Karakter, Marcin Wicha

Marcin Wicha, "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"

To była dla mnie trudna lektura, w której przeszedłem drogę od uwielbienia poprzez rozczarowanie do sceptycznej afirmacji. Środa, Wrocław, księgarnia PWN na rogu Kuźniczej i Kotlarskiej. W ładnie uporządkowanej witrynie wyróżnia się jeden tytuł z wnikającą do wnętrza książki literką “m”. Mogłem poczekać i pójść do Karakteru na “żebry recenzenckie”, ale to cholerne uzależnienie dało o sobie znać. Kupiłem bez targowania się o zniżki (głupio mi było przy J.) i szukałem okazji do lektury. Pociąg do stolicy, zza okien którego deszcz obmywał wybujałą już przyrodę, okazał się idealnym miejscem jakże pasującym do tematu przemijania.

Marcin Wicha napisał książkę niezwykle ryzykowną, podjął się zadania, które wielu osobom się nie udało - napisać eseistyczne wspomnienie po śmierci bliskiej osoby jest trudno i można popaść w sentymentalny kicz, odtańczyć nagrobne hołubce albo zakopać się w biografistyce. W “Rzeczach, których nie wyrzuciłem” dostajemy zbiór kilkudziesięciu mikroesejów o bardzo różnej rozpiętości i stopniu powagi. Od żartobliwych wspomnień humoru sytuacyjnego po sceny rodzajowe i prozatorskie elegie. Ona - matka-Żydówka, pomagająca, czujna, uważna na język i zachowanie, stawiająca wymagania ale bywająca wyrozumiałą, kobieta oczytana i wygadana, postać pasjonująca o której powstała książka anegdotyczna, chwilami może w tej anegdocie się zbyt zapamiętująca, ale mądra, taką mądrością wybitnych filozofów, którzy potrafili w anegdocie zmieścić cały świat, przenikliwa i trudna do zapomnienia. Wichę można pokochać za nieustanny humor, jak w tym akapacie:

“Wiem, teraz już wiem. Nie mówi się gwiazdka. W następnych latach odkryłem istnienie katolików. To oni mieli copyright do tych świąt. Najwyraźniej obchodziliśmy Boże Narodzenie na pełnym nielegalu.”

Można też się rozczarować w momentach, gdy autor bardzo ryzykuje porównaniami i erudycyjną igraszką:

“Papier jest biały i błyszczący. Reklamodawcy musieli go uwielbiać. Poligrafia zastąpiła wyobraźnię (ale za to w sklepach pojawiła się gorgonzola).”

“Nie jesteśmy niczemu winni. Polityka - nasz odpowiednik angielskiej pogody”

Lekturą obowiązkową dla każdej osoby, która nie wyobraża sobie życia bez książek powinny być fragmenty “Rzeczy…”, w których autor z pasją pisze o książkach, które powinien (choć trochę nie chce) wyrzucić po śmierci matki. Są to opowiadania brawurowe i dorównujące największym, którzy o temacie iskrząc dowcipem pisać próbowali. Zachwyciłem się, bo te fragmenty były na samym początku książki, trochę rozczarowałem, bo jednak przyłożył mi Wicha anegdotą i odrobinę miałem jej dość, afirmuję, bo to doskonałe pisania, może nie wybitna książka, może taka książka-niewiadomoco, gdzie wszystkiego trochę za mało i niepoprowadzone do szczęśliwego końca (o ile tak można w książce o nieszczęśliwym choć spodziewanym końcu), ale doskonałe opanowanie języka i warsztatu

“Moja matka nie zostawiła maksym, złotych myśli ani przykazań”. “Miała wiele wad, ta moja matka. Była tak zwaną “trudną osobą”. Jak dodatkowe zadanie na szóstkę. Jak jolka w sobotniej gazecie. Przyjaciele twierdzą, że mówiła prawdę w oczy. Czasem mówiła, czasem nie. Ale jedno jest pewne: kiedy już chciała coś powiedzieć, nikt nie potrafił jej uciszyć.”

I bardzo dobrze! Matki-wariatki, matki wprawiające swoje dzieci w lekką żenadę, matki mądre tym szaleństwem w walce o dobro zostały w książce Wichy - wybaczcie za ten katolicki najazd retoryczny - beatyfikowane. Zatem nie trzeba ale można. I tak strasznie boję się ją przeczytać ponownie, bo może to wszystko jednak było banalne a ja potrzebowałem takiej lektury na deszczową porę w mknącym przez smutny kraj pociągu?
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaki był różaniec u Rolleczek?