Julian Barnes, Świat Książki, Joanna Puchalska, Jan Kabat

Julian Barnes, "Cytrynowy stolik", "Coś do oclenia. Anglik we Francji'

Oglądanie filmu, w którym dziesięć minut poświęcono na fekalne żarty z opróżniania przepełnionego zbiornika kamperowej toalety to specyficzna przyjemność wynikająca ze wspólnej jazdy autokarem na trasie Alpy-Warszawa. Coś za coś, w życiu nie można mieć wszystkiego i tak dalej, przypominają się człowiekowi powiedzonka mające pomóc zaklinać rzeczywistość. By nie przeklinać za głośno. Na szczęście zawsze podróżują ze mną książki, a od kiedy istnieją czytniki, można w podróż zabrać niedużą biblioteczkę bez wynajmowania dodatkowej przyczepki. Do sterty t-shirtów, bielizn, kurtek, skarpetek ocieplających i ułatwiających dreptanie nie jest łatwo dołożyć nawet jednego biednego Żeromskiego. Na czytniku zgodnie egzystują obok siebie Żeromski z Prusem, Proust z panią Bovary. Oczywiście przy okazji każdego wyjazdu obiecuję sobie, że przeczytam jakąś pozycję klasyczną pominiętą w mojej edukacji literackiej. Bez problemu możecie zgadnąć czym to się kończy. Czytam Coelho, że aż mi oprawki drgają na uszkach. Przesadzam, ale potrafię szarpnąć się na gest i przeczytać w pociągu (bo ten środek komunikacji najczęściej wybieram) jakiegoś Greya.

Podróżowanie - temat przez literaturę przeżarty i przetrawiony, nudny, a wciąż dostarczający przyjemności czytelnikom i czytelniczkom. Jako czytelnik przeważnie wolę podróż niż lekturę na jej temat, nad Muratowa przekładam przewodniki Lonely Planet, ale już jako osoba mało pijąca z przyjemnością przeczytałem nietrzeźwe przygody bohaterów i bohaterek „Przyjdzie Mordor i nas zje” Ziemowita Szczerka, a w akompaniamencie ryków z ekranu, na którym wyświetlano filmy, które nie mówią nic dobrego o ‘conditio humana’ pogrążyłem się w esejach mojego ukochanego Juliana Barnesa. Anglik zakochany we Francji może być bohaterem tandetnej komedii, ale może być też przedmiotem erudycyjnych esejów, które wypełniają zbiór „Coś do oclenia” (tłum. Jan Kabat), w którym wjedziemy z Barnesem na Mont Ventoux, posłuchamy Brassensa i przeczytamy listy Flauberta do George Sand. Intelektualna jazda bez trzymanki i bez zbędnych przypisów. Barnes oprócz miłości do Francji (i logiki) zakochany jest też w miłości. Często odnoszę wrażenie, że większość jego twórczości jest poświęcona zróżnicowanym przejawom tego uczucia.

W opowiadaniu „Odrodzenie” autor ‘Papugi Flauberta’ przedstawił nam starego dramatopisarza (na końcu dowiemy się, że był to Turgieniew), który zakochuje się w – oczywiście młodszej od siebie – aktorce, odtwórczyni jednej z ról w jego sztuce (mowa o Wieroczce z „Miesiąca na wsi”). Narrator i czytelnik o spotkaniu tych dwóch dusz dowiadują się z zachowanych fragmentarycznie listów twórcy do swojej muzy. Listy w drugą stronę nie zachowały się i nie wiemy, czy mamy do czynienia z wielkim uczuciem, czy swoistym, dziewiętnastowiecznym stalkingiem. Pisarz podążał za muzą i towarzyszył jej w podróży na trasie z Mceńska do Orła. Na podróż, którą „będzie pamiętał do końca życia” cień rzuca przykry fakt, że nieuwieczniony został powrót z Orła do Mceńska, jak trzeźwo zauważył narrator.

Dla takich momentów lektury, dziejącej się w rechoczącym ze skretyniałych dowcipów, na wpół pijanym autokarze, warto było nauczyć się czytać. Barnes ma coś takiego w swoim pisaniu, co ośmiela – przynajmniej mnie – do własnych prób literackich. Chyba zawsz,e gdy czytam jego książki - a robię to, prokrastynując czytelniczo, co jakiś czas - myślę, że mógłbym pisać i chciałbym to robić, że to przyjemność, której mi brakuje. Na szczęście gdy sięgam po najbliższą klawiaturę (teraz jest to smartfon), przechodzi mi to uczucie pewności, a na jego miejsce nadciąga zwątpienie. Ale gdybym już miał napisać coś inspirowanego Barnesem to pewnie bym odwołał się do jego fryzjerskiego tryptyku „Krótka historia fryzjerstwa”, miniatury otwierającej książkę „Cytrynowy stolik” (tłum. Joanna Puchalska). Główny bohater odwiedza zakład fryzjerski – jako dzieciak, dorosły mężczyzna tuż po rozstaniu się z dziewczyną i w dojrzałym wieku po kilkudziesięciu latach małżeństwa. Każda z wizyt różni się od poprzedniej choć jednocześnie jest nieznośnie do niej podobna. Moje wizyty u fryzjera też są nieznośne i podobne do poprzednich. Mój fryzjer przyjmuje (a raczej udziela hałaśliwych audiencji) w małym lokalu z widokiem na strzelisty kościół i brukowaną ulicę, co jak na Warszawę jest widokiem rzadkim i dość sentymentalnym. Trudno się do niego umówić wcale nie ze względu na ceny, ale faktyczny talent i kunszt fryzjerski, który moja głowa próbuje prezentować nawet kilka tygodni po wizycie.

