Marginesy, Anna Kańtoch

[RECENZJA] Anna Kańtoch, "Wiosna zaginionych"

Też tak macie, że musicie przeczytać każdy napoczęty kryminał do końca, nawet jeśli po drodze już się trochę męczycie? Mam nadzieję na wspólnotę losów z Państwem, bo ja tak mam. Po prostu nie umiem inaczej, dlatego przeważnie nie sięgam po ten gatunek literacki - na jednej z półek stoi u mnie cały rząd kryminałów Agaty Christie przypominając mi o pewnym szalonym styczniu, w którym to przeczytałem 30 jej książek. Jedną dziennie.

Anna Kańtoch, autorka znana raczej z pisania fantastyki od jakiegoś czasu wprawia się w kryminał i po lekturze jej najnowszej książki można powiedzieć dwie rzeczy - autorka boi się gatunku, czuje się w nim niepewnie przez co nie potrafi zrobić kroku poza klasyczną konstrukcję, a druga - niestety Kańtoch nie ma nic do powiedzenia o świecie. Bo kryminału nie czyta się tylko po to, żeby rozwiązywać zagadkę, ale żeby przeczytać powieść obyczajową, w której podjęty zostanie jakiś ważki społecznie temat, czy przedstawiona choćby jakaś teoria, a Kańtoch niczego nie problematyzuje, chyba że wystarczą nam dość proste refleksje o tym, że z młodzieżą można się porozumieć, a przeszłość zawsze nas dopadnie.

Kańtoch kontynuuje model kryminału znany chociażby dzięki Agacie Christie. Główna bohaterka? Emerytowana policjantka. Trup? Starszy profesor historii, z którym łączy bohaterkę wspólna przeszłość i podejrzenie o to, że zamordował jej brata. Dochodzenie? Policjanci chętnie dzielący się z emerytką informacjami i wysyłający ją na misje. Nawet podejrzani będą tutaj klasyczni - grupa młodzieży, z której każdy miałby motyw, a wszyscy się chronią. Tło? Jedna z dzielnic Katowic, ale pozbawiona właściwości, poza tym, że jest w niej las, po którym chodzą bohaterowie. Element grozy - ginące psy. Dodatkowy wabik - a może zabiła ekoterrorystka? Duży plus - bohaterka podróżująca pociągami i lubiąca czytać.

Muszę za to przyznać, że najbardziej rozbawiły mnie blurby do tej książki. Też je czasem piszę i mi za to płacą ale tu jest cała paleta znanych i lubianych przeze mnie osób, które próbują mi wcisnąć coś, co się nie wydarzyło w tej powieści. Np. Anna Król pisze, że Kańtoch “konstruuje kryminalną fabułę, naginając schematy literatury gatunkowej”, a Jakub Ćwiek, że “jak Christie kryje się w cieniu zwyczajności”. No to byście się zdecydowali. Nie wiem skąd Anna Dziewit-Meller wzięła, ze “starej policjantki” nijak nie “można zaklasyfikować wedle stereotypów”, Leszek Koźmiński uważa, że to “nieoczywiste śledztwo”, a Adam Szaja pisze, że autorka “wyprowadza czytelnika w pole”. Tak więc nie wiem, może coś ze mną nie tak, ale nie czułem się ani razu wyprowadzony w pole, fakt, że główny bohater zmienia tożsamość był przecież oczywisty od początku i cała powieść jest wokół tego skonstruowana, a że zmian okazuje się więcej? No naprawdę… Brak stereotypów? Nic bardziej stereotypowego w kryminale jak starsza pani, która ma nadmiar energii, ale potrafi też udawać zniedołężniałą starowinkę. Ćwiek jest najbliżej prawdy, że dużo tu szarej rzeczywistości, tak szarej że aż cała ta magia Śląska, o której blurbujący piszą nie wybrzmiewa, a “Wiosna zaginionych” mogłaby równie dobrze dziać się w mazurskiej popiegieerowskiej wsi.

Kańtoch ani nie otwiera nowego rozdziału w polskim kryminale (a jeśli, to jest z nim drastycznie źle i trzeba przestać czytać), jej powieść nie “brzmi jak wyzwanie”, a jest taką szybką lekturą na kilka godzin jazdy pociągiem, po której niewiele nam w głowie zostanie. A to, że ciężko się oderwać? Ja zawsze chce wiedzieć kto zabił, nie czytałem jeszcze takiego kryminału, którego bym nie skończył. Ale niekoniecznie polecam ten ciąg.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?