Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Noir Sur Blanc

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, "Złodzieje bzu"

“Złodzieje bzu” to niezwykle sprawna i wciągająca opowieść o polskiej historii widzianej z perspektywy “zwykłego” człowieka. Historia, którą opowiada nam Antek Barycki to ballada, która rozpoczyna się gdzieś na wschodzie Małopolski, a kończy pod czeską granicą. Udało się Klimko-Dobrzanieckiemu pokazać polską panoramę historyczną z wdziękiem i humorem, ale też grozą.

Antek Barycki jest bohaterem “przypadkowym”, ot zwykły chłopak dorastający na wsi, uczony prostych prawd - tatko jest święty, księdza trzeba szanować, podobnie jak ziemię i sąsiadów, choćby nie byli do końca swoi. Bo mimo wspólnej ojczyzny, to nie każdy tu swój - Ukraińcy jednak jacyś inni. Antek jest bystry i przenikliwie widzi świat, zwłaszcza, że ma talent do liczb, tylko kto ten talent dostrzeże na podupadającej wsi? Bystry jest - gdy ksiądz Wiernik za cmentarnym murem pochowa organistę-samobójcę, którego śpiew i gra przez lata radowała serca wiernych, dobre chłopaki przesuną mur, by wiejski geniusz jednak na katolickiej ziemi spoczywał. Antkowi najbardziej spodobają się lekcje w rosyjskiej szkole, gdy nastanie tu władza zaborcza i chętnie by został komunistą, bo komuniści kojarzą mu się z tym, że nagle ktoś Antka docenił, ale to dla rodziców będzie za dużo. Nie musi wierzyć w Boga, ale bycie komunistą to już zdrada. Ukraińcy wyrżną Antkowi rodzinę, zostanie sam z ojcem, z którym ruszy na zachód, gdzie od komunistów dostaną dom z Niemką. A, że do sąsiedztwa wprowadzi się Ukrainiec? Od losu się nie ucieknie.

To zaskakująca powieść, bo udało się Klimko-Dobrzanieckiemu na niewielu, ponad 200 stronach pokazać skomplikowanie polskich losów i poruszyć kilka tematów wcale nie oczywistych (zwłaszcza zajmowanie “poniemieckich” domów). Klimko-Dobrzaniecki jest daleki od oceniania postaw etycznych i wyborów dokonywanych przez swoich bohaterów, ma do nich stosunek czuło-ironiczny, który bardzo mi się podobał. Jedynie z zakończeniem powieści miał autor spore problemy - zamiast zabić bohatera w jakimś sympatycznym historycznie momencie, to przeprowadza go przez kolejne stadia komunizmu z takim przyspieszeniem, że zamiast ballady mamy jakieś przewijanie filmu na podglądzie. Zupełnie niepotrzebne, choć rozumiem przyjemność opowiedzenia o tych czasach z perspektywy Antka Baryckiego, bo jest to bohater, którego rzeczywiście chce się słuchać.

Klimko-Dobrzaniecki w swojej balladzie uderza w prostą, czytelną symbolikę, pokazując, że może i czasy się zmieniały, ale emocje, ambicje i potrzeby ludzi zawsze były podobne. Jego bohaterowie są prawdziwi, wydają się być złapani w kamerze i przeniesieni do tej niezwykle (do pewnego) momentu udanej powieści. Szczerze polecam, a autora będziecie mogli usłyszeć w podcaście za jakiś czas, bo postanowiłem sobie porozmawiać o tym, co Klimko-Dobrzanieckiego uwiera w polskich narracjach o historii, bo że uwiera, to widać gołym okiem.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Iwasiów jak lody