Agora, Stanisław Łubieński

[RECENZJA] Stanisław Łubieński, "Książka o śmieciach"

To nie jest udana książka. To książka zaśmiecona, nieprzejrzysta - ale wcale nie przez swoją literacką gęstość, a niezdecydowanie autora, co i o czym tak naprawdę pisze. Łubieński objawia miejscami swój literacki geniusz, ale pokazuje też, jakich gatunków literackich nie powinien dotykać i gdzie, zamiast iść na wycieczkę, sięga po wyszukiwarkę.

Myślę, że powinna to być gorzka lekcja dla autora - jakich błędów popełniać nie należy.

Niestety panuje u nas takie błędne przekonanie, że skoro książka traktuje o ważnym temacie, to nie warto krytykować, a ponieważ autor poprzednią publikacją zaskarbił sobie serca czytelników, to o nowej lepiej też negatywnie nie pisać. Efekt jest taki, że od kilku dni słyszę środowiskowe “ale to słabe”, a publicznie ludzie udają, że wszystko jest w porządku, bo to się kliknie. Jak zawsze wkurza mnie taka sytuacja, ale wiadomo, że lepiej się nie wychylać.

Łubieński oparł “Książkę o śmieciach” na przerobionych felietonach pisanych dla “Dwutygodnika” i kilku nowych pomysłach, z których tylko jeden jest udany. Reszta sprawia wrażenie literackiego śmietnika niepoddanego segregacji.

Ale po kolei. “Książka o śmieciach” to kilka spojrzeń na problem nadmiernej produkcji śmieci, czyli po prostu zaśmiecenia świata. Myślicie, że są tu jakieś oryginalne pomysły? No jednak nie… Historia plastiku, recykling, polimery i tak dalej. Jedyne, co jest tu wartością dodaną, to opowieści ornitologiczne - w tym temacie Łubieński czuje się jak ryba w wodzie albo bardziej jak bocian widzący żabę - od razu zmienia mu się język na giętki i odrobinę liryczny, a autor staje się czytelnikowi tak bliski, że ten chce prosić, by nie było już ani słowa o funkcjonowaniu spalarni, bo to jest nudna publicystyka i by skupił się na ptakach lub choćby chrząszczach.

Dużym minusem tej książki jest opieranie się autora nie na tym, co zaobserwowane, a na tym, co przeczytane. Ileż to razy Łubieński notuje: “Jak napisał XYZ w ciekawym artykule” albo “Jak fascynująco pisze ABC w książce”, by następnie relacjonować to w sposób niezbyt jednak fascynujący. Robi sobie autor krzywdę, “siedząc” w googlowym i bibliotecznym researchu i próbując skleić z tego coś, co ma być wielopłaszczyznowym esejem o śmieciach. Bo wszystkie te starania, by esej nie zamienił się w pracę popularnonaukową, a cały felieton dało się przekształcić właśnie w intelektualny esej, w którym koniecznie trzeba jeszcze umieścić i skrytykować Barthesa, są robione zwyczajnie na siłę.

Najlepiej czytało mi się interludia, opowieści o losach konkretnych śmieci. Reklamówka z Burgas znaleziona nad Bałtykiem, żel powiększający przyrodzenie, również znad Bałtyku czy pojemnik z dichlorfosem (tu okolice Szczebrzeszyna, co zdradza, że inspiracji autor szukał też przy okazji festiwali literackich) to historie, w które się wnika z przyjemnością i chciałoby, by były zaczątkiem wciągającego reportażu. Niestety, tak się nie dzieje - kontynuacja bywa czasem dość przypadkowa. Nie rozumiem też decyzji osób, które składały “Książkę o śmieciach” - po co te interludia złożono innym fontem? To nie album, a czytelnik chyba widzi, że ma do czynienia z czymś pomiędzy rozdziałami? Zawsze czuję się wtedy traktowany jakbym oblał maturę z czytania ze zrozumieniem.

