Austeria, Bogdan Frymorgen

[RECENZJA] Bogdan Frymorgen, "Okruchy większej całości"

Książka Bogdana Frymorgena to nie jest dla mnie literatura pierwszego wyboru - pozornie autobiograficzny zbiór opowiadań utkanych na kanwie wspomnień z dzieciństwa i dorastania jest czymś, czego unikam. Już dawno temu przekonałem się, że nie ma co się zmuszać do niektórych gatunków, form pisania czy tematów. I dlatego na przykład prawie w ogóle nie czytam książek o Stanach Zjednoczonych, bo specjalistów i specjalistek “od Ameryki” to mamy pod dostatkiem, a żeby coś więcej móc powiedzieć o tym kraju musiałbym poświęcić dużo więcej czasu niż mi w życiu zostało. Podobnie mam z większością opowieści mężczyzn wspominających własne życie. Może też dlatego, że bardzo rzadko spotykamy się w tej opowieści - jednak nienormatywne doświadczenie w dzieciństwie jest zupełnie inne.

Tu jednak zachęcony do lektury faktem, że książkę wydała Austeria, a więc wydawca, któremu ufam, zajrzałem i ku własnemu zdumieniu zobaczyłem, że choć to są opowieści zupełnie nie z mojej bajki, to są one napisane wspaniałym językiem, który choć momentami wydaje się już niedzisiejszy, nadmiernie ilustracyjny, ornamentalny, to jest czymś używanym z bardzo dużym rozmysłem. Nie trudno wyczuć, że autor słowa kokietuje, dobiera, ustawia w szeregu krótkich, rytmicznych zdań, a opowiadanie jest dla niego budowaniem obrazów. Frymorgen większość opowiadań zaczyna właśnie od obrazów, scen, fotografii, świata przyłapanego na dzianiu się. A świat ten to wieś, którą niedługo wchłonie większe miasto, to ojciec z chorobą dwubiegunową, matka próbująca ochronić dzieci, ale też nie mająca narzędzi, którymi może by jej to lepiej poszło i dzieci - w tym narrator, porte parole autora.

Zbiór opowieści układających się w większą całość, o czym przypomina nam tytuł to dla mnie historia “małych zwierzątek”, dzieciaków, które same muszą zdobywać świat, pozbawione w wielu momentach rodzicielskiego wsparcia, radzące sobie z emocjami na swój własny sposób, często uciekając się do przemocy. Takich trochę bardziej jak z “Władcy much” Goldinga, niż z “Dzieci Północy” Rushdiego. Jest tu scena, w której dzieci na tydzień przed pierwszą komunią zaciągają do kościoła i księdza niechodząca na religię koleżankę. Wloką przez wieś pomagając jej osiągnąć zbawienie. Nie niepokojeni przez nikogo. I nie przywołani do porządku przez księdza, który zachwycony pojawieniem się nowej duszyczki, wygłasza katechezę. Sporo tu takiej ludycznej religijności i związanej z nią przemocy.

To też opowieści o ojcu-magiku, który w maniakalnej fazie swojej choroby był Einsteinem, twórcą wspaniałych światów, opowiadaczem, cyrkowcem. Pozbawiona retuszu opowieść Frymorgena z pewnością będzie ważna dla wszystkich, którzy na co dzień doświadczają lub doświadczali życia z osobami dwubiegunowymi, a dla nas wszystkich jest okazją do poznania innego świata. Frymorgen, co jest mi chyba najbliższe, nie oskarża tu nikogo, nie oskarża rodziców za zniszczenie dzieciństwa, nie oskarża samego dzieciństwa o przyszłe życie, co wcale nie oznacza, że je mitologizuje przesadnie. Autor znajduje umiar, choć jest to opowieść, która mogłaby tego umiaru być pozbawiona, bo tak przeważnie jest w prywatnych wspomnieniach przerabianych na fikcję.

Choć klasyczna w układzie, niczego nie burząca i nie mierząca się z niczym, poza własną pamięcią i szczerością w opowieści, jest to książka napisana z empatia wobec świata, miłością wobec bliskich, ale dzięki umiejętnościom językowym nie popadająca w mdły kicz. Ważny jest tu szczegół, Barthesowskie “punctum” decydujące, że zapamiętujemy ten obraz, a nie inny i że to on staje się dla nas prywatny i ważny. Polecam, jeśli chcecie się zagłębić w czyjeś przeżywanie świata, które coś o nas mówi, ale nie wymaga od nas, byśmy wszystko zrozumieli. Bo to książka osobista i są w niej bardzo osobiste kody (jak powiązania między historiami i fotografiami), niekoniecznie czytelne i zauważalne na pierwszy rzut oka.

Frymorgena trudno nazwać “debiutantem”, choć w kategorii prozy z pewnością nim jest. To ciekawa, osobista książka, która może być ekscesem w artystycznych działaniach autora, a może zwiastować kolejne, bardziej już może fikcjonalne dzieła. Kibicuję, bo Frymorgen ma oko i język, pytanie czy potrafi - i czy będzie chciał - zbudować inny świat, niż ten, który powidokami odkłada mu się w głowie od dzieciństwa.

Zajrzyjcie chociaż, warto.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?