Wydawnictwo Literackie, Robert Nowakowski

[RECENZJA] Robert Nowakowski, "Ojczyzna jabłek"

Powieść Nowakowskiego sprawnie, choć bez rewelacji przetwarza na użytek fikcji wątki z powojennej polskiej historii, przypominając, że wciąż jest to temat z którego sporo można wycisnąć, trzeba tylko użyć wyobraźni, lub poszukać poza głównym nurtem. O ile wyobraźni autorowi nie brakuje, tak już - wbrew pozorom - nie jest to powieść spoza głównego nurtu, a nawet momentami zbyt wygodnie z tym nurtem płynąca. 

Nowakowski bierze na warsztat losy Bojków, mniejszości etnicznej “górali mieszanego pochodzenia: rusińskiego i wołoskiego”, jak podaje wiadoma encyklopedia internetowa. I wydawałoby się, że mamy samograj - autor wybrał ciekawy, mało znany temat, poszperał w literaturze, topografii, losach i przetworzył to wszystko w przygodową powieść o losach bojkowskiej rodziny, niestety chyba nie ufając swoim umiejętnościom pisarskim opakował to wszystko realizmem magicznym i fantastyką, co nie byłoby złe, gdyby nie to, że jest tu zupełnie niepotrzebne. Coś jak z nadmiernie polukrowanym pączkiem. 

Rabikowie nie przegonili Mozesa, chasydzkiego rabina, który z nieodłączną i nigdy nieumarłą Veverke na ramieniu zapukał do ich skromnej chyży. Rabikowie Mozesa ukryli w ziemiance i się go słuchali, bo ten samozwańczy mistyk żydowski w zaskakujący sposób potrafił odczytywać naturę. Mozes w tej opowieści będzie zupełnie niepotrzebny. Niepotrzebne będą stylizacje na literaturę holokaustową (“Nie da się odnaleźć w Polsce cadyków z Bobowej. Nie da się ich odszukać wśród ton popiołu”), czy nawiązania do chasydzkich opowieści. Rozumiem, że autor chciał pokazać wieloetniczność krainy, którą opisuje, ale jest to tanie efekciarstwo, którego zupełnie nie kupuję. 

Uczynienie z Żyda postaci fantastycznej, do której przychodzą zwierzęta, która lepiej rozumie przyrodę, jest tu mocno na pokaz, niczego - poza “egzotyką” - nie wnosi do samej historii Bojków, na kilometr pachnie stereotypami, jakby autor zdawał sobie sprawę z tego, że w opowieści o wojennej i powojennej Polsce jakiś Żyd być musi. A żeby był to Żyd, którego wszyscy polubią i będą mu kibicować (jakby nie wystarczyła sama jego tragedia), to trzeba mu dodać wiewiórkę, oblec w rabiniczne mądrości i podlać to wszystko pseudomagicznym sosem. 

Nawet w warstwie realistycznej historia Żyda, który ukrywa się w bojkowskiej ziemiance i następnie udaje się na “Ziemie Odzyskane” jest pełna błędów - pominięto rolę centrali żydowskiej we Wrocławiu (po co Mozes Halberstam wydzwania do Krakowa, nie wiem), uczyniono z Wałbrzycha żydowskie centrum świata (choć był nim wtedy Dzierżoniów), a mówiący - ponoć w jidysz - bohaterowie sami sobie tłumaczą pojęcia, do tego w rozmowie wyjaśniając sobie świat jakby byli jego badaczami, a nie uczestnikami. Nowakowski nie zadaje sobie pytania - ile wiedzieli Żydzi w 47 roku, a swoich bohaterów wyposaża w wiedzę, którą dzisiaj mamy dzięki - wciąż nielicznym - badaniom naukowym. To jest największy problem całej tej książki - zapominanie o tym, że to, co dzisiaj wie narrator, niekoniecznie było dostępne jego bohaterom. Ahistoryczna nadświadomość drażni, choć oczywiście w powieściach przygodowych zdarza się często, o czym wiedzą wszyscy, którzy czytali książki Szklarskiego o “Tomkach”.

Na koniec tych rozważań należy zadać wprost jedno pytanie - dlaczego znowu przerysowanymi postaciami w literaturze są Żydzi? Są oni oczywiście dramatyczni, pełni niespójności, jak wszyscy, ale dlaczego to akurat żydowską kulturę traktujemy jako tą, która daje prawo do komizmu i groteski? Myślę, że współczesna fikcja jest od tego, by komplikować świat, a nie iść po najmniejszej linii oporu, a cały ten wątek jest tak zbudowany.

