Mateusz Borowski, Znak, Sara Collins

[RECENZJA] Sara Collins, "Wyznania Frannie Langton"

- Czarni mają pisać tylko o cierpieniu i wyłącznie dla białych, jakby jedynym celem naszego życia było przekonanie ich do zmiany zdania - pisze Frannie Langton, główna bohaterka i narratorka niezwykle wciągającej powieści obyczajowej, jaką jest książka Sary Collins (tłum. Mateusz Borowski). I choć zgodnie z powyższym cytatem, jest to powieść o cierpieniu, to również o potrzebie wolności i miłości. Tym ciekawsza, że wybranką Langton będzie jej londyńska Madame. A może to ona ją wybrała? Mimo zniesienia niewolnictwa nie wszyscy mają wolny wybór.

Jest 7 kwietnia 1826 roku. Londyńskie gazety donoszą: Morderczyni-Mulatka! Bulwersujące, brutalne morderstwo! Kim jest oskarżona o zabójstwo swojej Madame kobieta? Sama nam o tym opowie. - Mój proces rozpoczyna się tak jak moje życie: rozpychanie łokciami, ścisk i ślina - pisze do nieznanego czytelnikom mężczyzny Langton. Urodziła się w Raju, tak perwersyjnie ktoś nazwał jamajską plantację bawełny, gdzie pewnego dnia, czternaście lat przed londyńską tragedią, ktoś inny uznał, że Frannie nie będzie pracowała w polu, a trafi do pańskiego domu, by usługiwać “Miss-belli” i… uczyć się. Tym kimś jest Langton, właściciel jamajskich dóbr i - co chyba oczywiste dla czytelników od pierwszych stron powieści Collins - ojciec Frannie.

Langton zaangażowany jest w pseudonaukowe eksperymenty, w ramach których stara się ustalić, czy kolor skóry ma wpływ na inteligencję ludzi. Ale oczywiście nie sprawdza inteligencji białych, a swoje “badania” przeprowadza na plantacji, używając do nich ciał, a jak się wszyscy domyślają, również żywych ludzi. Wyniki swoich “badań” przekazuje do współpracującego z nim, a mieszkającego w Londynie, Benhama, zamożnego członka tamtejszej socjety. Wszystko to przeraża, ale nie znajdziecie tu zbyt wiele drastycznych szczegółów, bo nie to jest najważniejszym tematem książki.

Czekająca na wyrok londyńskiego sądu Frannie krok po kroku opowiada nam co sprawiło, że zdecydowano się dać jej odrobinę wolności. Jamajskie interesy jednak nie wychodzą, wybucha pożar, Miss-bella umiera i Langton musi wracać do Londynu, gdzie czekają na niego - coraz bardziej sceptyczny wobec jego metod badawczych i wyciąganych wniosków - Benham i jego żona, ekscentryczna Francuzka. Frannie jedzie z ojcem. Już nie jako niewolnica, bo w Anglii handel niewolnikami zniesiono w 1807 roku, ale wciąż nie jako ktoś wolny. Zrujnowany Langton zostawia ją w domu Benhamów. Szybko zawiązuje się romantyczna, choć niepozbawiona przemocy relacja między Frannie, a jej “panią”. Czy czarna dziewczyna, która w każdej chwili może wylądować na ulicy, zabiła swoją ukochaną? Dowiecie się, jeśli sięgniecie po książkę Collins.

Warto już choćby dla samej opowieści, która w ciekawy sposób opowiada o dziwnym momencie w historii - świecie, który z jednej strony znosi niewolnictwo (to bliskie) , a z drugiej wciąż je utrzymuje w koloniach. Collins doskonale portretuje hipokryzję “walczących” z niewolnictwem uprzywilejowanych warstw, które z wielką radością pochylały się nad biedą i tragedią, znajdując perwersyjną przyjemność w słuchaniu i czytaniu o niej. - Dlaczego każdy biały, którego spotkałam, chciał mnie poskromić albo wybawić? - pyta Frannie.

Ale czy my, czytelnicy tej książki, nie jesteśmy przypadkiem do nich podobni? W końcu bohaterka tej książki sama deklaruje, że “nie zaufałaby komuś, kto zamiast powieści wolałby przeczytać historię niewolnictwa”. Collins sprytnie rozwiązuje ten problem unikając w książce drastycznych opisów przemocy, jedynie sugerując czytelnikowi niektóre wydarzenia. Sami i same doskonale umiemy sobie przecież już dopowiedzieć to, co działo się choćby podczas eksperymentów Langtona.

“Wyznania…” to oczywiście powieść feministyczna, w której dwie kobiety - kochanki, tworzą wspólnotę na przekór mężczyznom, będąc świadome, że żadna z nich nie jest w pełni wolna. Oczywiście wolności Frannie i jej “Madame” są różne, ale źródło zniewolenia jedno - patriarchat.

Powieść Collins to nie szalona książka łącząca Dickensa z afrofuturyzmem, jak w przypadku “Wodnego tancerza” Ta-Nehisi Coatesa, ani żaden Baldwin, a próba przekucia opowieści o niewolnictwie w świecie (pozornie) bez niewolnictwa na literaturę popularną, bezpretensjonalną, ale w pewien sposób oczywistą, pełną bardzo słusznych zdań i skrzydlatych myśli - ładnych, ale trochę naiwnych.

To, co najbardziej mi się w “Wyznaniach…” podobało to umiejętność spojrzenia na historię z rzadko obecnej w literaturze perspektywy - Mulatki, która zakochuje się w swojej Madame. Sara Collins udanie pokazuje jak łączy się seksualność z rasą i klasą - jej bohaterki tkwią bowiem w nieomal niemożliwych do rozwikłania sieciach zależności, nad którymi unosi się patriarchat i rasizm.

Collins ciekawie mi się łączy z niedawną lekturą “Gry w rasy” Przemka Wielgosza, który zwracał uwagę na to, że rasizm jest systemem wymyślonym w celu zmuszenia określonych grup ludzi do bezpłatnej pracy i jednym z kluczowych narzędzi powstania kapitalizmu. U Collins bardzo wyraźnie widać, że rasizm jest niemal nieobecny wśród służby. Im wyżej w strukturze społecznej, tym więcej uprzedzeń i pseudonaukowych teorii o podrzędności ras.

Bardzo podobały mi się autoironiczne i autotematyczne wstawki Collins, która sporo uwagi poświęca samemu czytaniu powieści, ale też zauważa, że “powieść to nieledwie igraszka w porównaniu z brzemieniem nieszczęść na całym świecie. Pisarze robią burzę w szklance wody”. Jak bardzo wciąż takich burz potrzebujemy!

Collins za swoją powieść otrzymała Costa Award, najważniejsza po Bookerze brytyjską nagrodę literacką w kategorii “debiut”. Słusznie, bo to powieść bardzo dojrzała, nie pozbawiona ambicji, a jednocześnie łatwa w lekturze. Czy przyjemna? Niekoniecznie, ale warto zajrzeć i dać się przenieść dwieście lat wstecz, by zobaczyć, że wciąż mamy wiele do zrobienia. A potem czytajcie Wielgosza.

jeden komentarz

Dioniza

11.08.2022 16:23

Recenzję przeczytałam, jak czynię to zawsze, ale tematyka książki mnie nie zainteresowała.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Ile fajerek w hecy?