Austeria, Leonardo Sciascia, Halina Kralowa, Próby

[RECENZJA] Leonardo Sciascia, "Rada egipska"

Wciąż w nastroju historycznym, po lekturach Leszczyńskiego, dwóch książek Wolffa (z “Idei Galicji” zdam relację jak się pozbieram po tym wyczynie) i czytaniu Melville’a jeszcze trochę się opieram przed wejściem w 2021 rok i sięgnąłem po ładnie wydaną “Radę egipską” Leonarda Sciasci w przekładzie Haliny Kralowej.

Jest rok 1782 i lądujemy na Sycylii rządzonej przez oświeceniowego Domenica Caracciolę, wicekróla w imieniu Karola III Hiszpańskiego. Przyszło Domenicowi zarządzać krainą piękną acz pełną spisków i knowań, co nie dziwi gdy ma się władcę reformatora - znoszącego inkwizycję, a szlachtę uważa się za “incivili, rozzi e barbari”, co nie wymaga chyba tłumaczenia.

Na wyspie, wskutek sztormu ląduje - poza nami - Abdallah Mohamed ben Olman, “ambasador Maroka przy dworze neapolitańskim”, który zostaje przyjęty przez wicekróla z honorami. Jest tylko jeden problem - nikt tu nie zna arabskiego. A jednak znajduje się śmiałek, ojciec kapelan Giuseppe Vella znał arabski “trochę” i trochę bojąc się władcy, trochę chcąc zarobić, “chwytając czujnie okazję”, “stał się bohaterem wielkiego oszustwa”. Oszustwo - przynajmniej pierwsze - będzie polegało na sfałszowaniu pewnego starego arabskiego manuskryptu. Potem pójdzie już “z górki”

Sciascia fantastycznie gra konwencją powieści sensacyjnej, a dzisiejsi scenarzyści serialowi mogą się od niego uczyć sztuki montażu. Zostajemy - jak ben Olman - wrzuceni od razu w sam wir wydarzeń, a dopiero na kolejnych stronach powoli odkrywamy sytuację Sycylii. Należy ta książka jeszcze do takiego dawnego typu pisania, gdzie wierzy się w uważność i wiedzę oraz inteligencję osób czytających - z rozmów, krótkich opisów, niewielkich retrospekcji poznajemy istotę buntu przeciwko władcy, a tą są oczywiście obawy szlachty przed utratą przywilejów. Sciascia jest pięknie ironiczny i złośliwy wobec możnowładców, którzy obawiają się, że “zapłacą podatki za nasze majątki, jak pierwszy lepszy mieszczuch”. Co prawda adwokat Di Blasi zauważa, że może jednak byłoby sprawiedliwie, żeby ktoś kto ma “pół łokcia, płacił za pół łokcia, a kto ma tysiąc łokci, płaci za tysiąc”, ale zostaje zakrzyczany hasłem “Wolność Sycylii, święty Boże!”. Prawie tak jak okrzyk “Jezu, komunizm” na dzisiejszych forkach libkowych.

Sciascia poza tą jakże socjalistyczną krytyką pokazuje trzy procesy - długiego trwania pewnych struktur w katolickim społeczeństwie Sycylii i problemów z reformami, które miałyby wyspę wydobyć z wieków raczej ciemnych; mimo końca XVIII wieku średniowiecznej wciąż legitymizacji przywilejów szlacheckich, co było wtedy popularne (Wolff pisze o tym jak Maria Teresa udział w rozbiorach tłumaczyła średniowieczną przynależnością części tych terenów do Austrii); zaniku wiedzy i powstania “orientalizmu”, czego - poza tym, że nikt nie jest w stanie odczytać arabskiego manuskryptu - nalepszym dowodem jest sam Abdallah Mohamed ben Olman zostaje przedstawiony wicekrólowi jako Muhammed ben Osman Maghia i nikogo to nie dziwi.

Trudno też oczywiście uciec od kontekstu lat 60., gdy świat ulegał bardzo szybkim zmianom i wciąż jeszcze nie było wiadomo czym się to wszystko skończy - opowieść o Sycylii u progu oświecenia i tuż przez wybuchem rewolucji francuskiej, a dalej idąc - jej konsekwencji - jest też w jakiś sposób opowieścią o świecie, w którym autorowi przyszło pisać “Radę…”.

Ale powiedzmy sobie jedno - historia literatury obfituje w książko o fałszerstwach manuskryptów, średniowiecznych reminiscencjach i kulisach władzy tuż przed jej upadkiem, a my uwielbiamy te historie, o czym co chwilę przypominają nam seriale. Dlatego też warto do Sciascii sięgnąć.

Bardzo to jest przyjemna lektura, trochę powrót do czasów, gdy czytało się wypożyczane z biblioteki książki, bo wtedy najwięcej chyba czytałem europejskiej literatury lat 60. i 70., inteligentny dowcip, ciekawie budowane tło historyczne, intryga może nie powalająca, ale udana. Nie jest “Rada egipska” arcydziełem, ale - i tu będzie hasło reklamowe - dla wszystkich miłośników i miłośniczek Péreza-Revertego lektura obowiązkowa.

ps. Ładne wydanie przez nowe wydawnictwo Próby przy współudziale Austerii, której książki kocham (właśnie sobie kupiłem nowe wydanie "Austerii" Stryjkowskiego) psuje tylko fakt napisu na grzbiecie skierowanego w złą stronę, robi tak namiętnie też Nisza, przez co gdy np. Kładziemy książkę okładką do góry, to grzbiet widzimy do góry nogami. Sensu to nie ma, ale wciąż się zdarza.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jaka woda u Żywulskiej?