Filip Zawada, Znak

[RECENZJA] Filip Zawada, "Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna"

Wczoraj obiecałem, że dzisiaj napiszę o książce radośniejszej, ale trochę blefowałem. Jest co prawda “Zbyt wiele zim…” Filipa Zawady momentami zabawne do rozpuku, ale całość, jak przystało na autora “Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” układa się w smutną opowieść o rodzinnych relacjach i męskości. Tym smutniejszą im mocniej śmiejemy się z niewyparzonego języka narratora, który opowiada o swoim dorastaniu w cieniu przemocowego dziadka językiem pełnym ciernistej ironii.

Znamy pewnie takich dziadków. “Po czterdziestym piątym już nic nie dostarcza im takich emocji”. Przemoc domowa i seks wypadają blado przy tym, co działo się wcześniej. Oczywiście są też pomocnicy i pomocnice, jak pani Aniela, która wraz z kolegami z grupy “Muchomorki” nie oszczędza bohatera i narratora “Zbyt wielu zim…”. “Aniela, nasza opiekunka, uważnie śledziła każdy nasz ruch, stojąc na straży ściśle wytyczonej ścieżki prawidłowego rozwoju”. Gdzie była matka - zapytacie. Otóż “jej dorosłe cierpienie i moje dziecinne połączyły nas na tyle, że byliśmy w stanie przymknąć oko na wiele rzeczy”. O tym układzie, gdzie jeden z “Muchomorków” został politykiem, a narrator powieści “nikim” opowiada Zawada dokładnie analizując w kolejnych scenach przemocowość rodzinnych relacji, ich patriarchalną strukturę pokazuje jak ofiara staje się - w swoich oczach - współwinna przemocy, jak nasz bohater, który czuł się winny temu, że dziadek “czasem bił nie do końca skutecznie, bo bez śladów”.

Na szczęście dziadek Szczepan nie żyje i teraz można napisać o nim wszystko. Narrator “Zbyt wielu zim…” nie uważa, że zmarłym należy się jakiś dodatkowy szacunek uzyskany samym faktem wiecznego zamilknięcia. Wręcz przeciwnie - teraz można sobie pofolgować i napisać co się naprawdę sądzi. Gdyby nie fantastyczne poczucie humoru autora tej książki, nigdy byśmy tej historii nie znieśli. Albo znieśli, ale z poczuciem, że ktoś przez trzysta stron próbuje nam wtłoczyć w mózgi domowy obóz koncentracyjny. A jak już jesteśmy przy domowym przedszkolu, to bardzo mnie rozmiękczył Zawada opisując jak jego bohater z czułością wspomina pewien program telewizyjny dla młodzieży, w którym Małgorzata Halber “puszczała przeboje Beatlesów”. Choć i dla mnie i dla bohatera tej książki był “to zespół z młodości moich rodziców, nie przeszkadzało mi, że nie była na czasie. Uwielbiałem patrzeć na jej pewności siebie. (...) Była to jedna z tych niewielu dziewczyn, u których nie liczyło się ciało”. No, w moim przypadku akurat była to jedna z wielu dziewczyn, u których ciało się zupełnie nie liczył, ale poza tą uwagą, nasze obserwacje są dość podobne. I dzięki Ci Zawado Filipie za te wszystkie wstawki, bo bym nie wytrzymał tej książki, dzięki temu wyszedł “Gnój” ale do przełknięcia.

Zawada zwraca uwagę na ciekawy paradoks - przemoc nie podlega zasadom perspektywy. Dziadek, “nawet kiedy znajduje się bardzo daleko i optycznie powinien wydawać się mały, jest ogromny”. Przemoc urasta do rangi mitu, oprawca jest “wielopostaciowy” jak mityczny stwór i ma moce, których pozazdrościć może mu Zeus. Opowieść o dziadku Szczepanie wielokrotnie płynnie przechodzi w nostalgiczny mit o utraconym dzieciństwie, które zamiast wyglądać jak na reklamie batoników, wyglądało jak trening przed wojskiem, choć warto pamiętać, że w wojsku obowiązują jednak jakieś spisane zasady. Tu nie ma żadnych.

Jest tylko jeden wątek tej opowieści, w którym mam wrażenie, że autor poszedł na łatwiznę. Otóż terroryzujący rodzinę dziadek Szczepan prowadzi stręczycielstwo matrymonialne, siebie samego nazywając “Opiekunem miłości”, “przechwalając się nieprzeciętną zdolnością do kojarzenia par”. W niewielkim uproszczeniu dziadek Szczepan handluje “żywym towarem”, szczególne wzięcie w tym biznesie mają kobiety z Ukrainy i tu akurat Zawada trafia trochę jakby ślepakami, bo to się robi zbyt stereotypowe i jednak mało już ciekawe - opowieść o tym jak polski pan upokarza “wschodnie” kobiety, które są - w tej narracji - przygłupie, półnieme i często z własnej woli wybierają niewolę u polskiego pana niż hańbę ojczyźnianą, mnie nie bawi, ani nie ciekawi. Choć rozumiem, że Zawada skonstruował ten wątek raczej na zasadzie fantastycznej, trochę jak Manuela Gretkowska w “Kabarecie metafizycznym”, to dzisiaj już znamy tę opowieść i niewiele nowego tu znalazłem. Było wiele innych opcji do wyboru, akurat ta jak na tak dobrego pisarza jak Zawada jest zbyt prosta.

Zawada jest niezwykłym stylistą językowym - gdy pisze listy zakochanej kobiety, gdy tworzy całe akapity filozoficznych, mocno nihilistycznych rozważań nad życiem i śmiercią, czy gdy opisuje polską rzeczywistość lat przełomu za każdym razem zmienia język, bawi się jego kalekimi formami, ale też ciągnie go też do wysokich tonów. Rozpiętość języka i jego giętkość sa największymi zaletami książki Zawady, trochę mam opór przed samą historią, która nie jest odkrywcza, nic w niej nie zaskakuje tak, jak działo się to w poprzedniej książce, ale może i jest mniej brutalna. A może to ja się postarzałem?

Mimo pewnych niewielkich wątpliwości to wciąż jest książka wyróżniająca się, pokazująca, że można pisać inaczej, że można łączyć rozprawę filozoficzną z dowcipem i brutalną opowieścią o świecie młodych chłopców, nie popadając przy tym w kicz. To też opowieść o trzecim pokoleniu, które rozlicza się z przeszłością swoich dziadków i babć bez sentymentów obnażając terror, którym poddani zostali ich rodzice i który rykoszetem odbija się wciąż w ich życiu. Patrząc tym kluczem na książkę Zawady okazuje się, że mamy w rękach prywatną historię polskiego, zwłaszcza męskiego losu, który dziedziczy przemoc i szuka przed nią ucieczki. Jest to o tyle trudne, że nie mamy w nim do czynienia z kompleksem Edypa czy Elektry, ale z czymś co dotyczy dziadków, którzy zniszczyli życie naszym rodzicom tłumacząc cały czas, że “robią to, po to, żebyś mógł zacząć od nowa”.

“Dlatego nie mam wyrzutów sumienia, gdy przyznaję, że go nienawidziłem”.

Bardzo polecam, bo czytam już drugi raz i wciąż odkrywam, że może jest to opowieść o czymś innym, niż myślałem poprzednio. A to cecha naprawdę dobrej literatury. Albo przesilenia wiosennego, ale stawiałbym na to pierwsze.

Nie będzie wiosny, zbyt wiele zim minęło. A może kiedyś nastanie? I będziemy wolni od przemocy?

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Erna Eltzner to bohaterka powieści jakiej autorki (podaj nazwisko)