Znak, Deirdre Mask, Agnieszka Wilga

[RECENZJA] Deirdre Mask, "Adresy"

Problemy z adresami to - wydawałoby się - polska specjalność. Komunizacja, dekomunizacja, na końcu jeszcze ponowna dekomunizacja. A przecież to nie wszystko - tuż po wojnie trzeba było zmienić tysiące nazw miejscowości i ulic na tzw. “Ziemiach Odzyskanych”. Efektem tego - jak pisze Max Suski w polskim dodatku do książki Deirdre Mask - było choćby to, że niektórzy z nas zaczęli żyć w Nędzy. Nie było chyba optymistów w komisji nazewniczej, która przerobiła tak nazwę miasteczka Nensa (lub Nendza).

Jako osoba przez lata mieszkająca na dawnej Schützenstraße od dawna z zamiłowaniem przyglądam się polskim problemom z adresami. A dzięki “Adresom” (tłum. Agnieszka Wilga) amerykańskiej reporterki mogłem dowiedzieć się, że podobne problemy są na całym świecie. Naszą po nim wycieczkę rozpoczynamy w Kolkacie od spotkania z ludźmi, którzy nadają adresy domom (a raczej chatynkom) mieszkańców tamtejszych slumsów. Brak oficjalnego adresu sprawia, że nie mają dostępu do pomocy socjalnej, nie można ubiegać się op bonuy żywnościowe czy dostęp do opieki położniczej. Rozwiązaniem problemu wydaje się nadanie każdemu domowi adresu na podstawie współrzędnych geograficznych. Ale czy to na pewno rozwiązanie problemu? Nowy, specjalny adres przecież od razu wskazuje na miejsce zamieszkania danej osoby i może ułatwić dyskryminację biednych mieszkańców tego jednego z największych indyjskich miast.

Adres bowiem potrzebny jest nie tylko człowiekowi, ale i państwu, które dzięki temu może lepiej zarządzać (czyt.: śledzić) obywateli, nakładać na nich podatki, czy zwyczajnie - w krajach niezbyt demokratycznych - prześladować. Mask w tym robiącym wrażenie reportażu sięga zarówno do historii i pokazuje jak kształtowała się siatka ulic i ich nazewnictwo w Stanach Zjednoczonych czy Londynie, jak orientowali się w przestrzeni Rzymianie i dlaczego pod pewnymi względami nie różnili się od nowojorskich taksówkarzy. To też opowieść o tym jak urządzić przestrzeń miejską tak, by była przyjazna mieszkańcom - czy lepiej żyje się wśród wijących się uliczek i zaułków, czy w mieście gdzie większość ulic krzyżuje się pod kątem prostym?

Bardzo podoba mi się w tej książce fakt, że autorka nie tylko sięgnęła po wiedzę historyczną, przeprowadziła dziesiątki wywiadów z mieszkańcami miast, ale i sięgnęła po opracowania naukowe, a do tego poddaje w wątpliwość własne ustalenia - bo może posiadanie adresu wcale nie jest takie zbawienne?

Oczywistym tematem, o którym pisze Mask jest nazwa ulicy jako symbol statusu. Jak trafić do “czarnej” dzielnicy w amerykańskim mieście? Zapytajcie o ulicę Martina Luthera Kinga i bez problemu do niej traficie. Autorka opisuje Melvina White’a, mieszkańca St. Louis, który postanowił podnieść z nędzy tamtejszą ulicę Kinga i uczynić z niej miejsce lubiane przez mieszkańców. Mimo zaangażowania lokalnego uniwersytetu, pomocy naukowców i firm, wciąż mu się to w pełni nie udaje.

Kilka tygodni temu w prokrastynacyjnym szale przeglądania stołecznych ofert mieszkaniowych trafiłem na całkiem przyjemne mieszkanko na ulicy… Polskich Skrzydeł. No nie - pomyślałem - naprawdę nie chcę mieć czegoś takiego w adresie. Jakże zabawne jest jednak to, że Polskie Skrzydła znajdują się tuż przy ulicy Dedala. Ktoś wykazał się poczuciem humoru, lub dość realistycznym spojrzeniem na polskie próby podboju świata.

O tym dlaczego nazwy ulic i numery domów pomagają w walce z pandemiami, a brytyjskie “niegrzeczne” nazwy nie mają nic - niestety - wspólnego z ludzką seksualnością czy fizjologią - Mask pisze ciekawie i tylko czasem przesadza w wyjaśnianiu nam dość oczywistych aspektów historycznych. Książka jest jednak napisana dla amerykańskiego czytelnika, który przeważnie o historii Europy wie tyle, zatem możemy sobie kilka stron lektury darować, by pozwolić się zabrać reporterce w naprawdę ciekawe wyprawy.

W mojej rodzinnej miejscowości bardzo długo utrzymywała się ulica Marksa, która krzyżowała się z Placem Odrodzenia. Autora “Manifestu komunistycznego” miał zastąpić generał Stefan Grot-Rowecki. Sprawa dotarła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, który przywrócił zarówno Marksa jak i Pstrowskiego. Najbardziej jednak podoba mi się zamiana Przodowników Pracy na Anny Walentynowicz, która - o ironio - była oficjalnie określoną przodowniczką pracy.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W 1993 roku literackiego Nobla dostała... (podaj imię i nazwisko)