Mój fryzjer lubi muzykę, a raczej powiedzmy otwarcie – lubi darcie ryja przez polskich raperów. Gdyby to były jeszcze jakieś wyżyny intelektualne rapu, gdyby to był Tomasz Andersen czy Syny… Nie wymagam tekstu, niech już będzie eksperyment muzyczny, Zniosę strzyżenie („Mieszkał Mazur blisko Zgierza…” Mickiewicz mi się zawsze jakoś przypomina w pobliżu zakładów fryzjerskich) w rytm wydumanych dość PRO8L3Mów czy Dwóch Sławów, ale sieczki, którą jestem częstowany na zacnej ulicy nazwanej od zacnego patrona, nie umiem bez głupich min. Przez niemal godzinę wysłuchuję utworów, w których panowie udowadniają, że słuchacz(ka) nie zna prawdziwego życia, że prawdziwe (i niezwykłe) życie znają tylko rapujący panowie, którzy posługują się liryką często godną raczej strapionego czternastolatka niż misiakowatego gbura próbującego groźnie łypać spod oka. Nigdy nie proszę o zmianę tła muzycznego do wykonywanego na mnie zabiegu. Uznaję je za nieodłączny element rzemiosła, choć chwilami uśmiecham się cynicznie słysząc kolejne mądrości godne największych psujów literatury. Wytrzymuję grzecznie, bo zawsze kazali mi być grzecznym u pana fryzjera. Nawet moje najwcześniejsze wspomnienie, którego podobno nie powinienem pamiętać związane jest z fryzjerstwem. Oto ja, siuśmajtek ponad roczny, ledwo zapewne adoptowany przez rodziców i adaptujący się do nowych warunków (czy już wtedy nad moim łóżeczkiem wisiała ta straszna fototapeta z wilkiem palącym fajkę?), stoję na drewnianym stołeczku a moje pukle włosów (Kurwa, przypomina mi się, że znowu u fryzjera usłyszę pytanie: „włosy wycierasz ręcznikiem?” nie wolno, bo to je osłabia i wypadają, po czym widzę krytyczny ogląd moich godnie zwiększających swą powierzchnię zakoli.) są wycinane nożycami ogrodowymi przez zaprzyjaźnionego z moimi nowymi rodzicami księdza. To się naprawdę działo, tylko nożyce pewnie były bardziej dostosowane do mojej małoletniej główki. Darłem ryja jak opętany („Ja mam w sobie dziewięć demonów”), towarzystwo duchownego w końcu zobowiązuje. Wróćmy jednak do drugiego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku i mojego fryzjera.

Rozmawiamy. Zawsze słyszę, że mówię niewyraźnie, w drugą stronę staram się być gombrowiczowskim Miętusem. „Cztery litery, to jest jedyna nasza broń”. Gra na miny, rytuał dla zabicia czas. Dzięki temu wiem, że mój fryzjer uważa Coelho za wybitnego filozofa. Jakoś nie potrafię zebrać się na takie uznanie dla tego brazylijskiego literata. Umiejętnie przyjmuję wtedy ćwiczoną od lat minę numer 3 – „sympatyczna obojętność”. Przybrany w nią próbuję dotrwać do końca operacji nad moimi kłakami, usilnie starając się nie prowokować dyskusji, które mogłyby nas poróżnić bardziej i z przyjemnością, graniczącą z jakimś upiornym syndromem sztokholmskim, po pewnym czasie wychodzę na chodnik, wieje wiatr, moje nowe włosy jeszcze przez minutę będą wyglądać jak z żurnala. Odpinam rower, naciągam kominiarkę, wkładam kask. W domu będę się bawił w odtwarzanie dzieła. Gdybyście szukali ilustracji na okładkę nowego wydania „Różnicy i powtórzenia” Deleuze’a, służę przykładem.

Julian Barnes mimo siedemdziesięciu wiosen wciąż na zdjęciach prezentuje dość bujną grzywę. W swojej ostatniej książce „The Noise of Time” zajął się moim ukochanym Szostakowiczem, który też przez wiele lat prezentował niezbyt ładną, acz objętościowo zacną grzywkę. Jakże ważni są w naszym życiu fryzjerzy i fryzjerki, jakże ważne są dobre książki. I urlopy, na których można napisać odrobinę dłuższy tekst.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?