Sine Qua Non, Rafał Urbanelis

Rafał Urbanelis, "Poza trasą"

Przed każdą lekturą książki wydanej przez SIne Qua Non zastanawiam się dwukrotnie, gdyż jest to wydawnictwo, którego autorzy są wyjątkowo przeczuleni na krytykę. I tak pan Jackiewicz od książki o mordobiciu wyrażał się o nas w sposób cokolwiek chamski, po lekturze i nie do końca pozytywnej recenzji “Rdzy” mieliśmy bardzo aktywnego autora w komentarzach, dlatego nawet nie chciało mi się pisać o “Drobinkach nieśmiertelności” Ćwieka, bo to książka bardzo zła i co ciekawe - gorsza od innych “ćwieków”. Rafałowi Urbanelisowi, autorowi autobiograficznej książki o narciarstwie “pozatrasowym” nie mogłem odmówić z jednej prostej przyczyny - jako osoba, która nie miała nigdy nart na nogach byłem idealnym, bezstronnym (i z lekka przygłupim) odbiorcą tej książki. Rok temu pierwszy raz w życiu wybrałem się na “deskę” i choć pobyt w Alpach wspominam dobrze, to oczywiście przy ostatnim przejeździe, ostatniego dnia pobytu, zaliczyłem ostre poobijanie, które skutecznie wybiło mi z głowy dalszą karierę w tym zakresie. Tyle jeśli chodzi o moją fascynację sportami zimowymi. Jedynym sportem zimowym, który uprawiam jest całoroczna jazda na rowerze. Jak widzicie - musiałem to przeczytać.

“Poza trasą” to kilkanaście opowiadań o wyprawach Urbanelisa (i kolegów) w świat w poszukiwaniu narciarskich doznań. Stara się autor połączyć przygodową, odrobinę sztubacką przygodówkę z poradnikiem narciarskim i uwagami natury ogólnej (wykład o ekonomii Japonii mnie zdumiał). Do tego dostajemy sporo zdjęć. Zaletą książki Urbanelisa jest jego bezpretensjonalny styl - facet pisze o tym, o czym ma ochotę, trochę się stara stworzyć ciekawą fabułę (scena erotyczna to ci kolego nie wyszła), trochę celuje w merytoryczną książkę dla swoich fanów i fanek. Możliwe, że ktoś z was w ramach noworocznego postanowienia rzeczywiście ćwiczy szpagat, ale to nie jest dobre rozwiązanie dla literatury. W “Poza trasą” szpagat pomiędzy opowieścią dla zasypiających na sam widok stoku narciarskiego a książką dla fanów tego szaleństwa nie do końca się udaje. Jednocześnie podziwiam autora za to, że jest człowiekiem dość zdroworozsądkowym (dlatego jeszcze żywym) i nie ma misji ewangelizacyjnej, choć nie rozumiem czemu nie lubi short-tracka.

Szczęśliwie dla własnej wiarygodności nie unika autor tematu finansowania swoich eskapad, bo jednak od pewnego momentu zadawałem sobie tylko jedno pytanie - kto za to płaci? Okazuje się, że są firmy skłonne opłacić to szaleństwo, a autor nie boi się o tym napisać. Na szczęście temat prowadzenia własnego bloga rowerowego już dawno mi wywietrzał, ale gdyby tak mnie ktoś do Japonii chciał wysłać, to ja nie będę się opierał. Mogę w zamian nawet przebrać się za firmową maskotkę. Wracając do “Poza trasą” to chciałbym jednak znowu napisać coś niepochlebnego o wydawnictwie, bo jest to książka mocno opuszczona przez profesjonalną redakcję - niektóre wątki warto by rozbudować, niektóre ściąć, bywają niefortunne sformułowania i trochę bałaganu, a nawet powtórzenia w treści. Rozumiem, że biografia czy autobiografia sportowca to niekoniecznie dzieło na miarę “Gron gniewu”, ale warto było z autorem trochę posiedzieć nad tym tekstem, zwłaszcza że wydaje się autor osobą, z którą można się porozumieć.

Nie, nie jest to lektura obowiązkowa, ale jak macie w planach na przykład 20 godzin w autokarze na alpejskie stoki (lub milion minut w drodze do Zakopca), to kupcie sobie lub wypożyczcie. Redaktora Wróbel wypoczywa w Sopot a ja się zastanawiam nad jakąś bliską i niedrogą pustynią, ale zimowe przygody Urbanelisa na chwilę nawet mnie wciągnęły i wyobraziłem sobie jak robię toe-loopa.... a nie, to już inny sport. Zatem sami i same widzicie - książka raczej dla fanów i fanek, ale można spróbować.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaki był różaniec u Rolleczek?