Vlastimil Třešňák, Nowa, Paweł Heartman, Piotr Godlewski

[RECENZJA] Vlastimil Třešňák, "To, co najistotniejsze o panu Moritzu"

To jest najlepsza czeska książka, o której (chyba) nigdy nie słyszeliście i... nie wiem, co teraz powinniśmy z tym zrobić. Z jednej strony bardzo chciałbym wam napisać, dlaczego “To, co najistotniejsze o panu Moritzu” jest tytułem, po który powinniście ustawiać się w kolejkach do antykwariatów, a z drugiej - mam taką fantazję, że oto Mariusz Szczygieł wznawia Třešňáka w swojej serii “Stehlík”. I jak tu teraz połączyć te pragnienia?

Liczę na to, że Niezależna Oficyna Wydawnicza w 1989 roku nie wydrukowała Třešňáka w przekładzie Pawła Heartmana, czyli Piotra Godlewskiego, w jakiejś niezwykłej liczbie egzemplarzy i popyt przewyższy - tymczasowo - podaż, a rozbudzone żądze skłonią być może Szczygła, by pokokietował myśl, którą mu tu podrzucam.

A dlaczego trzeba? Dlatego, że książka Třešňáka to niezwykle sprawne (i niezbyt obszerne) połączenie Mrożka z Kafką, Beckettem i czeskim humorem.

Bohaterowie “Tego, co najistotniejsze…” to oczywiście pan Třešňák - z pewnych przyczyn, które zaraz tu naświetlę - przechrzczony na Praga i pan Vaclav Moritz, malarz liczący na dobrą sprzedaż swoich obrazów w Chinach, stąd w nadmiarze stosujący kolor żółty i nadający swoim dziełom fantazyjne nazwy jak “Ostatni mandaryn”. Bohaterów jednak, jak na powieść z wartką akcją przystało, poznajemy w… kolejce.

“Müller, Müller - zawołał policjant w moją stroną, choć nazywam się Třešňák, Třešňák”. Oskarżony o bójkę w Trinkhalle, Třešňák-Müller pewnie pokornie by poszedł za policjantem, gdyby z kolejki nie wyłonił poszukiwany. Tak czy inaczej aresztowany Třešňák, bo była to kolejka na komisariacie, trafia do celi, gdzie dostaje miejsce pod uroczym plakatem przedstawiający pole marihuany w Afganistanie i siedząc sobie pod konopiami czeka na kolejne czynności.

“Policjant najwyraźniej pomylił w mych papierach rubrykę “Imię i nazwisko” z rubryka “Miejsce urodzenia”. Przez całe dziesięć minut zwracał się do mnie: “Herr Karlin Prag”, zanim w końcu skrócił to do “Herr Prag”.

Z protokołu wynikało też, że Třešňák-Müller-Prag ma trzydzieści dwa lub trzydzieści sześć lat, bo aspirant mylił rubryki “liczba zębów zatrzymanego” z “temperatura ciała zatrzymanego”. Wychodząc z budynku Dyrekcji Policji prosto na ulicę Dobrych Ludzi Třešňák powtarzał sobie w myślach “Pan Prag” i nawet mu się to spodobało. Zmierzał prosto do mieszkania, które współdzielił z Moritzem, człowiekiem o tej samej temperaturze ciała i liczbie zębów,

“Pan Moritz podszedł do stołu, siadł na jednym z dwóch krzeseł i jak co rano, obtłukł swe jajko o kant biurka.
- Niech pan nie obtłukuje co rano swego jajka o moje biurko! - zaprotestował Pan Prag, jak co rano”.

Krótkie rozdziały to galeria niezwykłych sytuacji i postaci, ale jak to w dobrej komedii czeskiej - bywa tu gorzko, bo Třešňák w “Tym, co najistotniejsze…” pokazuje problemy czeskiego emigranta-inteligenta, który wciąż stara się być “prażaninem”, a rzeczywistość mu to uniemożliwia. Třešňák przez długi czas nie wyjaśnia też czytelnikowi gdzie się znajduje, kim są jego bohaterowie, ufając - jak to bywało kiedyś - że to, co nienapisane, jest czasem czytelniejsze niż to, co podane drukiem. Myślę, że nawet dzisiaj w tych zwięzłych tekstach czytelnik podskórnie bez problemu wyczuje napięcie. Nic tu nie jest powiedziane wprost, a relacje z groteskowych sytuacji - choć wymuszające śmiech - po chwili przypominają nam, że o czymś innym jest też tu mowa - echa wojenne, ‘68 roku i komunizmu wyzierają spod powierzchni tej brawurowej książeczki.

Bo chyba jasna dla wszystkich będzie sytuacja z rozdziału XI, gdy książkowy Třešňák, udający tym razem złotnika, spotyka w barze Müllera, który pokazuje mu pierścień “w kształcie węża, który otacza palec i w rozwartej paszczy trzyma zielony kamień”, na wewnętrznej stronie wygrawerowano - 1736. Na świecie są ponoć tylko dwa takie.

Pierścień - jak mówi Müller jest “Aus Böhmen, pożydowski”.
- (...) W takim razie to cenne! - zagwizdałem. (...) jak na świecie są tylko dwa (...)
- Tylko, że ja tego drugiego nie mam! Tego drugiego nie mam! (...)
- To ten drugi jest gdzie? - spytałem cicho, jakby było mi go żal.
- Żebym to ja wiedział… - rzekł Müller, zanim zasnął.
- Ba, żebyś wiedział…

Słuchano Judas Priest i Zeppelinów.

Taka to jest książka, w której śmiech równoważy dramat nigdy nie opowiedziany do końca, rezonująca z czytelnikiem, zaskakująco nieznana w Polsce, ale jak wiemy rok 1989 nie był najlepszy dla promocji literatury - inne sprawy ludzie mieli na głowie i może nie chcieli się faszerować rozliczeniami czeskiego emigranta? To może trzydzieści lat później my się nimi zainteresujemy?

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kto ocalił Izabelę Czajkę-Stachowicz?