Łubieński nudzi potwornie. Zamiast wciągającego, pełnego zapachów, dźwięków i industrialno-biofilnej atmosfery opisu miejsc przetwarzania śmieci dostajemy techniczne, nieciekawe relacje, których nie da się zapamiętać i które finalnie niewiele mówią o samych śmieciach. Zamiast antropologii - zajęcia techniczne w wyobraźni. I dalej: zamiast reportażu - relacje z lektur. Pisze Łubieński na przykład o Krzysztofie Kolendzie, którego “wypatrzył” w serwisie społecznościowym. Opisuje jego ciekawe akcje łączące sprzątanie lasów z badaniami naukowymi i ani linijki nie oddaje samemu bohaterowi. Z tekstu bliskiego reportażowi lądujemy znowu we wtórnej relacji z tego, co autor wyczytał, a może i dowiedział się od samego bohatera, choć z tym się niestety już nie zdradził. Wiele w tym tekście miejsc, gdzie można jedynie żałować, że autor nie postanowił zagłębić się w szczegóły. Pisze: “Podczas badań terenowych prowadzonych w latach 1999-2006”. Czy to jest dla czytelnika jakkolwiek sexy informacja? Może dla kogoś, ale mnie nudzi. Chciałbym za to się dowiedzieć (nie patrząc do przypisu), kto te badanie prowadził, dlaczego już ich nie prowadzi, jakie emocje przeżywają badacze, gdy ktoś im we Francji zabija monitorowanego ptaszka. No i czy ktoś pojechał do Francji poszukać mordercy.

Niektóre fragmenty książki przypominają wypracowanie na zadany temat, realizowane z dużą niechęcią. Bo jak można zacząć - w mającym literackie ambicje eseju - akapit w sposób następujący:

“Stolica Belgii to nie tylko siedziba władz i struktur unijnych, lecz także miejsce pracy wielu organizacji pozarządowych, które starają się wpływać na politykę wspólnoty. Jedną z nich jest…”

Jak babcię kocham (a mam jedną, ukrywaną przed kowidem), to jest nudne, szkolne i nieliterackie. Albo gdy na stronie 209 wprowadza na scenę książki Dianę Lelonek, pisze Łubieński, że poznał ją dzięki Pawłowi Żukowskiemu. I dostajemy pół strony biogramu Żukowskiego, który to biogram co prawda ma trochę wspólnego z tematem książki (wykorzystywanie wtórnych materiałów), ale przecież miała być to opowieść o Lelonek. Gdybyście byli ciekawi, laureatka Paszportu “Polityki” w książce się oczywiście nie wypowiada, kolejne trzy strony zajmuje za to Łubieńskiemu relacjonowanie jej projektów. I to wszystko. Zero problematyzacji.

Zasypanie czytelnika faktami, datami, danymi i nazwiskami jest dobre w artykule dla internetowego (lub/i fachowego) magazynu, ale z pewnością nie sprawdza się w książce, podczas lektury której czytelnik ma wrażenie pospiesznego pędu przez teorie, miejsca i ludzi, gdzie z nikim nie można się bliżej zaprzyjaźnić, bo autor pędzi gdzie indziej, wypływa już na inne wody.

Nie jest Łubieński rasowym reportażystą, nie jest nowym Macferlanem potrafiącym połączyć publicystykę z autoreportażem i esejem, ale jest fantastycznym znawcą zwierząt, o których pisze z pasją i wielkim talentem. Tylko wyłuskiwanie tych fragmentów z “Książki o śmieciach” było zadaniem przypominającym, niestety, działanie pojazdu bezpylnego (znanego szerzej jako “śmieciarka”).

Recykling, katastrofa klimatyczna to aktualnie ważne tematy, które stają się też modne. “Książka o śmieciach” pokazuje jednak, że może niekoniecznie warto na siłę napisać o wszystkim, a zająć się tym, w czym jest się mistrzem. Bo żal mi Łubieńskiego po tej książce. Nie jest dobra. To nudny, literacko ciekawy tylko w ptasio-zwierzęcych momentach, wysilony twór, dzięki któremu udało mi się - odrywając od lektury - przerobić zaległe memy (nawet z ubiegłego roku!), które były bardziej interesujące niż przebijanie się przez meandry tej książki.

jeden komentarz

Kasia

09.07.2020 15:24

Jak się cieszę, że jest ktoś oprócz mnie, kto nie pieje zachwytów nad tą książką. Wypada szczególnie słabo na tle "Każdemu jego śmietnik", gdzie ten sam ważny temat jest poruszony wielowymiarowo, bez nadęcia erudycyjnego, za to z indywidualną czy lokalną perspektywą uwrażliwiającą czytelnika - a do tego literacki poziom większości tych tekstów jest naprawdę wysoki.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?