Agata Teperek, Filtry, Jurek Sawka

[RECENZJA] Jurek Sawka, "Quality Time"

Wbrew tytułowi powieści Jurka Sawki, czas spędzony z “Quality Time” (tłum. Agata Teperek) był czasem zdecydowanie straconym.

Jest coś takiego w uprzywilejowanych mężczyznach hetero w pewnym wieku - nie wszystkich, ale niektórych - że postanawiają napisać książkę w której będą:

- była żona, a najlepiej kilka, żeby pochwalić się erotyczną sprawnością w przeszłości

- nowa kochanka, najlepiej opowiedziana jak z filmu bezkostiumowego, czyli egzotyczna (Japonka), wyuzdana nimfomanka (Itoshi lubi ten sport) i zbawienne skutki tabletek na erekcję, żeby pochwalić się sprawnością w teraźniejszości

- sarkastyczne uwagi dotyczące nowoczesnego społeczeństwa

- jak o Szwecji to trzeba podkreślić nazwy mebli z Ikei, co jest zabiegiem, który raz wyszedł Masłowskiej (w “Między nami dobrze jest”) i nikt nigdy nie powinien go powtarzać

- kilka rozkmin w stylu “myśmy to mieli, a dzisiaj to już nie”

- opowieść o artystycznej drodze, w której na pierwszy plan wybijać będzie się samotność i powołanie

- smutne żarty z depresji, nienormatywności, poprawności politycznej

- Holokaust, jakby mało nam było

Sawka zmiksował wszystkie te elementy i choć ma język, książka momentami napisana jest naprawdę dobrze, to jej lektura przyprawiała mnie o zgrzytanie zębów. Głupoty, które wypisuje pierwszoosobowy narrator, będący jak się łatwo domyślić porte parole autora, są tak niesamowite, że chwilami zastanawiałem się, czy to nie jest parodia.

Pisze Sawka m.in. takie cuda jak: “Smutek zastąpiła depresja, agresja i lęk”, co nijak się ma do wiedzy naukowej, brzmi chwytliwie ale jest kolejnym przyczynkiem do bagatelizowania choroby jaką jest depresja. I to by było ok, gdyby to wszystko to była parodia na żałosne życie faceta w pewnym wieku, do którego na weekend przyjeżdżają dzieci, by spędzić razem “quality time”. Tylko, że niestety u Sawki to wszystko jest na serio. Jak ironizować z depresji mistrzowsko pokazał David Foster Wallace w słynnej “Osobie w depresji”, który choć nabija się z tytułowej osoby, to jednocześnie pokazuje nierozwiązywalny dramat jej sytuacji.

Ale to nie koniec, mam dla was coś bardziej szokującego. Po dowcipach z "modnych androgynicznych rysów", depresji i terapii, na trzydziestej stronie tego dzieła dostajemy opis gwałtu na kobiecie, ķtórego narrator tak pisze o oprawcy:

"Jest coś żałosnego i śmiesznego w mężczyźnie, stojącym nago tak jak on, o ile nie jest Dawidem Michała Anioła lub Mickiem Jaggerem".

Mi się wydawało, że każdy gwałciciel jest nie tyle żałosny, co zwykłym ch***. No ale nie ma to jak opowiedzieć zabawną historię gwałtu… Chcecie jeszcze?

"Niestety podczas tych rękoczynów erekcja Jana znacznie opadła. To wrażliwa kwestia. Dziś zajmują się nią wykwalifikowani seksuolodzy".

Zgwałcona Josefa zaczęła krzyczeć i walić głową w ścianę. Jak komentuje to narrator?

"Z dzisiejszej perspektywy trzeba dodać, że nic jej to nie kosztowało poza odrobiną krwi i kilkoma siniakami. Trudno porównać to do fortuny, jaką dziś wydajemy na badania i leki".

Naprawdę, narratora najbardziej martwi fakt, że gwałcicielowi średnio staje. Josefie nawet nie współczuje przesadnie. W końcu sam dzisiaj jest w gorszej sytuacji od niej. Niesamowity jest ten fragment, bo publiczne obnażanie się z tego rodzaju poglądami dzisiaj jest już dość źle widziane. Ale proszę bardzo - czy uprzywilejowany biały heteryk nie może sobie pozwolić na obśmiewanie gwałtu? W końcu jest artystą…

Ciekawie o książce w blurbie pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz, że jest to “portret człowieka, któremu odpłynęły wszystkie deski ratunku”, który “próbuje zagłuszyć traumę”. Dla mnie był to raczej portret mężczyzny, któremu odjechał peron, a żydowski wątek połączony z innymi, o których powyżej pisałem robi się kiczowaty. Jest to taka jazda obowiązkowa w temacie żydowskiego doświadczenia, która niczego nowego nie wnosi do literatury, a ma na celu tylko usprawiedliwienie beznadziejności głównej postaci. Komasa-Łazarkiewicz finalnie pyta w blurbie “Wszak czy wszyscy nie czujemy się bezdomni?” i to jest już bardzo słabe, bo zestawianie osób w kryzysie bezdomności z sytuacją uprzywilejowanego kolesia, który żyje sobie w Szwecji i ma całkiem niezłą kasę, żeby latać zdradzać własną kochankę do Paryża, jest nadużyciem. Metaforyczne zaś zestawianie osamotnienia z bezdomnością również nie działa najlepiej.

“Quality Time” Sawki to przykład książki, która miała być brutalnie szczerą spowiedzią bohatera, w której ujawnia się on jako osoba nieprzestrzegająca reguł - w końcu często podkreśla, że jego związek z młodszą i niższą Itoshi jest społecznie nieakceptowany (jasne…) - będącą na bakier ze szwedzką poprawnością, takim pogubionym równiachą. Wyszło inaczej, wyszła z tego żałosna, samcza opowiastka w typie “boomer-max”, której nie bronią wspomnienia o emigracji z Polski i 68 roku. Mam wrażenie, że wręcz ją pogrążają, bo u Sawki weekend spędzany z dziećmi urasta do takiej tragedii, że trzeba przemyśleć całe swoje życie. Robi się to wszystko kiczowate i na pokaz.

Czytając książkę Sawki miałem wielką ochotę przeczytać inną powieść - chętnie poznałbym historię jego byłej żony, żeby to ona opowiedziała o swoim mężu, czytałbym z wypiekami na uszach. Bo to o wiele ciekawsze niż kolejna historia zamożnego faceta, który pogubił się w życiu i postanowił o tym opowiedzieć. Zupełnie niepotrzebnie, my to już znamy i niczego nowego Sawka w “Quality Time” nie powiedział. Ostrzegam.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Ile fajerek w hecy?