Jakub Małecki, Sine Qua Non

[RECENZJA] Jakub Małecki, "Święto ognia"

Potworny kicz. Dawno już nie czytałem tak banalnej powieści.

Może dlatego, że rzadko sięgam do półki z literaturą bardzo popularną, acz nie do końca wiadomo z jakich powodów. Może też dlatego mój zawód jest tym razem tak duży, bo od Jakuba Małeckiego oczekiwałem czegoś choć odrobinę ciekawszego i mniej przewidywanego.

Już "Saturnin" był oczywisty i skrywana przez rodzinę głównego bohatera tajemnica wcale nie była szczególnie tajemnicza, a w "Horyzoncie" konstrukcja opowieści nie wymagała od czytelnika żadnego wysiłku, za to przynajmniej opowiadana przez Małeckiego historia była interesująca.

Tym razem nie ma tu niczego. Ani ciekawej historii, ani zaskoczenia, a rodzinna tajemnica, która musi się w każdej powieści autora "Dygotu" pojawić jest wysilona.

Idzie to tak - Nastka ma porażenie mózgowe, przez co z trudnościami komunikuje się ze światem, ale poza ograniczeniami fizycznymi niewiele różni się od innych małych dziewczynek. No, może trochę. Łucja, jej starsza siostra, decyduje się na karierę baletową. Do tego dochodzi ojciec, pozbawiony przez Małeckiego właściwości bohater, o którym można powiedzieć tylko tyle, że się stara zapewnić wszystkim dobry byt. Mamy nie ma, mama zniknęła w przeszłości. To jak mama zniknęła jest tu opowiedziane i jest to jedna z najbardziej kiczowatych scen. Niestety byłby to też niepotrzebny spoiler, więc w tej kwestii się zamknę.

Narratorami są bohaterowie powieści, co się Małeckiemu zupełnie nie udaje na poziomie języka. Dziewczynka z porażeniem mózgowym co prawda emocjonalnie rozwija się wolniej niż jej ciało i umysł, ale autorowi nie udaje się tego pokazać w języku, który jest jednostajny, jak z bajki dla dzieci. Bardzo gładko przechodzi Małecki nad negatywnymi emocjami swojej bohaterki, nad jej cielesnością, irytacjami. Mimo wszystko to bardzo ugładzona wizja świata osoby mającej nienormatywny kontakt z rzeczywistością. W ogóle pisanie z perspektywy dziecięcej jest trudne, a co dopiero pisanie o takiej bohaterce. Małecki idzie w prosty kicz, zamiast zrobić z tym coś zwłaszcza na poziomie języka.

Najgorzej jest jednak z Łucją. No bo Łucja jest w balecie. I wiecie jak to jest w tych wszystkich opowieściach o tancerkach? Bardzo się starają, życie pasji oddają, a potem tańczą jako jeden z dwudziestu podobnych łabądków. Ale nagle dostają szansę. Wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju. Wystarczy, że zaharują się jeszcze bardziej, a dostaną rolę życie. I gdy ją dostają, następuje katastrofa. Ale one są waleczne, dzielne i nie patrzą na to, że ich ciało odmawia posłuszeństwa. Tak jest też u Łucji. I te metafory! Taniec i pasja niszczące życie bohaterki, a jednocześnie starszy mężczyzna przywracający jej wiarę w przyszłość. "Samotność w sieci" przy tym to małe miki. Przewidywalna i banalna historia, w której nie ma niczego ciekawego.

"Święto ognia" to książka banalna, pełna klisz, które zestawione w jednej książce sprawiają, że mamy do czynienia z wyjątkowo kiczowatą powieścią. Małecki od dawna pisze dla seriali i filmu i najwyraźniej zapomniał, że to co sprawdza się w kinie - schemat, linearna narracja opowiadana z kilku perspektyw, do tego flashbacki i trochę ładnej scenografii, nie tworzy dobrej powieści.

Tak się kończy pisanie książek rok po roku, prawie identycznych pod względem konstrukcji, coraz bardziej banalnych w opowiadanej historii i pozbawionych języka.

Małecki bardzo udanym "Dygotem" wszedł do parku rozrywki, w którym długi czas nie mógł się zdecydować jaka atrakcja go interesuje najbardziej - ścianka wspinaczkowa czy zjeżdżalnia. Patrząc jednak na niezwykle konsekwentny spadek literackiej formy - odpowiedź jest oczywista.

"Święto ognia" to świetny przykład na to jak rynkowy wymóg obecności pisarza, tempo i fakt, że wydawca wyda wszystko, byle miało sygnaturę Małeckiego, powodują, że kiedyś świetnie zapowiadający się pisarz z ambicjami literackimi dołączył do szerokiego grona twórców i twórczyń, którym przewodniczy Remigiusz Mróz. To też jest literatura i - jak wiemy - całkiem dobry sposób na życie, ale jeśli nie chcemy czytać prozatorskich produkcyjniaków, warto unikać.

dwa komentarze

Beata

17.10.2021 20:09

To nie jest dziewczynka. Nawet Pan tego nie zauważył. Właśnie tym autor zrobił nam, ludziom z porażeniem, największą krzywdę. To jest 21-letnia młoda kobieta, a zinfantylizował ją do niewyobrażalnego poziomu. Utrwala przez to stereotyp osoby z niepełnosprawnością jako wiecznego dziecka. Jest bardzo przy tym niespójny, bo ona zdaje maturę i nie sprawia to jej trudności poza fizycznymi, a jednocześnie uważa za ekstra zabawę granie na garnkach łyżkami i wypluwanie rzodkiewki, bo tatę to bawi. Ona nie ćwiczy, ona robi fikumiku, i mnóstwo innych przykładów. Ludzie się książką zachwycają, a potem mnie, 30-letnią kobietę z porażeniem, nazywa się ,,dobrą dziewczynką" i proponuje kręcenie na karuzeli, chociaż mój tyłek dawno się już w krzesełko nie mieści. Więcej o tym dlaczego ta książka jest zła we wpisie na moim blogu: http://pewnymkrokiem.pl/swieto-ognia-jakuba-maleckiego-spalone/

Beata

17.10.2021 20:10

To nie jest dziewczynka. Nawet Pan tego nie zauważył. Właśnie tym autor zrobił nam, ludziom z porażeniem, największą krzywdę. To jest 21-letnia młoda kobieta, a zinfantylizował ją do niewyobrażalnego poziomu. Utrwala przez to stereotyp osoby z niepełnosprawnością jako wiecznego dziecka. Jest bardzo przy tym niespójny, bo ona zdaje maturę i nie sprawia to jej trudności poza fizycznymi, a jednocześnie uważa za ekstra zabawę granie na garnkach łyżkami i wypluwanie rzodkiewki, bo tatę to bawi. Ona nie ćwiczy, ona robi fikumiku, i mnóstwo innych przykładów. Ludzie się książką zachwycają, a potem mnie, 30-letnią kobietę z porażeniem, nazywa się ,,dobrą dziewczynką" i proponuje kręcenie na karuzeli, chociaż mój tyłek dawno się już w krzesełko nie mieści. Więcej o tym dlaczego ta książka jest zła we wpisie na moim blogu: http://pewnymkrokiem.pl/swieto-ognia-jakuba-maleckiego-spalone/

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co leży na zakręcie w pewnej powieści dla dziewcząt?