Wydawnictwo Literackie, Łukasz Staniszewski

[RECENZJA] Łukasz Staniszewski, "Małe Grozy"

To już nawet nie jest rozgoryczenie, irytacja czy złość. Jestem zmęczony - pandemia, kryzys, kretyni u władzy, nawet pogoda w ciapki i się zdecydować nie może, czy wiosna idzie czy jednak zima nadciąga. Będziemy żyć w permanentnym kryzysie i dlatego dobrze mi “wchodzą” baśnie i klechdy. Myślę, że to, co w literaturze będziemy doceniać teraz bardziej to możliwość ucieczki od rzeczywistości w świat nam bliski, ale jakby odbity w krzywym zwierciadle, pokazany przez zapomniane już pieśni, legendy czy bajki. Dlatego warto się wybrać do wsi Małe Grozy na Warmii, bo jest tam wszystko, czego dzisiaj potrzebuję.

Łukasz Staniszewski debiutuje w prozie i robi to naprawdę w dobrym stylu, choć styl literacki mu czasami płata figle i kieruje w stronę kiczu, na szczęście autor za każdym razem w porę się opanowuje i wraca do snucia warmińskiej ballady. A Warmia u niego “jest skalistą wyspą zawieszoną w powietrzu na sznurach wyplatanych z traw i wyschniętych zbóż. Tkwi w przestrzeni pomiędzy Niebem a Piekłem”. Sznury nie pozwalają Warmii odfrunąć, zawracając ją “w kierunku Pomiędzy”. Małe Grozy są słynne z agrestówki, śmierć zachodzi tu regularnie, a miejscowe baby są mądre wielopokoleniową mądrością. Wokół wsi latają duchy, przechodzą dziwne stworzenia, a we wsi matki rodzą wilczęta. To - jak pisze Staniszewski - “świat ludzi szybko się kończący pod ciosami kija”. Dlatego trzeba zapisać i opisać, by unieśmiertelnić, odczynić uroki wiszące nad Małymi Grozami.

Staniszewski stworzył formę literacką pośrednią między opowiadaniem a powieścią - niektóre z wątków będą się zazębiać, niektórzy bohaterowie wystąpią na scenie tej książki kilkukrotnie, niektórzy będą tylko na nią wchodzić w jednym mikroakcie. Korzystając z klechd, legend, pieśni i własnej wyobraźni autor opowiada historię zaczarowanej krainy, w której prawo do istnienia mają mityczni olbrzymi jak i baby, które nie przepuszczą żadnemu chłopu. Dużo tu erotyki i zmysłowości, rozpalonej słońcem, nieujarzmionej. Mało za to religii i jednego Boga, bardzo agnostyckie wydają się te ballady, co trochę zaskakuje, ale zaskakuje tak jak lubię. Momentami Staniszewski przypomina mi prozę Olgi Tokarczuk z lat 90., przesiąkniętą próbą zobaczenia, czy w tym naszym jakże fizycznym i doświadczalnym świecie nie ma czegoś więcej, innych czasów i przestrzeni. Staniszewski głębiej sięga po ludowe legendy i jest bardziej rozerotyzowany, ale na jakimś poziomie “Małe Grozy” dobrze się prezentują przy “Prawieku”. Ale też w całym nurcie, gdzie można wymienić choćby “Podkrzywdzie” czy “Guguły” mieści się całkiem nieźle.

To takie pisanie niedzisiejsze mocno, chwilami może naiwne w swojej prostocie, ale to ładna proza, bardzo wdzięczna językowo, dobrze skomponowana, muzyczna. W czasach zawieruchy i zamętu dająca wytchnienie i naiwną może wiarę w to, że świat jakoś się naprawi i wróci na stare tory. Ja takiej nadziei tymczasowo potrzebuję, choć nie jestem optymistą.

Małe Grozy powstały gdy Wielkie Grozy zdziesiątkowała zaraza. Czy świat, który zastaniemy jeśli przeżyjemy będzie światem powrotu do bezpiecznej przeszłości? Niezbyt w to wierzę, ale nie mam nic przeciwko chwilowemu karmieniu się tym pomysłem.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co leży na zakręcie w pewnej powieści dla dziewcząt?