patronaty, Kallia Papadaki, Ewa T. Szyler, Wydawnictwo Wyszukane

Kallia Papadaki, "Dendryty"

Leto 68. Wiecie, że można mieć tak na imię?

Jak do tego doszło dowiecie się z tej recenzji, ważnym tropem będzie Mickiewicz, a po więcej fantastycznych opowieści zapraszam do “Dendrytów” Kalli Papadaki, książki bystrej i wciągającej, do tego napisanej w ciekawy sposób (o nim też poniżej) i doskonale przetłumaczonej przez Ewę T. Szyler, która wytrzymała karkołomne konstrukcje autorki i przełożyła je tak, że nie ma tu żadnych szwów.

Większość powieści napisana jest “po bożemu” i to zrozumiałe, że pisarze i pisarki nie chcą czytelnika ani wymęczyć, ani szczególnie zadziwić sposobem, w jaki piszą książki. Twórców nie ogranicza wyobraźnia, bo ta czasem bywa aż nadto nieujarzmiona, ale warsztat i sposób konstrukcji. A więc technikalia z domieszką wyobraźni. Kallia Papadaki pokazuje, że dysponuje niezwykłym warsztatem literackim, a i wyobraźni jej nie brakuje. Na szczęście w jednym i drugim zna umiar, dzięki czemu wyszła jej książka ciekawa i artystycznie imponująca.

Papadaki studiowała ekonomię i filmoznawstwo, co widać w “Dendrytach”. Jest to powieść, w której dużo uwagi autorka poświęciła ekonomicznej rzeczywistości w jakiej przyszło żyć greckim imigrantom do Stanów Zjednoczonych tak w czasach przedwojennych, jak i powojennych. Opisuje jak toczą walkę z amerykańskim snem ludzie, którzy - jak to się ładnie w publicystyce nazywa - budują wieloetniczny obraz Ameryki. Jak od biedy przechodzą do dość wątpliwego i łatwego do zniszczenia, stanu posiadania. Co jest dla nich sukcesem i jakie życie przynosi im Ameryka. Filmowe studia Papadaki z pewnością pomogły w niezwykłej plastyczności opisywanych obrazów i ich serialowej atrakcyjności. Tak to jest z dobrą opowieścią kilkupokoleniową, że od razu widzimy ją jako przynajmniej miniserial na jednej z platform streamingowych.

Gdy Andonis Kabanis po dwudziestu dwóch dniach na pokładzie transatlantyku dotarł do Kastigari (czyli Ellis Island) i wyszedł na brzeg, padał śnieg z deszczem. Kabanis “splunął w myślach na ziemię po trzykroć, by wygnać złe uchu”, bo tak obiecał matce. Jedzie do Nowego Jorku, gdzie pewien “chudy jak szczapa” Rodyjczyk w zamian za opłatę obiecuje mu pracę. Wystawiony przez rodaka (choć czy Rodyjczyk to rodak, to nie jest tak do końca pewne), tłucze się po mieście i jego okolicach. Trafia do Camden, gdzie za minimalne wynagrodzenie dostaje pracę w stoczni i wynajmuje mieszkanie od pewnej przedsiębiorczej Polki. W niedzielę, jedyny wolny dzień od pracy, wyprawia się na wschodnie obrzeża miasta, do dzielnicy niemieckich emigrantów - Cramer Hill lub żydowskich dzielnic Marlton i Parkside, “które syciła wilgocią i rozgraniczała swym połamanym biegiem rzeka Cooper”, “a ponieważ nie znał języka, odbywał spacery samotnie, z paroma groszami w kieszeni, przystając raz po raz i gapiąc się ćwokowato na drewniane piętrowe domy”.

Polska gospodyni wyrzuci Kabanisa, gdy tylko znajdzie majętniejszego najemcę. Tak rozpoczyna się grecka saga, w której polski wątek pojawi się jeszcze raz. I będzie bardzo zabawny. Otóż jakoś na początku lat 70. Susan Müller zakochana w Basilu Kabanisie, chcąc miłość przypieczętować dobrym biznesem, ładuje wspólną kasę w “słynną niegdyś polską jadłodajnię w dzielnicy Cramer Hill z wykonanym tandetnie wprost na ścianie portretem Mickiewicza królującym nad rzędami laminowanych blatów, podobizną, która dawniej, jeszcze w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym, orędowała za tolerancją i pojednaniem (...)."

Grecka knajpa z portretem polskiego wieszcza? To możlie chyba tylko w Ameryce. Jadłodajnie została przemianowana na "Ariadnę", z "wyblakłym Mickiewiczem na ścianie i białawymi kolumnami wymalowanymi nad kolorową Greek Salad (...)".

A jak się nazywała jadłodajnia zanim stała się Ariadną?

44.

Jakżeby inaczej!

Susan “zainspirowana wyblakłym Mickiewiczem na ścianie, chciała dodać do neonowego szyldu okrągłe „68”, niby na cześć „44”." Na nieszczęście dla córki Susan i Basila nie było już miejsca nad wejściem. I tak 68 dołączone zostało do imienia Leto. Chyba nie trzeba nikomu pisać, że Leto miała przerąbane w szkole.

Taka to jest powieść smutno-wesoła i łotrzykowsko-familijna. Został mi ostatni wątek do opisania, a mianowicie artystycznej formy “Dendrytów”. Jest więc tak, że Papadaki tworzy zdania, które trwają po trzy strony, jakby strumień świadomości, ale bardzo logiczny i niezbyt poszatkowany. Niezwykle przyspiesza to lekturę, ale też nie pozwala na jej przerwanie w dowolnym momencie - do końca rozdziału doczytać trzeba, bo inaczej łatwo się pogubić w wydarzeniach czy nazwiskach. Papadaki znalazła ciekawy sposób na zatrzymanie uwagi czytelnika. Warto spróbować, zwłaszcza że dzięki tłumaczce Ewie T. Szyler, zdania te są wewnętrznie rytmiczne, przejrzyste i z rzadka tylko gubimy się w ich gąszczu.

Opowieści o Ameryce z perspektywy imigrantów jest bardzo dużo - tak filmowych jak i powieściowych i wiele z nich mogłoby być pewnie zatytułowanych “dendryty”, bo to przecież historie o rozgałęzieniach, które tworzą nerwowy system tego fascynującego kraju i jego społeczeństwa. Papadaki dokłada do tej olbrzymiej biblioteki książkę, którą czyta się z rosnącą fascynacją i od której trudno się oderwać. No i ten Mickiewicz!

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co miał na piersi wykłute Azja Tuhaj-bejowicz?