Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Meral Kureyshi, Urszula Poprawska, fragment książki

"Słonie w ogrodzie" - fragment książki

Mamy dzisiaj dla Was fragment powieści Meral Kureyshi, "Słonie w ogrodzie" (tłum. Urszula Poprawska). Główna bohaterka i jej rodzina uciekli z Kosowa do Szwajcarii, gdzie wiodą los typowy dla uchodźczych rodzin. Czyli tragiczny. Młoda dziewczyna próbuje oswoić rzeczywistość, ale ta jest niechętna muzułmańskiej dziewczynce z biednej rodziny, do tego jeżdżącej brzydkim, pomarańczowy rowerkiem. Historia o tym,,jak stać się  posiadaczką pomarańczowego roweru to gorzka opowieść o codzienności imigrackich dzieci. Bardzo polecamy.

---

List, który miał zmienić naszą przyszłość, nadszedł w końcu maja 1995 roku. Rozdaliśmy meble, pomarańczowy rower, papużkę, rodzinę królików, kota, myszki i pomysł, że będziemy żyć w Szwajcarii.

Każdy z nas pakował swoją walizkę. Pożegnaliśmy się z sąsiadami, którzy patrzyli na nas podejrzliwie. Kilkoro przyjaciół, których mieliśmy, wręczyło nam prezenty do przekazania swym krewnym, których nie widzieli od lat. Baba z przyjacielem, który żył w Szwajcarii od dłuższego czasu i lepiej znał niemiecki, napisał list do dyrektora szkoły, w którym informował, że ja i mój brat przestaniemy chodzić do szkoły. Za dwa tygodnie rozpoczynały się wakacje i po nich mieliśmy już nie wrócić do szkoły.

Następnego dnia, kiedy weszłam do klasy, było dziwnie cicho.

 – No, dzieci, pożegnajcie się teraz. Powoli i spokojnie, zrozumiano?

Nauczycielka stała przed tablicą.

Uczniowie podchodzili jeden po drugim do mojej ławki i podawali mi ręce. Niektórzy potrząsali ręką, inni mocno ściskali mi dłoń, jeszcze inni niemal jej nie dotykali, jakby się brzydzili.

Nikt nie patrzył mi w twarz, słyszałam tylko czasem ciche „cześć”, przypominające raczej chrząknięcie. Sarah była jedną z tych, która podała mi rękę. Nie chciała się przede mną rozpłakać, na pewno zaczeka na mnie po szkole, żeby porządnie się pożegnać.

To, co otrzymaliśmy z urzędu, to były w sumie trzy „negatywy”, jak moi rodzice nazywali te listy.

Pierwszy „negatyw” przyszedł w żółtej kopercie i rzucał się w oczy już w skrzynce na listy. Dobrze go pamiętam. Z całego listu zrozumiałam tylko jedno słowo – „odmowa”. Doskonale wiedziałam, co to znaczy. Było to wtedy, kiedy mieszkaliśmy w Szwajcarii cztery lata. Drugi „negatyw” dostaliśmy w piątym, a trzeci w szóstym roku naszego pobytu.

W klasie mojego brata nauczycielka specjalnie z tej okazji upiekła ciasto, do tego przygotowano herbatę owocową. Wszyscy śpiewali piosenki i przez całe przedpołudnie oglądali filmy.

W domu opowiedziałam, że moja klasa była smutna, większość płakała, przytulała mnie, życzyła mi wszystkiego najlepszego. Nie oglądaliśmy filmów, ale przez cały ranek słuchaliśmy muzyki i tańczyliśmy. Wszyscy żałowali, że odchodzę.

Wakacje miały się ku końcowi, od wielu dni padało. Za tydzień mieliśmy wracać do Prizren, bilety powrotne leżały razem z paszportami na stole. Kiedy wyciągałam listy ze skrzynki, zauważyłam pismo z gminy. Oddałam je Babie.

Baba zmarszczył brwi i zawołał Anne.

Oparta o ścianę, zsunęłam się na podłogę. Mój podkoszulek zwinął się na plecach, tworząc miękką wyściółkę.

 – Kto przyniesie nam z powrotem nasze rzeczy?! Niczego przecież nie mamy. Oni traktują nas jak marionetki!

Nie drgnęłam. Ściana, do której przylegały moje plecy, była zimna. Przyglądałam się swojemu pępkowi.

Baba krzyczał.

