Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Krzysztof Charamsa, Aleksandra Lasota

Krzysztof Charamsa, "Kamień węgielny"

Dzień dobry w ten radosny, tęczowy dzień. Za chwilę premiera książki Daniela Chmielewskiego i Macieja Łazowskiego pt. “Burze kuchenne i bestie bezsenne”. Są to osoby nam bliskie, zatem uprawiamy tu nepotyzm na skalę dotychczas nieznaną. Później idziemy na Paradę i z tej okazji zastanawialiśmy się z redaktorą Wróbel, o jakiej by tu książce dzisiaj napisać. Ponieważ domagamy się równych praw i równych obowiązków, równego traktowania i niepomijania, to dzisiaj książka tak słuszna jak zła. Chcemy równości, to mamy też prawo do złych książek.

Krzysztof Charamsa to były pracownik Kongregacji Nauki Wiary, który jakiś czas temu w atmosferze dość dziwacznego przedstawienia ujawnił światu swoją orientację seksualną (tzn jej odmienność od tej domyślnej) i przedstawił partnera. Gratuluję, rozumiem szum medialny i z osobistej złośliwości cieszę się z tego wydarzenia, ale nie jestem w stanie znieść stylu wypowiedzi Charamsy, a ponieważ przeniósł go na papier w książce “Kamień węgielny” to książki znieść też nie umiałem. Trzy krótkie akapity, podsumowanie i idziemy na Paradę, ok?

Każda religia tworzy swój styl wypowiedzi, którym komunikuje się z wiernymi. W przypadku kościoła rzymskiego często jest to podniosły, lekko euforyczny ton oznajmiający radości (lub, częściej, kary), jakie na nas czekają w ramach wyznawanej religii. To, że Charamsa wyłamał się i ogłosił światu, że jest gejem niestety kompletnie nie wpłynęło na to jak pisze. Otóż Charamsa dalej pisze językiem ohydnym, z okropną emfazą i manierą. Coś pomiędzy hagiografią jakiejś błogosławionej dziewicy a solilokwiami co bardziej metafizycznego świętego. Tak się nie da pisać o tym, że przez kilkadziesiąt lat tkwiło się w homofobicznej, seksistowskiej i ociupinkę przestarzałej instytucji. Charamsa po ponad stu stronach książki zdaje się dostrzegać problem stylistyki i trochę się poprawia, ale początek zwyczajnie poraża.

Cieszę się, że Charamsa opowiedział o swojej orientacji seksualnej, bo to zawsze miło jak ktoś tam informuje świat, że nie wszyscy mamy tak samo. Ale na litość - niech będzie - boską! Czy ten radosny coming-out musi się łączyć z takim prostackim zachwytem nuworysza? Facet ma 44 lata a jara się tym, że Białoszewski był homo i przez większość książki snuje coś o Narcyzie z Hessego, co jest jak ta instytucja, z której uciekł - no trochę niedzisiejsze. Do tego dokonuje czegoś, czego zwyczajnie nienawidzę u osób piszących o “znanych i lubianych gejach”, czyli interpretuje. Pisze o Gombrowiczu i Witkacym:

“Jeśli żyliby w czasach współczesnych, na pewno wsparliby ruch wyzwolenia gejów.”

Mam obawę, że Gombrowicza bardziej kręciło kręcenie niż jawne życie, ale jak w ogóle można takie domysły snuć? Lata zajmowania się życiem pozagrobowym innych ludzi niestety uwidaczniają się w takich tekstach. Do tego chciałbym jednak przypomnieć, że lesbijki też się próbuję wyzwolić i walczą też o widoczność. Jak widać jest o co.

Są też inne kurioza:

“Osobista historia Białoszewskiego była być może najbardziej interesująca spośród wszystkich historii gejów żyjących w komunizmie: udało mu się mieszkać przez lata pod jednym dachem ze swoim partnerem”

Szok! Niedowierzanie! Człowieku, setki jak nie tysiące par jakoś sobie tam żyło razem i to wcale nie czyni tej historii “najbardziej interesującą”. Gdyby tak Charamsa wyszedł poza proste mity, to może by dostrzegł, że najciekawsze nie jest życie artystów, ludzi, którym “się wybaczało”, a tych, którzy mogli spodziewać się szykan i prześladowań. Ale cóż - rozumiem, że jakimś mitem żywić się trzeba.

W kwestii uwag Charamsy dotyczących tego, że kościół rzymskokatolicki musi się zmienić, że panuje w nim zinstytucjonalizowana homofobia, że walka o uznanie praw osób o niedominującej orientacji seksualnej jest potrzebna też wewnątrz tej instytucji, to trudno się nie zgodzić. Charamsa jak na mój gust jednak za mało uwagi poświęcił posypywaniu głowy popiołem. Mam mało sympatii do ludzi, którzy przez kilkadziesiąt lat wspierali ustrój, który ich samych nie lubił a potem piszą o tym książki. Byli komuniści, którzy po 89 roku udali się na działki są mi sympatyczniejsi niż ci, co postanowili na przykład przebrać się za prawicowych polityków. I choć Charamsa może być dla kogoś wsparciem itd, to bardzo jestem ostrożny wobec tego pomysłu. Nie chcę pisać słowa “hipokryzja”, ale ono gdzieś tam mi się kołacze. Oto stoi u drzwi i kołacze...

Charamsa napisał w swojej książki setki zdań, z którymi nie ma co polemizować - są to ważne słowa o homofobii w Polsce, w kościele rzymskokatolickim, o obłudzie i zaprzaństwie. Niestety podane w tak okropnym sosie, że nie mogę wam tego polecić.

Uwaga końcowa - książka jest tłumaczeniem z włoskiego dokonanym przez Aleksandrę Lasotę, boję się, że wiernym.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Ile fajerek w hecy?