Znak, Izabela Morska

Izabela Morska, "Znikanie"

Są książki, o których usłyszycie, że bolą. Stwierdzenie to z pewnością jest nadużywane w książkowym marketingu, ale przy tej pozycji samo się ciśnie pod palce na klawiaturze. „Znikanie” Izabeli Morskiej boli, uwiera, otwiera nie tylko na - z góry nieudaną - próbę współodczuwania z autorką, ale też na egoistyczne gesty myślenia o sobie, swojej pozycji w systemie opieki zdrowotnej jak i w społeczeństwie.

W chorobie odbija się nie tylko kondycja ciała, ale i całego człowieka wobec otoczenia. Gdy zachorujemy, zwłaszcza trwalej, poważniej, znaczenie będzie miało to kim jesteśmy – kogo znamy, jaką mamy pozycję społeczną, z jakich uprzywilejowań korzystamy i z jakich możemy zrezygnować, co posiadamy i czego możemy się pozbyć, gdzie i z kim mieszkamy, jak żyjemy. Choroba stawia przed nami pytania o całe dotychczasowe życie i właśnie o tym jest „Znikanie”. O całym życiu w perspektywie choroby.

Najlepiej chorować przewidywalnie – mieć katar, zatkane zatoki, opryszczkę, wysypkę po zmianie proszku na pranie. Dobrze jest chorować po raz kolejny, wtedy już znamy metody leczenia, jakoś przebrniemy przez tych kilka zachwianych dni. Gorzej gdy nikt nie umie nam odpowiedzieć na pytanie – co się z nami dzieje, dlaczego boli akurat tam, dlaczego puzzle z symptomami nie układają się w żaden logiczny widoczek. Tracimy grunt pod nogami, szukamy pomocy, chwytamy się różnych nadziei. Obserwujemy ciało, własną słabość, szukamy zrozumienia i wsparcia u najbliższych. Każdy radzi sobie inaczej. Nie nauczono nas chorować i nikt przytomny lekcji chorowania udzielać nie będzie, choć nie można wykluczyć, że w świecie wszelkiej maści „coachów” pojawią niedługo trenerzy choroby. Jak w bólu i cierpieniu dalej być sobą? Morska pisze o tym, jak zachować resztki godności, jak ochronić się przed systemem, który tej godności odmawia, nie dba o nią. Czy choroba jest bitwą? Dlaczego gdy ktoś umiera na raka, mówimy, że „przegrał walkę”? Skąd ta militarna poetyka? Z naszej wobec niej bezradności, zdaje się mówić autorka „Znikania”.

Jak sobie poradzić? Można pisać dziennik. Z niego urodziła się książką, która łączy intymny, osobisty zapis z publicystyczną werwą, sprawozdaniem z lektur, autobiograficzną refleksją. Morska notuje w dzienniku kolejne stadia choroby, opisuje umieranie własnej matki, dramatyczną momentami walkę o uwagę, miejsce w kolejce, pieniądze, ale też – w bardziej publicystycznych fragmentach – reaguje na rzeczywistość, która wokół nas z roku na rok staje się równie przerażająca jak konsekwencje (ewentualnie) śmiertelnej choroby. Czytam „Znikanie” jako książkę o wykluczeniu – poprzez wiek, stan zdrowia, status społeczny, orientację seksualną.
Bolesna i brutalna jest wiwisekcja Morskiej. Gdy opisuje jak wyprzedawała księgozbiór, by mieć fundusze na leczenie, myślałem, że się poryczę. Nie wzruszały mnie fragmenty o odchodzeniu matki, nie byłem nawet bliski wzruszenia gdy z niezwykłą czułością pisała o umierającej Annie Laszuk, ale te cholerne książki mnie rozwaliły. Porażającą moc mają wyznania Morskiej, gdy pisze o sobie, że nie jest dobrym człowiekiem, gdy analizuje swoją pozycję i świadomie wykorzystuje fakt uprzywilejowania, nie ukrywając tego przed czytelnikiem.

„Znikanie” to opowieść o transgresji, przechodzeniu na pozycje obronne, maskowaniu się, ale i przemianie. Ma Morska wielkie poprzedniczki, Sontag i Baranowską. Obie własne chorowanie uczyniły tematem literatury i obie pokazały, że choroba jest metaforą całego naszego życia. To specyficzny gatunek literacki, który może być traktowany jak autoterapia, ale też czytany jako terapia nas samych. Możemy się w tym szukać, przeglądać, żyjąc w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, które „Znikanie” zaburza. Takie lektury odkładają się w człowieku, może ośmielają na zadawanie sobie pytań i szukanie odpowiedzi, ale – dopóki jesteśmy zdrowi – wciąż są opowieścią o kimś, kto to przeżył. Morska w którymś momencie pisze, że jest faktem niezaprzeczalnym, że gdyby nie przeżyła, książka by nie powstała. Nie jest zatem „Znikanie” ostrzeżeniem, ani przestrogą, nie jest poradnikiem, ani podręcznikiem. Jest opowieścią o jednostce i systemie, o sprawach na co dzień niewidocznych. Książka w której jest wszystko. Takie „życiopisanie”. W mojej ocenie wielka rzecz.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kaśka u Zapolskiej