Międzynarodowe Centrum Kultury, Tomasz Bieroń, Larry Wolff

[RECENZJA] Larry Wolff, "Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia"

Jest rok 1786. Trzy lata po rozstaniu z mężem, “wolna jak ptak” (sama tak napisała), lady Craven, a za jakiś czas margrabina von Brandenburg-Ansbach-Bayreuth, zatrzymuje się w drodze z Petersburga do Sewastopolu w okolicy pewnej tatarskiej wioski. Wieś była kręgiem szałasów, tworzących na tle majestatycznej przyrody obraz “prymitywnego stanu świata”, jak się wyraziła lady w pamiętniku. Co robi lady Craven po przyjeździe na tatarski step, lekko skonsternowana brakiem higieny wśród mieszkańców wsi? “Zatrzymałam się tam i zrobiłam herbatę”.

Tak się wprowadza cywilizację między “dzikich”! I między innymi o tym jak próbowano ucywilizować wschodnie rubieże Europy jest właśnie “Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia” Larry'ego Wolffa w przekładzie Tomasza Bieronia.

Wspaniała jest ta książka, choć podejrzewam, że nie dla wszystkich przebijanie się przez trochę nadmiernie rozbudowane opowieści Wolffa będzie przyjemnością. Nie ma bowiem Wolff tendencji do skrótu i zbyt często odnosiłem wrażenie, że już doskonale wiem, co chciał mi powiedzieć, a drobne zmiany odcieni czy minimalne przeniesienia uwagi, są mi naprawdę niepotrzebne. Co choć brzmi jak narzekanie, nie znaczy, że nie jestem zachwycony “Wynalezieniem Europy Wschodniej”. Jestem, bo Wolff podobnie jak Leszczyński otwiera inną perspektywę w patrzeniu na polską (i nie tylko) historię.

“(...) kiedy przybywamy do Polski, mamy poczucie, że całkowicie opuściliśmy Europę”, pisał w 1784 roku Louise Philippe de Segur, francuski hrabia, pełnomocnik Ludwika XVI na dwór Katarzyny II w Petersburgu. To dość - z dzisiejszej perspektywy - niewinne zdanie, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, bo przecież to w ostatnich latach walczyliśmy o “ponowne przyjęcie do Europy”, utożsamiając Unię Europejską z “cywilizowaną”, “nowoczesną” Europą i samemu przeciwstawiając jej nasze wschodnie, postkomunistyczne czy jak je tam nazwiemy, państwa. W ostatnich tygodniach, gdy widmo Polexitu zaczęło nam nami wisieć niczym jakiś miecz Damoklesa, znowu pojawiły się hasła wyprowadzania Polski “z Europy”. A więc jest w jakimś stopniu dla nas jasne, że przynależność do Europy jest swego rodzaju osiągnięciem (cywilizacyjnym), nagrodą (za ucywilizowanie), do tego jest zmienne i zależne nie od geograficznych uwarunkowań, a zgodności na poziomie też ideowym.

Wolff pokazuje moment, w którym Europa podzieliła się na “Zachód” i “Wschód”, wychodząc od założenia, że wyobraźnie elit epoki renesansu czy wczesnego baroku organizowała raczej oś północ-południe, niż wschód- zachód. Mówiło się o sztuce “na północ od Alp”, a tak polskie jak i szwedzkie dwory szlacheckie i królewskie pełne były zaproszonych z Italii artystów. Polskie jednak nikogo zbytnio nie interesowały - cały wschód Europy był traktowany jako przeciętnie zamieszkana przestrzeń, która nikogo szczególnie nie interesuje. Dopiero, gdy doszło do rywalizacji z jednej strony z osmańskimi Turkami (1683 - bitwa pod Wiedniem), przejęciem przez Habsburgów osmańskich Węgier (1699 - traktat w Karłowicach) i porażce Szwedów z Rosjanami (1709 - bitwa pod Połtawą) okazało się, że wschód Europy istnieje, a oś, do której przyzwyczajone były elity intelektualne, a szczególnie - na czym wiele uwagi skupia Wolff - kartografowie, przesunęła się. Stąd właśnie - w gigantycznym skrócie - bierze się tytułowe “wynalezienie Europy Wschodniej”.

Czy podróżnicy i podróżniczki do Polski i Rosji wiedzieli traktowali nas jak “dzikie” ludy, nieśli kaganek oświaty i dzięki efektowi lustra mogli myśleć o sobie i swoich krajach lepiej? Oczywiscie. Czy mogli fałszować wspomnienia z pobytu, byśmy wypadli jeszcze bardziej “barbarzyńsko”? Mogli. Ale nie da się ukryć faktu, który podkreśla Wolff jak i Leszczyński w “Ludowej historii Polski”, że stosunki społeczne panujące w tej części Europy mogły czasem wydawać się szokujące. Najlepiej obrazuje to historia Casanovy, który w Petersburgu podczas pijackiej wycieczki spotyka “chłopską dziewczynę o frapującej urodzie”, która ucieka przed nim do swojej chaty. Zaczynają się łowy, a ponieważ mowa o klasie wyższej, to strzelbą będą pieniądze. Casanova kupuje dziewczynę za 100 rubli od jej rodziców, robi z niej swoją niewolnicę, nadaje imię “Zaira”, nawiązując do książki Woltera, który kochał Katarzynę II dość szalonym jednak uczuciem i obwozi po Rosji (to jest wielki skrót tej historii, ale to sobie Państwo sami doczytają). Dlaczego to robi? Bo tu może - bo w “dzikich” krajach nie obowiązują “cywilizowane” zasady, o czym nieraz będą nam podróżni cytowani u Wolffa opowiadać. Choć było też inaczej, o czym przypomina opowiedziana na początku tej recenzji historia lady Craven. Cywilizowane obyczaje musiały być choćby wokół i setka Kozaków straszyła.

“Odkrycie…” to kopalnia cytatów o Polsce oczami przybyszów. Warszawa w opisie trzydziestojednoletniego Williama Coxe’a, który “wjechał” do Polski 24 lipca 1778 roku, jawi się “melancholijnie” przez “silny kontrast między bogactwem i biedą, luksusem i udręczeniem”, gdzie “ulice są szerokie, ale kiepsko wybrukowane”. To, czy wszystkie ulice w Anglii były wybrukowane niezbyt Coxe’a interesowało - Polska musiała być przedstawiona jako kraj nędzny, gdzie “manufaktury nadal są jeszcze w powijakach”, bo tego oczekiwał “oświecony” czytelnik w okolicach Oxfordu. Zwracał również (będzie się to pojawiało w opisach innych wizytujących nasz kraj) na to, że trudno było mu nie zauważyć “szeregu osób ze zmechaconymi albo skudlonymi włosami”. “Plica polonica” to istotny wkład Polski do historii medycyny tych czasów.

Autor zwraca uwagę - i to powinno nas bardzo zainteresować - na to, że Polska była dla “zachodnich” elit albo nic nie znaczącym, dziwnym krajem z jeszcze dziwniejszym ustrojem, słabym królem, a Katarzyna II i pozostałe mocarstwa właściwie to zrobiły nam przysługę rozbiorami, ale co ciekawe zauważa też jednak pewną fascynację Polską - królem Leszczyńskim, który o wiele lepiej poradził sobie z zarządzaniem niewielkim miastem we Francji niż krajem z dwunastoma milionami obywateli, konfederatami barskimi czy Kościuszką. Utrwaliliśmy się w historii światowej literatury dzięki nieznanemu zbytnio w Polsce dziełu Jane Porter, “Thaddeus of Warsaw”, a August Sas i wspomniany tu już Leszczyński spotkali się na łamach “Kandyda” Woltera. Na karnawale królów “obalonych i wydziedziczonych”, jak pisze Wolff.

Piszę wciąż o Polsce, bo to jak się domyślam też Państwa najbardziej będzie w książce Wolffa interesowało, ale choć po lekturze pierwszego rozdziału wydawało się, że będzie się on skupiał głównie na Rosji i Polsce, to później rozszerza pole swoich poszukiwań o inne kraje “wschodnie”, ale nie da się ukryć, że najbardziej fascynuje go Rosja i to Rosja w konkretnym momencie - gdy Katarzyna II postanawia udać się w podróż na Krym. To z tego wydarzenia mamy “wioski potiomkinowskie”. W trakcie tej nieprawdopodobnej podróży, pełnej przepychu i iluzji caryca, przedstawicielka “północy” (choć Niemka, co jakoś dodaje temu wszystkiemu aspekt kolonizacyjny) symbolicznie obejmuje władztwo nad całym wschodnim światem, sięgającym aż po Krym, a więc miejsce, w którym mieszkała Ifigenia, kapłanka Artemidy, znana z tragedii Eurypidesa. Zatem caryca włącza niejako Rosję do cywilizacji świata łacińskiego, choć - podobnie jak z dokonaniami Potiomkina - wszyscy pochodzący z “zachodu” uczestnicy tej wyprawy wiedzieli, że to tylko gest, za którym nic nie stoi. Ale Europa Wschodnia była już wtedy faktem.

Pisze Wolff o tym jak tworzono mapy Europy Wschodniej, o misjach kartograficznych wspieranych przez Stanisława Augusta Poniatowskiego i władców rosyjskich, o imperialistycznym spojrzeniu na narody wyłaniające się z “ciemności” (to ważne słowo dla francuskiego opisu naszej części kontynentu) barbarzyństwa. Jak ktoś myśli, że przyjęcie chrztu jak uczono w szkole “włączyło nas w krąg cywilizacji europejskiej”, po przeczytaniu tego jak Wolter o nas pisał do Katarzyny II, zwątpi.

Słynna francuska “Encyklopedia” pisała o Polsce: “Natura wszystkiemu pozwala dojrzeć, być może pewnego dnia Polska osiągnie to, co zostało udoskonalone w innych klimatach”. I choć książka Wolffa jest książką o przeszłości, do tego jasno pokazuje on kolonialne, mocarstwowe, orientalizujące i imperialistyczne zapędy naszych - jak się wtedy okazało - “zachodnich” sąsiadów, ale czytana w 2020 roku w Polsce staje się też opowieścią o aspiracjach klasowych w Polsce, która wciąż dąży do Europy. Janion chciała, żebyśmy szli tam z naszymi umarłymi, a niektórzy z rządzących nami uważają, że Europa dalej jak ta córa Agenora da się ujarzmić, jeśli przebierzemy się może nie w byka, ale w baranka. Lady Craven pisała o “źle osadzonym klejnocie” i czasem mam wrażenie, że my sami już siebie tak traktujemy. Bo tu ładnie, ale wciąż nie na miejscu.

Czytajcie Wolffa (i Leszczyńskiego), bo to książka zdecydowanie ważna i wybitna, a na pewno też bardzo nam dzisiaj przydatna.

(drobna uwaga do redakcji z MCK - zielone litery wyglądają ładnie i się komponują z okładką, ale czytać to się wstępu pana dyrektora nie dało)
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co miał na piersi wykłute Azja Tuhaj-bejowicz?