Muza, Znak, Gabriel Garcia Marquez, Mario Vargas Llosa, Agnieszka Rurarz

[RECENZJA] Mario Vargas Llosa, Gabriel Garcia Marquez, "Dwie samotności. Dialog mistrzów"

Czytanie w trzecim dziesięcioleciu XXI wieku książki, gdzie wokół dość banalnej rozmowy dwóch facetów zgromadzono wypowiedzi sześciu innych facetów, potwierdzających jak wybitnymi i ważnymi są ci dwaj, jest naprawdę intelektualnie niepociągające.

“Dwie samotności. Dialog mistrzów” to z pewnością najbardziej przereklamowana książka, która w tym roku trafiła w moje rączki. Bardzo ładna okładka autorstwa Tomasza Majewskiego i ambitny tytuł zapowiadały wielką rozmowę dwóch wspaniałych pisarzy, a dostajemy coś dość jednak kuriozalnego w swej konstrukcji. Zaczyna Juan Gabriel Vásquez, pisarz który debiutował w 1997 roku i jest biografem Josepha Conrada, zatem pisanie o martwych wielkich białych mężczyznach ma dobrze opanowane. Pisze o tym, że rozmowa, którą będziemy czytać ma już 52 lata (a dzisiaj 54), Garcia Marquez i Vargas Llosa byli wtedy młodymi pisarzami, a czytelnik szybko sobie uświadomi “że ani powieść, ani Ameryka Łacińska, ani tym bardziej powieść latynoamerykańska nie są obecnie tym samym, o czym mówili…” No to wspaniale, przed nami dokument epoki, który nie ma nic wspólnego ze współczesnością poza tym, że stworzyło go dwóch wybitnych pisarzy, zatem każde ich słowo trzeba czytać z namaszczeniem.

Vásquez pisze dalej, że te pięćdziesiąt lat to “czas przemian w naszym świecie polityki”, ale nie zauważa też, że to czas przemian również społecznych, a boom na literaturę “iberoamerykańską”, jak się o niej w Polsce mówi, był też boomem na literaturę pisaną przez mężczyzn. W serii WL wyszło zaledwie kilka książek autorstwa kobiet - Nélidy Piñon (dwie), Rosario Castellanos, Eleny Garro i Eleny Poniatowskiej (po jednej), co przy ośmiu książkach Cortázara, pięciu Fuentesa czy Garcíi Márqueza wypada dość blado. Jeszcze gorzej było w słynnej serii Gallimarda, “La Croix du Sud”, na której wzorowali się redaktorzy WL, gdzie wśród 50 tytułów znalazł się tylko jeden napisany przez kobietę, Lydię Cabrerę.

Pytanie o to jak wyglądało konstruowanie boomu na prozę autorów (i czasem autorek) z Ameryki Południowej i Środkowej pozostaje w tej książce nienaruszone, bo trzeba by się zastanowić nad uprzywilejowanym statusem np. Vargasa Llosy. W “rozmowie” między pisarzami pada nawet pytanie o to dlaczego większość z najbardziej znanych pisarzy tej literatury nie mieszka w swoim kraju urodzenia i co ciekawe odpowiedź jest wymijająca i wcale nie dotyczy prześladowań czy niechęci od strony władz. Ba! Obaj pisarze są raczej przeciwni dotacjom i stypendiom artystycznym. Ale tutaj czytelnicy i czytelniczki nic więcej się nie dowiedzą, bo nie o to chodzi w tej opowieści. To ma być potwierdzenie statusu. Po czym poznać wielkiego pisarza? Po tym, że jego wywiad poprzedzają słowa wstępne trzech innych pisarzy. A autorzy są “niczym dwa młode pterodaktyle zastanawiające się, czym u diabła jest ewolucja”.

W 1967 roku zarówno Garcia Marqueza jak i Vargas Llosa byli już znanymi pisarzami, których kariery się rozpędzały. Garcia Marquez był już autorem “Stu lat samotności”, a Vargas Llosa dostał nagrodę im. Rómulo Gallegosa, co będzie przypominane w tej książce chyba z pięć razy. Premio Internacional de Novela Rómulo Gallegos ustanowiona przez prezydenta Wenezueli i po raz pierwszy przyznana właśnie w 1967 roku Vargasowi Llosie, a w 68 Garcii Marquezowi dopiero trzydzieści lat później, w 1997 roku trafiła w ręce kobiety, Ángeles Mastretty z Meksyku.