Siedziałam z podwiniętymi nogami. Kolana mi się trzęsły. Stopy miałam szeroko rozstawione, tak, że widziałam je z lewej i z prawej strony. Anne poprawiła mój podkoszulek, chwyciła mnie za ramiona i podniosła, nachylając się nade mną i zaglądając mi w twarz.

 – Zostajemy tutaj, przedłużyli nam prawo pobytu. Cieszysz się?

Zbliżał się pierwszy dzień po wakacjach, bałam się go. Co powiedzieć? Jak się zachować? Z wszystkimi się przecież pożegnałam. A my zostajemy. Nie chciałam zostać. Chciałam wracać do moich przyjaciół, rodziny, do mojego miasta. A jednak zostaliśmy.

W klasie usiadłam przy stoliku, przy którym nikt nie siedział. Nie miałam już roweru, więc wróciłam do domu piechotą. Nie lubiłam chodzić na piechotę.

Pomarańczowy rower wygraliśmy na jarmarku. Baba i Anne szli sobie spacerkiem za nami, a my biegaliśmy z wózkiem dziecięcym. Baba kupił sobie los w loterii Tombola. Wszystkie nagrody leżały na stole: kosze na owoce, kiełbasy, domowe urządzenia elektryczne, talony na zakupy i wiele innych rzeczy. Mój brat i ja przepychaliśmy się przez tłum, aż znaleźliśmy się na samym przedzie, przy czerwonym stole. Dokładnie oglądaliśmy wszystkie nagrody. Gdy mój wzrok padł na ciasto, ślinka napłynęła mi do ust, przełknęłam ją, mój brat zareagował podobnie. Kobieta stojąca za stołem wykrzyknęła: „Ręce z dala od ciasta, ciasto możesz wygrać, jak kupisz los. Kupiłaś los?”.

Pieniędzy starczyło akurat na jeden los w wielkim losowaniu i podróż kolejką dla mnie i brata. Trzy albo cztery razy chodziliśmy obok każdego wagonika. Przyglądaliśmy się krzyczącym ludziom, porównywaliśmy nagrody, słuchaliśmy muzyki. Podobały mi się barwne światła, podobali mi się roześmiani ludzie. Przede wszystkim podobało mi się, że nikt nie wiedział, kim jestem.

Wsiedliśmy do wagonika w kształcie łupiny, który miał dwa miejsca do siedzenia i był umocowany na długiej macce różowej ośmiornicy. Kiedy przyszedł mężczyzna kontrolujący bilety i wyciągnął wielką dłoń, spojrzałam na brata, bo on wcześniej włożył sobie kupony do kieszeni spodni. Brat zaczął płakać. Mężczyzna przejechał mu ręką po włosach i dał znak, że mamy siedzieć cicho i nic nie mówić.

 – Jeszcze raz miałeś szczęście, ty idioto – krzyknęłam do brata.

Jasne światła umieszczone pod siedzeniami rzucały refleksy na metalową podłogę. Kiedy karuzela ruszyła, zaczęliśmy krzyczeć ile sił w płucach.

Próbowałam wykrzyczeć z siebie mój niemiecki.

Włosy zwiewało mi na twarz, czułam szampon Pantene, który zawsze kupował Baba, włosy wszystkich w domu pachniały tak samo. Zacisnęłam dłonie aż do bólu. Głowa mojego brata fruwała w lewo i w prawo. Wzbijaliśmy się, spadaliśmy, jechaliśmy coraz szybciej, muzyka zagłuszała nasze krzyki.

Kiedy wszystko znieruchomiało, niemiecki miałam jeszcze w głowie.

 – Dwieście czterdzieści pięć! Kto ma numer dwieście czterdzieści pięć? – zawołał kobiecy głos.

To byliśmy my, to był nasz numer. Wciśnięto nam w ręce wielką paczkę, Baba położył ją na dziecięcym wózku i tak poszliśmy do domu, nie wiedząc, co jest w środku. W domu wypakowaliśmy części pomarańczowego roweru, a Baba go skręcił.

Tych, co potem drwili z mojego roweru, mijałam pędem. Nuciłam przy tym głośno i długo „hmm”, potem znowu ciszej i znowu bardzo głośno; bardzo głośno i bardzo długo, a oni wykrzykiwali za mną niezrozumiałe zdania.

Niemiecki był jak choroba, o której próbowałam nie myśleć, choć ścigała mnie przez cały dzień. Kiedyś jednak zaczęłam rozumieć tamte złośliwości.

Teraz mój rower jest tam, gdzie powinniśmy byli wrócić.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: W rosole u Musierowicz