Dodam też, że w Wałbrzychu nie ma Starego Miasta. Jest Śródmieście, a i tak chyba większość mieszkańców mówi po prostu “Rynek”. Co prawda jest też Nowe Miasto, ale Wałbrzych to nie jest miasto, które daje się łatwo wyjaśnić. Zawsze można to wszystko wyjaśnić tym, że jest to opowieść fikcyjna, ale z drugiej strony dużo w niej pretensji do dokumentalności.

W przeciwieństwie do żydowskiego wątku podobały mi się perypetie bojkowskiej rodziny, która walczyła (nic czasem nie robiąc) z całym światem - dla wszystkich obcy, dla wszystkich wrogowie - nie lubili ich Polacy, bo Ukraińcy, Ukraińcy ich mieli za Polaków, Niemcy za wrogów, a do tego dochodzi komunizm, wypędzenia, UPA, Bandera, Wołyń. Nowakowski nie ogranicza się jednak do przewidywalnych obrazków, ale pokazuje też los kobiet, które często musiały same sobie radzić i zachować mądrość, której brakowało innym. Albo same mogły zdecydować o swojej przyszłości - wyłamując się tradycji i patriarchatowi próbować żyć po swojemu w powojennej rzeczywistości. 

“Ojczyzna jabłek” najciekawsza jest właśnie w takich momentach, gdy autorowi udaje się uchwycić nieoczywistość pierwszych powojennych lat - z jednej strony potworna bieda, próba zakorzenienia się po przesiedleniu, nienawiść sąsiadów, potrzeba miłości i trudności w budowaniu relacji, traumy, samobójstwa i ucieczki w poszukiwaniu siebie - wszystko tu znajdziecie. Aż chciałoby się, żeby autor przestał tak pędzić z opowieścią i jednak na dłużej zatrzymał się w jakimś miejscu, żeby poświęcił mu więcej uwagi i niekoniecznie cały czas komplikował akcję, dokładając jeszcze kolejne elementy powojennej rzeczywistości). “Krainę jabłek” cechuje przesada i nadmiar, niekiedy kicz zbliżający go do nieudanej powieści Kuby Wojtaszczyka, “Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica”, ale też - na szczęście - spora umiejętność prowadzenia i zamykania wątków. 

Jest tu też pewna dezynwoltura językowa, zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, która niestety bardziej przypominała mi stylizacje językowe z “Krzyżaków” niż współczesne wariacje na temat mowy bojkowskiej (naprawdę nie trzeba co dwie strony podkreślać, że ktoś coś powiedział “w gwarze Bojków”). Jest też - czego akurat nie cierpię - za dużo podsuwania czytelnikowi wniosków. “Kiedyś całą wieś otaczano magicznym kręgiem z ziemi zaoranej przez bliźniacze woły. Nie było już wołów… Niedługo ich wioska i ich ziemia będą tylko wspomnieniem”. Czytelnik to już wie od okładki, nie trzeba mu ciągle takich refleksji suflować. A może i trzeba… Mam niewiele czułości do zdań w rodzaju “Obojętność przyrody wobec zła czynionego przez ludzi była nieomal oburzająca”. Kto się oburzał? Bo na pewno nie Bojkowie, przyzwyczajeni do życia w świecie, gdzie natura zasadniczo jest obojętna, a nawet wroga człowiekowi. Oburza się narrator? Czytelnik? Autor? To są takie coelhizmy literackie, błyskotki, które dokładniej obejrzane okazują się zrobione z plastiku. 

To, co cenne w powieści Nowakowskiego to pokazanie na czym polegały wypędzenia i przesiedlenia. Historie, które są do dzisiaj nieopowiedziane, najlepiej dają się opowiadać w prozie, bo fikcja pozwala na tworzenie światów prawdopodobnych, biorąc jako podstawę realistyczną historię, pozwala umieszczać w opowieści postaci, które sprawiają, że możemy sobie ten świat wyobrazić. Tragedia “krnąbrnych Bojków” tak, gdzie nie została zmetaforyzowana, gdzie jest boleśnie prawdziwa, gdzie jest pełna uczuć, miłości i nienawiści, gdzie jest opowieścią o zemście, mordowaniu i gwałcie jest literacko najciekawsza.

To nie jest zła powieść, to jest książka napisana przez kogoś, kto ma talent do opowiadania, umiejętnego łączenia wątków, ale po przebiciu się przez czterysta stron tej historii chciałoby się poprosić autora (i redakcję), by umiała też te wątki wycinać. To nie jest tak, że jak opowiadamy o wojennych losach bohatera, to musimy wszystko włożyć do jednego gara i wymieszać. To się udaje nielicznym, a w większości przypadków jest najlepszym sposobem na porażkę. Szczęśliwie Nowakowski ma historię i swoich bohaterów z Bereżnicy Niżnej i Pasiki. Warto ich poznać, mimo wszystko.

[WSZ]
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W jaki dzień zaczyna się poniedziałek? W mianowniku.