Po Vásquezie w książce występuje Luis Rodríguez Pastor, biograf Vargasa Llosy, co widać już w pierwszym zdaniu, bo dokładnie policzył ile godzin przed rozmową pisarzy “czekała w gotowości” sala, w której Patricia miała urodzić Gonzalo Gabriela Vargasa Llosy. Naprawdę - SALA czekała w gotowości, “chociaż w planach było, że dziecko urodzi się w Londynie”. Co o tym całym zamieszaniu sądziła Patricia i czy też czekała w gotowości i było jej przykro, że dziecko nie urodzi się w Londynie - nie wiemy. Kolejny występującym w tym dość kuriozalnym teatrze jest José Miguel Oviedo, zmarły dwa lata temu peruwiański krytyk literatury, którego tekst z 1968 jest wstępem do pierwszego wydania "La novela en América Latina. Diálogo". Bo to, co nam się tutaj sprzedaje to jest wznowienie broszury sprzed ponad 50 lat, która w oryginale miała niewiele ponad pięćdziesiąt stron, ale po latach udało się jakoś uzyskać objętość umożliwiającą obłożenie jej twardą oprawą.

A sama rozmowa? Po pierwsze to nie jest rozmowa, a przez ponad połowę wywiad Vargasa Llosy z Garcią Marquezem, w którym peruwiański pisarz powtarza co chwilę frazę “Warto więc, żebyś nam powiedział” (a może to jest po prostu kiepsko przełożone, nie mam pojęcia) i zadaje pytania o słusznym uroku gazetki licealnej o inspiracje, dochodzi do wstrząsających wniosków w rodzaju “punktem wyjścia dla pisarza zawsze są osobiste przeżycia” oraz docieka czy jest to literatura fantastyczna czy realistyczna, co pozwala Garcii Marquezowi opowiadać, że “w Ameryce Łacińskiej wszystko jest możliwe”. Oczywiście wywiad-rozmowę ratuje fantastyczna historia samego Garcii Marqueza, który jak przystało na dobrego pisarza potrafi opowiadać i kokietować publiczność autobiograficznymi ciekawostkami sprzedawanymi z nonszalancją sprawiającą wrażenie, że mówi to po raz pierwszy i tylko im.

Jak przystało na dość kuriozalną rozmowę, kończy się ona stwierdzeniem, że Garcia Marquez wyjeżdża pisać do Europy, bo jest tam taniej i choć oczywiście znajdziecie tam sporo wypowiedzi o literaturze, jej celach i zadaniach, o tym jak rozumieją pisarze rzeczywistość (i jak unikają jakiejkolwiek wprost wyrażonej krytyki rządów w swoich krajach), to zwróćcie w trakcie lektury, że jest to zupełnie już niepotrzebna kanonizacja, która niczego nam współcześnie nie daje. Jak przystało na kanonizację, po wypowiedziach autorów mamy rozdzialik pt. “Relacje naocznych świadków” (“Było to dawno, lecz nigdy nie zapomnę”, “dialog mistrzów, który łączył życie i literaturę”) oraz m.in. fragmenty wywiadu Carlosa Granesa z Vargasem Llosą o Garcii Marquezie i wywiady z samym autorem “Stu lat samotności”.

Rozumiem, że to pozycja skierowana do fanów i fanek literatury iberoamerykańskiej, ale to też stracona szansa na opowiedzenie czegokolwiek z dzisiejszej perspektywy, próby ujęcia mitu w jakąś nową narrację. Co ciekawe sugeruje ją Vásquez we wstępie, ale niestety nie rozwija tematu. “Dwie samotności” niewiele mówią o samotności, trochę o literaturze, ale jak sam Vásquez pisze - wszystko się zmieniło. Dużo za to mówią o tym, że rynek książki kocha dostarczać nam ładne produkty, do których podchodzimy bezkrytycznie, bo tak zostaliśmy nauczeni - “dead white man” wciąż mają się świetnie, bo lubimy bezpieczny mit. A to, że z opowieści dowiemy się jak ubrany był przyszły ojciec dziecka i że “sala czekała w gotowości”, a o Patricii jedynie, że gdy żegnała Garcię Marqueza na lotnisku, jej “długi czarny płaszcz zapinany na trzy guziki nie ukrywał, że od wydania na świat Gonzala Gabriela dzieli ją zaledwie sześćdziesiąt godzin”. Podobnie jak w biografii Susan Sontag autorstwa Sigrid Nunez najbardziej zainteresował mnie fakt, że jakiś pies srał u nowojorskiej intelektualistki na balkonie, a ona nigdy o nim nie napisała, tak tu najbardziej to, że po tej historii pałęta się kobieta w połogu, która stanowi co najwyżej atrakcyjne ubarwienie akcji pt. “wielcy mężczyźni rozmawiają”. W intelektualnie niepociągajacych lekturach trzeba znajdować intelektualnie pociągające momenty.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaka woda u Żywulskiej?