Karakter, Joanna Krakowska

[RECENZJA] Joanna Krakowska, "Odmieńcza rewolucja. Performans na cudzej ziemi"

Z podrzędnych barów, kawiarni z podłymi scenami, których wnętrza wyglądało jak grota Aladyna, gdzie rozsypany brokat mieszał się z bombkami, girlandami ozdób, chińskimi lampionami i karaluchami, wyszedł ruch, który zmienił współczesną kulturę amerykańską, a co za tym idzie - w jakiś sposób wpłynął na kulturę na całym świecie. Co ciekawe przy pewnym udziale Polaków, choć ich z książki Joanny Krakowskiej trzeba wyłuskiwać i niekoniecznie są to najciekawsze znaleziska. Na szczęście w wywodzie jest też badaczka niezwykle logiczna i uporządkowana, o co trudno, gdy pisze się o świecie wypełnionym - to urocze określenie z tej książki - “gejowskim ‘horror vacui’”.

To niezwykle obszerna, świetnie udokumentowana i wciągającą opowiedziana historia ruchu queer w jednym, konkretnym miejscu. Na Manhattanie. Krakowska bada jak na “cudzej ziemi”, bo Manhattan był przecież “Rented Island” i nikt tam od wieków nie jest u siebie, pojawili się - to słowo dzisiaj nie brzmi najlepiej, ale trudno o inne - odmieńcy. Znajdziecie tu bohaterki znane jak Susan Sontag, ale też słabiej zapisane w - zwłaszcza widzianej z Polski - historii kultury, jak John Smith czy Ron Vawter. Osoby tworzące nową estetykę, którą opisała Sontag jako “kamp”; estetykę, która budzi uczucia ambiwalentne, “głęboką sympatię utemperowaną odrazą”, jak szczerze napisała amerykańska filozofka. Znajdziecie też przejmująca opowieść o tym, kto pierwszy rzucił - nie aż tak bardzo metaforycznym - kamieniem pod Stonewall, i czemu w pamięci, także pamięci ruchu queerowego, przechowała się inna postać. Odpowiedź jest oczywiście dość prosta - bo Storme DeLarverie była kobietą. “Rosa Parks społeczności LGBT”. Jak przystało na wywrotową społeczność, zaczęła trochę ostrzej. Córka białego mężczyzny i Afroamerykanki urodzona w Nowym Orleanie w czasach gdy małżeństwa międzyrasowe były nielegalne, podobnie jak homoseksualizm. Była jednym z pierwszych drag kingów w Stanach i cóż - miała krzepę. “Kwestia podmiotowości nie była” dla niej “źródłem cierpień innych niż te, które zadawało jej wrogie otoczenie”. Więcej w książce Krakowskiej.

Ciekawie, choć może trochę zbyt delikatnie, wybrzmiewają w “performansie na cudzej ziemi” kwestie konfliktu rasowego, który sprawił, że czarne kobiety identyfikujące się jako lesbijki lub osoby biseksualne, a także oczywiście osoby trans przez długi czas były traktowane gorzej przez kulturę tworzoną przez białych mężczyzn. Co z tego, że homoseksualnych? Czyta się to - będąc nienormatywnym facetem - z poczuciem zażenowania i wstydu. Takiego dobrego wstydu, który może zmienić myślenie, dlatego szczególnie polecam książkę Krakowskiej wszystkim, którym się wydaje, że są po dobrej stronie historii. No nie wiem, jako osoba wychowana na mizoginii wypełniającej gejowskie bary, wcale nie czuję się w tej kwestii bez winy i uczę się także dzięki takim książkom. Wracając do konfliktu rasowego - w pamięć zapadająca jest historia musicalu “Hair”, którego początki związane są z off-off-Broadway, a finalnie przecież mamy do czynienia z jednym z największych komercyjnych sukcesów amerykańskiej kontrkultury. Przełamujący społeczne tabu spektakl okazywał się zbyt odważny dla aktorów mocno offowych teatrów,

Jest w tej książce też oczywisty żal po czasach rewolty, gdy performerka Penny Arcade mówi, że “żałuje, że rzucała kamieniami w Stonewall”, a Jose Esteban Munoz pisze, że “nie możemy pozwolić na to, by nieudane rewolucje na zawsze odeszły w przeszłość. I to jest na marginesach tej książki ważny temat - czy dzisiaj, wraz z asymilacją i przyjęciem “zasady wydajności” przez ruch LGBT, możemy pamiętać o tym, z czego to wszystko się wzięło? Amerykański i polski kontekst są od siebie różne, a jednocześnie można odnaleźć w nich pewne podobieństwa - jak choćby dyskusje o tym, co obraża i co jest ekscesem.

Współcześnie oczekujemy “wsparcia i bezpieczeństwa”, o czym przypomina choćby fakt, że jedne z głównych haseł ostatnich protestów były związane z ochroną (“nigdy nie będziesz szła sama”, “kiedy państwo nas nie chroni, mojej siostry będę bronić”) i nie chodzi tu tylko ochronę przez przemocowym aparatem uruchamianej przez neofaszystowski rząd, ale o ochronę prawną, socjalną i psychiczną. Doszliśmy do życia w czasach pozornych komfortów, gdzie słowo “dobrostan” staje się wyznacznikiem sukcesu osobistego, a kooperatywa i solidarność wydają się być hasłami równie rewolucyjnymi jak najostrzejsze manifesty queerowe. Jest w tym pewna przewrotność dziejowa, że późny kapitalizm najłatwiej jest naruszyć nie działaniami skierowanymi przeciwko niemu, a takimi, które używając wytworzonych przez niego mechanizmów, podważają je i pokazują wykluczenie.

Czy można być jak Penny Arcade, “aroganckim, resentymentalnym, protekcjonalnym, nostalgicznym, napastliwym i denerwujacym”? Dzisiejsze normy poprawności politycznej doprowadzają do pewnej kastracji rzeczywistości i nie dają im wentylu ujścia. Widać to szczególnie przyglądając się “wydarzeniom sierpniowym”, które najpierw oburzały, ale szybko zostały wciągnięte na sztandar, a Margot zaczęła być broniona przez osoby niekojarzone z ruchem LGBT i sojuszniczkami/sojusznikami. W tym momencie otwiera się pole na dyskusję choćby o słynnym wywiadzie, który był nominowany do Grand Press - bo czy zadawanie pytań niezgodnych z przyjętymi normami osobie, która łamie normy nie jest w pewien sposób uzasadnione? Problem z współczesną debatą polega na tym, że sama dyskusja nad tak postawionym pytaniem zasadniczo nie może się odbyć bez zarzutów wobec samego pytania. Dobrze to znamy z mediów społecznościowych, dlatego nawet autorka momentami podkreśla, że pewne sformułowania dzisiaj wydają się ryzykowne.

Książka Krakowskiej jest właśnie opowieścią o sposobach prowadzenia społecznych negocjacji - gdy pisze o “SCUM Manifesto” Valerie Solanas, który szokował i był niezwykle radykalny pod koniec lat 60., w czym “pomógł” tekstowi (bo nie autorce) zamach na Warhola, dzisiaj jego treści nie są dalekie od mainstreamowych tekstów feministycznych. Na tym polega działanie ruchu queer, że rozszczelnia strukturę społeczną i pozwala na przedostanie się do jego centrum osobom, które zamieszkują “cudzą ziemię”. A jak być wtedy queer? Tu też znajdziecie kilka przepisów na to, choć już nie tak radykalnych jak opowieść o tworzeniu się tego niezwykłego zjawiska.

O przewrotności historii świadczy też historia samego “SCUM Manifesto”, który - tuż po aresztowaniu Solanas - został wydany przez Olympia Press z “antyfeministycznym, rasistowskim i homofobicznym” wstępem wydawcy, który - gdy trzy lata później zmieniła się koniunktura - wydał książkę ze wstępem… feministycznym, w którym powoływał się na Kate Miller i Betty Friedan, pisząc, że Solanas “zaatakowała głęboką socjalną i moralną niesprawiedliwość naszego społeczeństwa”. Kapitalizm wymusza kompromisy, czasem w dobrym kierunku.

Pisze Krakowska we wstępie, że to opowieść, która może być lekcją obywatelskiego i społecznego nieposłuszeństwa, ale też inspiracją, choć pisze, że również konsolacją. I gdy pisze o Trumpie, zdaje się być pozbawiona nadziei, ale gdy omawia krytykę musicalu “Rent” i “fałszywej publicznej homoseksualności”, to nadzieje zdaje się odzyskiwać choćby dzięki temu, że wciąż istnieją propozycję podważenia ram obowiązujących dyskursów. Bo ruch LGBT, jak każdy ruch dążący do zmiany wprowadza własną normatywność i broni jej granic.

Krakowska - za reżyserem i dramatopisarzem Craigiem Louisem - mówi, że “ludzie, którzy pracują dla zysku, są mniej skłonni do mówienia prawdy na temat systemu na zyskach opartego”. Prosta i oczywista prawda, a jakże warta powtarzania i przypominania.

Wiele prawd w tej książce, bardzo Państwu polecam jej niespieszną lekturę. Autorka ani przez sekundę nie dystansuje się od tego w jakim czasie i dla kogo ją pisze, a ja czuję się przez nią mentalnie zaangażowany. Liczę na szerszą wspólnotę w tej kwestii

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz