Międzynarodowe Centrum Kultury, Żanna Komar, Mykoła Riabczuk, Ałewtyna Kachidze, Magdalena Ujma, Oksana Barszynowa, Jarosław Hrycak

[RECENZJA] "Ukraina. Wzajemne spojrzenia"

Gdy rosyjskie wojska zaatakowały w 2014 roku ukraiński Donbas, Ałewtyna Kachidze była w Kijowie. Mieszkała w stolicy już trzecią dekadę i do rodzinnej Żdaniwki nieopodal Doniecka jeżdziła rzadko. Ostatnio była tam 1 grudnia 2013 roku. Kijowski Majdan miał dopiero tydzień, a kobiety z miejscowej biblioteki nie potrafiły zrozumieć jak można rzucać kamieniami w milicję. - Powiedziałam im, że nie można. To je zdziwiło i uspokoiło. Dodałam, że jeśli mam im wytłumaczyć, dlaczego te kamienie poleciały, potrzebuję na to trzech godzin - relacjonowała.

Wszystko jednak miało się zmienić. Po ataku Rosji jedyny kontakt z matką Ałewtyna miała przez telefon. Zapiski z rozmów połączone z ilustracjami stały się częścią jej cyklu “Telefony ze żdaniwskiego cmentarza. Słuchanie/czytanie”. Kachidze opowiedziała w nim o dramacie mieszkańców Donbasu, którzy zostali pozbawieni praw obywatelskich. Projekt zakończył się w 2019 roku wraz ze śmiercią matki artystki, która - jak informuje nota w katalogu wystawy “Ukraina. Wzajemne spojrzenia” - “nastąpiła w kolejce na punkcie kontrolnym, gdy jechała na terytorium nadzorowane przez Ukrainę po emeryturę”.

To jedna z dziesiątek prac zaprezentowanych na wystawie, którą jeszcze niedawno można było oglądać w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. Na wystawę nie pojechałem, ale w końcu sięgnąłem po jej pięknie wydany katalog. Tak już jest i nie ma co udawać, że było inaczej, ale Ukraina nie była w centrum zainteresowań wielu z nas. Pisała o tym Magdalena Ujma w latach 90.: “Obawiam się, że, niestety, żadne skojarzenie nie przyjdzie obywatelowi zachodniego sąsiada Ukrainy do głowy”, mając na myśli ukraińską sztukę współczesną. Przypominające tekst Ujmy Żanna Komar i Oksana Barszynowa mają nadzieje, że obecnie już sytuacja trochę się zmieniła, ale kuratorka i historyczka sztuki spoglądają przez pryzmat instytucji kultury, ludzi sztuki, niż zwykłych bywalców i bywalczyń wystaw. Sztuka ukraińska w Polsce jest mało znana, co innego sztuka dotycząca Ukrainy, bo przecież łatwo się w muzeach natknąć na te wszystkie widoczki stepów Stanisławskiego czy Wyczółkowskiego. A jak je widzieli ukraińscy twórcy działający w tym samym czasie? I jak wygląda historia ukraińskiej sztuki?

To, co mnie zaskoczyło w tym albumie (i pewnie zaskoczyło widzów wystawy), to fakt, że na te pytania znajdziemy tu odpowiedź. Komar i Barszynowa w syntetycznym tekście przedstawiają najważniejsze kierunki rozwoju ukraińskiej sztuki. Specyficznym jest, że ostatnią z wymienionych grup artystycznych jest Grupa Otwarta, która zaczęła działać dwa lata przed wojną. Próba otwarcia się Ukrainy na Zachód i rozliczenia postsowieckiego kolonializmu spotkała się z rosyjską agresją. Ładna z tego, prawdziwa i smutna metafora się robi.

Mykoła Riabczuk pisze w obszernym eseju o “kresymentalizmie”, zauważając, że w polskie debaty wokół Ukrainy prawie w ogóle nie angażowali się ukraińscy badacze. Nie dlatego, że nie byli zapraszani, ale dlatego, że zajmowała ich kwestia relacji ukraińsko-rosyjskich i bardziej niebezpiecznego kolonializmu, niż polskie mrzonki o Kresach. Jeśli chcecie poczytać o tym jak w tym kontekście działają takie słowa jak “postkoloność”, to bardzo wam tekst Riabczuka polecam. Kończy się on anegdotą. Otóż ukraiński historyk Jarosław Hrycak “próbował wyjaśnić zagranicznemu dziennikarzowi, co Ukraina ma w sobie pozytywnego”. Co byście wymienili? Piękny krajobraz? Morze? Stepy? Oczywiście chcąc być miłymi, bo przecież zestaw skojarzeń związanych z naszym sąsiadem przez lata był jednak dość monotonny - Czernobyl, wojna, korupcja, warkocz Tymoszenko. Co powiedział Hrycak? “To jest kraj, który nigdy się nie poddaje. Pomimo wszystkich porażek próbuje i próbuje. Wcześniej czy później mu się uda”. Hrycak powiedział też coś, czego już Riabczuk nie cytuje, a mianowicie: “ jeśli kiedykolwiek dojdzie do pojednania rosyjsko-ukraińskiego, Ukraińcy mają ważną pracę domową do odrobienia, a jest nią pojednanie ukraińsko-ukraińskie”. I - co ciekawe - taka wystawa i album - pokazują, że ono jest możliwe. Bardzo tu jest ciekawie pokazana różnorodność sztuki ukraińskiej i to, że dopiero w ostatnim dziesięcioleciu wyszła ona poza lokalne ośrodki, zaczęła tworzyć wspólny front.

Jeśli chcecie wiedzieć więcej o ukraińskiej sztuce, to jest lektura albumu wydanego przez MCK jest wręcz niezwykłą okazją do dalszych poszukiwań. Na deser możecie sobie dołożyć album “Ukraina. Czekają na bohatera. Kostyrko. Rawski”. Prace obydwu twórców to - jak pisze Szczerek - “propozycje bohaterów”, pokazujące, że “każdy Ukrainiec (prawie) może symbolizować bohatera”. W czasach, gdy człowiek przestaje wierzyć w profetyczną moc sztuki, wystarczy poczytać o Kostyrce i Rawskim, następnie obejrzeć przemówienie Zełenskiego i zobaczyć, że na rynku książki szykowane są już dwie (a wiem o trzeciej) biografie ukraińskiego prezydenta i ponownie można wierzyć artystom. In Art We Trust.

Jedna uwaga techniczna - album jest wspaniale wydany, ale osoba, która wpadła na pomysł, że pomarańczowy tekst na niebieskim tle - i odwrotnie - będą czytelne, powinna udać się do okulisty. Na szczęście w ten sposób potraktowane zostały zaledwie ułomki tekstu. A tekst jest w trzech językach, co miłe.

Więcej zdjęć:

 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz