Manu Larcenet, Katarzyna Sajdakowska, Mandioca

[RECENZJA] Manu Larcenet, "Blast. t. 1"

Graficznie - arcydzieło. Treściowo - opowieść ciekawa, ale bez narracyjnych fajerwerków.

“Blast!” Manu Larceneta, a raczej pierwszy tom dzieła francuskiego komiksiarza (przekład Katarzyny Sajdakowskiej) to historia Polzy Manciniego, który przesłuchiwany na policyjnym komisariacie opowiada nam swoje życie. Polza jest wyzwaniem dla policjantów - wielki, gruby mężczyzna, podejrzewany o brutalne pobicie kobiety, budzi w nich obrzydzenie, którego nie powinni przesadnie okazywać, jeśli chcą poznać prawdę. Z dokumentacji medycznej i historii kryminalnej Polzy wiedzą, że mężczyzna był wielokrotnie zatrzymywany, przebywał w szpitalu psychiatrycznym, a jego biografia pełna jest białych plam.

Wbrew pozornemu “szaleństwu” Polza nie jest w ciemię bity i doskonale wie, czego się od niego oczekuje. W końcu we wcześniejszym życiu był autorem poczytnych książek kulinarnych, może nie człowiekiem wielkiego sukcesu, ale całkiem dobrze odnajdującym się w społeczeństwie, jak na kogoś, kogo imię znaczy “Pamiętaj o przykazaniach Lenina”, bo tatuś był taki pomysłowy.

Tym samym Polza zmusza policjantów, jak i czytelników do wysłuchania swojej historii na jego zasadach. Ułatwia to bardzo samemu Larcenetowi zbudowanie ram historii, którą chciał w “Blaście” opowiedzieć - powroty ze świata odjechanej, pełnej fantazyjnych i brutalnych wizji opowieści Polzy do komisariatu będą dla czytelnika momentami oddechu i przemyślenia, co jest w jego historii prawdziwe, a co usprawiedliwieniem zbrodniarza.

I tak przez kilkaset stron jesteśmy wciągani w historię człowieka, który - gdy zmarł mu ojciec - postanowił odrzucić wszystko, co posiadał i ruszyć przed siebie. Jego celem jest co prawda Wyspa Wielkanocna, ale większych szans na realizację tego marzenia Polza nie ma. Rzeczą szczególną w opowieści mężczyzny jest pragnienie “blastu”, momentu transcendencji, przypominającego halucynogenne zwidy. Po pierwszym “blaście” nasz bohater marzy o kolejnych uniesieniach. By je osiągnąć sięga po radykalne rozwiązania - alkohol, narkotyki, życie “w naturze” na granicy przeżycia.

Na drugim planie opowieść Polzy jest historią o tym jak łatwo stajemy się dla świata kimś obcym - niezwykła łatwość przeistoczenia się ze zwykłego obywatela w monstrum, w które dzieciaki rzucają kamieniami i którego dorośli obawiają się niczym zbliżającej się do miasteczka zarazy. Błąkający się na skraju realności, a szaleństwa Polza jest wyzwaniem rzuconym systemowi. Człowiekiem, który przekracza kolejne granice w dążeniu do kolejnego “blastu”. Nietrudno tu zobaczyć fascynacje Larceneta wschodnią filozofią, a całej opowieści nie odczytać jako metafory choroby dwubiegunowej, czy wręcz schizofrenii.

Wątek kryminalny i słuchający opowieści Polzy policjanci pchają opowieść do przodu, ale dla fanów komiksów z nielinerną narracją, lektura “Blast!” może być lekkim rozczarowaniem - historia pełnego sprzeczności Polzy zbyt łatwo układa się tu w grzeczną chronologię, skutki mają przyczyny i nic nie wskazuje na to, by w kolejnym tomie miało być inaczej.

Siła tego komiksu nie tkwi w narracji, a w ilustracji. Niemal cały komiks narysowany jest czarno-biało, francuski komiksiarz mistrzowsko operuje białymi plamami i nagłymi kontrastami, przechodzi od realizmu po abstrakcję, od delikatności rysunku po jego brutalizm. Genialnym pomysłem jest wykorzystanie dziecięcych, kolorowych rysunków do przedstawienia momentów “blastu”. Larcenet nanosi na nie swojego - oczywiście rysowanego czarno-biało - bohatera, potęgując uczucie dziwności i halucyjności tych scen.

Zdaje się, że komiks Larceneta jest opowieścią o nienasyceniu. O tym, że nawet oddając się szamańskim wizjom, “zbliżając się do natury”, próbując dokonać transgresji i osiągając jakiś metafizyczny stan w bezpośrednim kontakcie ze światem wyłamującym się kapitalizmowi (warto pamiętać o scenach z fałszywej wspólnoty bezdomnych, do której trafia Polza), wciąż jesteśmy niezdolni wyłamać się z przemocowego systemu. Policja, szpital psychiatryczny i normatywny świat dopadają Polzę o wiele szybciej, niż znajdzie się on na wymarzonej Rapa Nui. No, chyba że coś się zmieni w kolejnym tomie tego pięknego albumu.

Na osobną uwagę zasługuje wydanie komiksu. Duży format, doskonale wydobywający to, co w komiksie Larceneta najcenniejsze, czyli majestatyczne ilustracje. Niestety w efekcie tych wszystkich zabiegów wydawniczych cena “Blast!” zapiera dech w piersiach podobnie jak wizualna jego strona. Zatem świetne na prezent dla osoby, która kocha komiksy, ale jeśli ktoś nieszczególnie raduje się z tego, że wyda dwie stówy na lekturę zamykającą się w czterech-pięciu godzinach, można sobie darować.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz