na przebijanie się przez - skądinąd ciekawe dygresje autora, by śledzić losy bohaterów.

Innymi słowy - gdyby Cegielski napisał rozbudowany esej, coś na kształt “Duchologii”, ale o latach osiemdziesiątych i emigracyjnych przygodach Polaków, jakieś takie “Tureckie merynosy - singapurskie złoto”, czytałbym jak oszalały. A tak czytałem trochę zirytowany.

O czym to jest? Wracamy do PRLu i lądujemy w “zwykłym” liceum, gdzie nastolatkowie rywalizują ze sobą, choć królowa jest tylko jedna - Magda ma zachodnie ciuchy, postawę arystokratyczną i nie zna biedy, której każdy jakoś doświadczył. Jest też Radek i Janek, jest szkolna kapela, kłótnie o Maanam i Lombard, fascynacja popkulturą (niemieckie “Bravo”!) i oczywiście zbiorowa miłość do Magdy. Są też pierwsze wyjazdy do enerdówka, ćwiczenia z przedsiębiorczości w terenie - sprzedaj-kup, dobrze policz. I tęsknota za wielkim światem

Ten wielki świat staje przed bohaterami powieści Cegielskiego prawie otworem - pojawiają się coraz bardziej “egzotyczne” wycieczki, Indie kuszą nie tylko starożytną kulturą ale przede wszystkim możliwością szybkiego wzbogacenia się. Tylko, że Polska jest wszędzie. Na orbisowych wycieczkowiczów czekają już nasi rodacy, by zaprząc ich do przemytniczego biznesu - najpierw na niewielką skalę, później na coraz większą. Od przemytu elektroniki po złoto i dragi - jeśli jest się wytrwałym i ma trochę szczęścia można się łatwo wzbogacić. Ale takie życie uzależnia i wymarzona hurtownia rajstop gdzieś pod Szczecinem przestaje być niedosiężnym marzeniem. A wtedy zaczyna się marzyć o czymś innym.Łatwo o upadek. I o tym jest “Prince Polonia” - o pragnieniu realizacji potrzeb, które zostaje zastąpione liczeniem zielonych.

Cegielski brawurowo oddaje sposób myślenia o świecie Polaków przełomu wieków. Pokazuje jak leczono sobie kompleksy w “trzecim świecie”, jak uczono się być nie-Polakami, kopiując zachodnie wzorce nie tylko w ubiorze, ale i zachowaniu czy podejmowanych decyzjach. To opowieść o aspiracjach do bycia kimś innym, jakby nieświadomej ucieczce przed polskością. Jest to też historia muzyki, przedmiotów, zjawisk popkulturowych, do których Cegielski ma doskonałą pamięć. Tak jak doskonale odtwarza kolejne przemiany technologiczne, tak świetnie opisuje etapy polskiego otwierania się na świat i ich konsekwencje.

Jest tylko jeden problem - tego wszystkiego jest za dużo, za wiele dygresji, za dużo eseistycznych opowieści włożonych w środek akcji. Każda wprowadzana postać musi mieć swoją biografię i każda w jakiś sposób opowiada o swojej klasie społecznej i jej rozwoju w szalonych latach 80. Za dużo tego, często to niepotrzebne i odkleja czytelnika od akcji, która wartka jest tylko momentami. Podobnie jak ciąg wydarzeń, gdy główni bohaterowie powieści trafiają już na przemytniczy szlak naprawdę trudno jest ich śledzić. Co jest następstwem czego i czy autor po raz kolejny nie opowiada tej samej historii? Krążą ci jego bohaterowie na azjatyckich trasach podniebnych i zamiast potraktować to jakimś skrótem, Cegielski z upodobaniem i szczegółami opisuje każdą akcję, każde przekroczenie granicy… no nie miałem cierpliwości do tego. Oraz do tego, że skupiając się na azjatyckich losach bohaterów porzuca ich polskie rodziny - choćby jakieś dialogi z rozmów z rodzicami by się przydały. A tak ‘poszedł i zadzwonił do Polski, wrócił’. A jednak chciałoby się, żeby akurat tu opowieść była pełniejsza.

Podoba mi się za to ucieczka od martyrologii. Cegielski wyraźnie pokazuje, że może i dzisiaj wydaje nam się, że wszyscy żyli Solidarnością i wielkimi zmianami, czekaliśmy na wolne wybory i mieliśmy Maryjkę w klapie lub obwieszaliśmy się opornikami, a prawda była taka, że głowy wielu z nas działały na zasadzie niezbyt rozbudowanych kalkulatorów i szybko przechodziliśmy z ekonomicznej stagnacji do trybu zbieracko-łowieckiego, gdzie nie było miejsca na sentymenty czy politykę. Najważniejszym słowem nie była wcale “solidarność”, a “handel”. I to od razu dobrze pokazuje czemu później było jak było. Przełom 89 roku u Cegielskiego jest istotnym wydarzeniem, ale pozbawionym romantycznej otoczki, widziany jest merkantylnie i to naprawdę mi się podoba.

Zasługą Cegielskiego jest pokazanie, że świat PRL nie jest szary czy czarno-biały, że barw nie wymyślono w latach 90. wraz z rozwojem kolorowej telewizji. Wyraziste i ciekawe postaci z pewnością na długo zapadają w pamięć, ale bardzo chciałoby się, żeby ta lektura była szybsza, żwawsza, a czytelnik mniej rozpraszany opowieściami, które powinny znaleźć się w całkiem innej książce. Na tą bardzo czekam, bo Cegielski ma nieprawdopodobnie olbrzymią, wręcz encyklopedyczną wiedzę. Uwielbiam takie pięknie zaśmiecone mózgi. Tylko wiem, że potrzebują one dyscypliny, by naprawdę skupić się na “sensacyjnej opowieści”.

O ile dobrze pamiętam, to jeszcze w połowie lat 90. moja matka przechowywała w domu zestaw sztućców rozdawany podczas lotu do Budapesztu, który odbyła kilkanaście lat wcześniej. W tym banalnym zestawie i naszej na nią reakcji jest cała opowieść o polskiej transformacji. Ciekawe jakie są wasze? Bo ja już nie chcę słuchać o tym gdzie stało ZOMO i kto z kim się narąbał w Magdalence. Chcę słuchać o przedmiotach, marzeniach ludzi i sposobach ich realizacji. Tylko trochę żwawiej niż robi to Max Cegielski.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Wakacyjne morze Zofii Posmysz