Filia, Christine Kenneally, Joanna Krystyna Radosz

[RECENZJA] Christine Kenneally, "Piekło sierocińca", tłum. Joanna Krystyna Radosz

Nie czytajcie tej książki przed snem. Trudno się zasypia po lekturze reportażu australijsko-amerykańskiej dziennikarki Christine Kenneally. To porażająca lektura. Ale jednocześnie - warto, a nawet trzeba, bo jest tu opisanych kilka spraw, o których wiedzieć powinniśmy.

Zacznijmy jednak od okładki. Nie do końca rozumiem najnowszą modę, która każe działom promocji w wydawnictwach umieszczać na okładce właściwie wszystkie podstawowe informacje o książce. “Piekłu sierocińca” towarzyszy podtytuł “Historia tajemniczych śmierci, zmowy milczenia i poszukiwania sprawiedliwości” oraz blurb amerykańskiego historyka, który porównuje ją do “Archipelagu Gułag”. Nie za wiele? Marudzę, bo powinienem się do tego stylu już przyzwyczaić, ale jednak wciąż nie umiem.

Niepokojąca jest też okładka, na którą trafiło zdjęcie dzieci z oczami zasłoniętymi numerami. Rozumiem potrzebę dosłowności, ale jest w tym sporo przesady, zwłaszcza że to dalej ustawia dzieciaki, które przeszły naprawdę straszne rzeczy w roli tylko i wyłącznie anonimowych ofiar. A przecież autorce chodziło o coś innego - o opowiedzenie historii bohaterów, bo każda z osób, które zdecydowały się opowiedzieć jej swoją historię, jest bohaterem. To historia nie tylko anonimowych ofiar przemocy, ale ludzi, którzy przez dziesiątki lat walczyli o prawdę, i którym nikt nie wierzył. A nawet, gdy wierzył - to nie we wszystkie opowieści. Mam w sobie sporo niezgody wobec tej okładki, ale rozumiem potrzeby rynku - czytelnik “musi” oberwać po oczach dosłownością.

“Przez większość XX wieku wśród świata Zachodu rozciągał się osobliwy archipelag”, pisze Kenneally. Na każdej z jego wysp stały ponure budowle, “wszystkie zbudowano w utylitarny sposób”, które wyłączone były spod lokalnej, ale też krajowej czy wręcz międzynarodowej jurysdykcji. W budowlach tych, zarządzanych - przeważnie - przez ludzi powiązanych z najstarszą instytucją na świecie, tysiące dzieci dzień w dzień starało się dotrwać nocy. Była to gigantyczna sieć, która przekraczała granice państw. “Tak naprawdę między Sierocińcem Świętego Augustyna w stanie Wiktoria w Australii i Sierocińcem Świętego Józefa w stanie Vermont w Stanach Zjednoczonych istniały tysiące im podobnych”. To archipelag, o którym przez lata nikt nie wspominał. A gdy świat zaczął uważniej przyglądać się wyspom, brakowało dowodów, świadków, archiwów, grobów. Na ich miejscu często wyrastała już nowa rzeczywistość i tylko niektórzy uparcie twierdzili, że właśnie tu, pod tą posadzką, pochowano niemowlę zabite przez siostrę zakonną. Zamordowała, bo mogła. Groziło jej - w najgorszym przypadku - przeniesienie do innego ośrodka.

Kenneally przez lata drąży temat, dociera do świadków, wysłuchuje historii i próbuje udokumentować ich opowieści. To niezwykle istotne, bo przez lata nikt nie dawał wiary historiom “wychowanków” sierocińców. Jednak to dokumentowanie bardzo rzadko przynosi jakiekolwiek efekty - nie ma archiwów, świadkowie nie opowiadają spójnych historii, fakty się mieszają, ale czasem pojawia się ktoś, kto podrzuca trop, którym można podążyć. Niektórzy świadkowie są zorganizowani, tworzą wspierające wspólnoty, stowarzyszenia walczące o sprawiedliwość. Niektórzy jednak ukrywają się, próbują coś opowiedzieć, a za chwilę wycofują się ze swoich słów.

Praca, którą wykonała reporterka jest niemal heroiczna. Efekt jest też ciekawie opowiedziany, bo dostajemy historię śledztwa, którego autorka sama przyznaje, że wiele lat zajęło jej przyjęcie prawdy o sierocińcach. Bicie, tortury, przemoc - to wszystko można było sobie wyobrazić i gdy świadkowie opowiadali takie historie, dziennikarze i śledczy im wierzyli. Gdy jednak mówili o tym, ile dzieci nagle znikało, było mordowanych na oczach innych, albo po cichu umierało z niewyjaśnionych przyczyn, tej wiary nagle brakowało. Tłumaczono to traumą, podejrzewano o - niecelową - konfabulację, sklejanie zasłyszanych historii, skłonnością do przesady. A co, jeśli to wszystko prawda? Gdyby odrzucić usprawiedliwienia i spróbować uwierzyć w to, że przemoc w archipelagu sierocińców naprawdę nie miała granic? “Dlaczego jednak założyłam, że śmierć to metafora i że ktoś potrzebował dodatkowych pretekstów, by niej wspomnieć”, pisze Kenneally. Tylko jak to zweryfikować?

Autorka “Piekła sierocińca” przygląda się również temu, dlaczego przez lata takie instytucje jak sierocińce prowadzone przez ugrupowania religijne, były przeźroczyste tak dla społeczeństwo, jak i wymiaru sprawiedliwości. Pisze o nich, że to “jeden z najmroczniejszych i najbardziej rozbudowanych niezaplanowanych eksperymentów nadających naturę i konsekwencję przemocy” w historii XX wieku. “Weźmy grupę osób w najbardziej bezbronnym okresie, umieśćmy je w organizacji praktycznie niewidocznej dla świata zewnętrznego, zbudujmy słabe albo niestniejące systemu nadzoru, a do tego dajmy organizacji wysoki status społeczny lub zwolnienie z podatków - jak wtedy będzie wyglądać przemoc?”

Efekty? Oprócz indywidualnych traum, choćby taki - 65 procent australijskich więźniarek to wychowanki domów dziecka.

Czytając “Piekło…” zastanawiałem się na ile to historia dotyczące tylko krajów czerpiących z anglosaskiego systemu wychowawczo-penitencjarnego. Najwięcej doniesień o przemocy w sierocińcach znamy z Irlandii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Australii i Anglii. Nie wiem na ile to specyfika lokalna, na ile po prostu pewna zdolność demokratycznych, liberalizujących się społeczeństw do przyglądania się swojej historii. Jest też jeszcze jedna kwestia - niewiele jest krajów, gdzie dziennikarze dostaną takie wynagrodzenie, że ćwierć kariery zawodowej mogą zajmować się jednym tematem, osiągając niezwykły wręcz rozmach swoich śledztw.

Imponująca reporterska historia napisana tak, że trudno ją zapomnieć.

Książkę przełożyła Joanna Krystyna Radosz.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Wakacyjne morze Zofii Posmysz