Agora, Ola Zbroja

[RECENZJA] Ola Zbroja, "Mireczek"

Chyba wszyscy znamy Mireczka. Potrafi być sympatyczny i nawet zabawny w tym swoim niezgrabnym byciu i piciu. Bywa całkiem dobrym sąsiadem, ale i zmorą klatki, potworem i aniołem. Nierzadko zdarza się, że jest to cały czas ta sama osoba. Mireczków są w Polsce tysiące i myślę, że każdy, kto przeczyta “Mireczka” Oli Zbroi znajdzie to określenie niezwykle użytecznym dla opisu facetów chorujących na chorobę alkoholową, których w języku mniej poprawnym i uważnym zwiemy po prostu alkoholikami. I już to, że autorce udało się historię własnego ojca opowiedzieć w sposób uniwersalny, pokazać go jak pionka w wielkiej historii polskiego picia, jest sporym osiągnięciem.

“Mireczek” choć jest historią konkretnego człowieka, którego poznajemy nawet na zdjęciach z prywatnego archiwum Zbroi, urasta tu do rangi symbolu. A jednocześnie pionka na planszy, takiej specyficznej gry w Monopoly, gdzie częściej ląduje się w melinie niż na rodzinnym łonie.

Długi czas broniłem się przed lekturą debiutu Zbroi, bo polska literatura alkoholowa parokrotnie mnie już wymęczyła i nie widziałem po co miałbym czytać coś zatytułowane “patoopowieść”. Przedrostkiem “pato” jestem równie zmęczony jak prozą alkoholową. Na szczęście nasz klub książkowy postanowił za mnie i tak też przeczytałem. To, co wyróżnia historię Zbroi to świetne korzystanie z dziennikarskiego warsztatu i konsekwentna, ciekawa konstrukcja książki. Zaczynamy bowiem w momencie niezwykle przewidywalnym - śmierci i pogrzebu alkoholicznego, a ramą dla “Mireczka” jest czekanie przez autorkę na wyniki sekcji zwłok. Krótkie obrazki oddzielone od siebie śródtytułami - co jest typowo gazetowym zabiegiem - układają się w retrospektywną historię, w której na równych prawach znajdują się osobista relacja Zbroi, wiadomości z historii alkoholizmu, statystyki, a nawet mikroreportaże. Ta wielość głosów i perspektyw pozwalają spojrzeć na Mireczka ze zrozumieniem, choć na szczęście nie stają się próbą usprawiedliwienia go. Jednocześnie dzięki temu buduje Zbroja dystans umożliwiający lekturę kolejnej opowieści o pijącym ojcu, a także ukrycie tematów, których autorka nie chce poruszać - bo przecież nie tylko “Mireczek” tu pije.

Zbroja pokazuje, że picie alkoholu jest w Polsce przezroczyste, usprawiedliwiane, a jak powiedział mądrze ktoś na naszym klubie - kontekstualizowane. Dzięki temu łatwo nam żyć w przeświadczeniu, że problem nie dotyczy nas samych, naszych bliskich, że jest to historia jakicHś “dołów społecznych”, do których przecież nie przynależymy, a przecież “‘No to chluśniem’ lata po przybranym w boazerię pokoju jak piłeczka od squasha”. Wódka na wigilii? Imieniny, urodziny, chrzciny, zły dzień w pracy, dobry dzień w pracy, nijaki dzień? Każda okazja do wypicia jest dobra. Ile dni w tygodniu, tyle okazji. “Co to za potężna siła gna człowieka w poprzek samego życia?” - pyta Zbroja. I szuka odpowiedzi. Sięga po socjologię, bada przeszłość swojego ojca, przygląda się swoim problemom z Mireczkiem, którego nie sposób się pozbyt choćby się wyjechało (uciekło) tysiące kilometrów od domu.

Jest sporym osiągnięciem autorki to, że te wszystkie obrazki i historie nie skończyły się chaotyczną opowieścią, a czymś co ma naprawdę przemyślaną i czytelną konstrukcję. A do tego język Zbroi - czasem cierpko ironiczny, czasem chłodno informacyjny, a niekiedy zaangażowany, przejmujący. Przeskakiwanie między rejestrami, formami literackimi jest w “Mireczku” zaskakująco udane, niekiczowate i w efekcie spójne.

“Mireczek” to również opowieść o męskości i jej patriarchalnej wizji, która niszczy życie nie tylko kobiet, ale i mężczyzn. Udaje się Zbroi dotknąć kilku tematów rzadko obecnych w reportażach (bo ciekawiej jest pisać o Oceanii niż o tym, co na podwórku brzęczy), jak choćby obowiązkowej służby wojskowej i potwornych skutków wojskowej fali. To ciekawe, że żyjemy w kraju, w którym miliony facetów było w wojsku i właściwie niewiele - poza jakimiś sowizdrzalskimi historyjkami - wiemy o tej instytucji. Wciąż dominuje wstyd przed opowieścią, która nie wpisuje się w męski kanon. Zbroja fantastycznie narusza kilka takich monolitów.

Są tu zasłony dymne i sprytne uniki, choć i tak autobiograficzna dosłowność tej opowieści momentami budzi uznanie. Świat Mireczków i ich rodzin, który odnajdziecie w książce Zbroi jest rzeczywistością, którą wypieramy, przed którą uciekamy i opowiadamy ze wstydem. A przecież to opowieść o wielu z nas. Mawiają, że najciemniej pod latarnią i “Mireczek” jest na to dowodem - najtrudniej bowiem ubrać w literaturę coś, co zbiorowym wysiłkiem próbujemy zamieść pod dywan, żeby już nadużyć związków frazeologicznych w jednym zdaniu. Świetna, niepoddająca się klasyfikacjom książka, która może być czytana zarówno jak powieść, autobiografia i reportaż. Dla każdego będzie to też opowieść o czymś odrobinę innym, bo nie da się jej czytać bez osobistego zaangażowania. Z pewnością jeden z najlepszych debiutów mijającego roku.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?