Sebastian Cichocki, Jagna Lewandowska, Miesiąc Fotografii w Krakowie

[RECENZJA] "Znaki na niebie i na ziemi. Wonders in the Heaven and on the Earth"

"Patrzeć to jedno, a widzieć to drugie", piszą Sebastian Cichocki i Jagna Lewandowska w tej uroczej dwujęzycznej książeczce. To dość oczywista refleksja, na szczęście na niej nie kończy się ta książka. Wydana w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie 2020 publikacja jest czymś w formie współczesnej “adaptacji wystawy” przygotowanej przez Setha Siegelauba w 1969 roku.

Na tamtej wystawie wszystkie dzieła spotykały się jedynie w katalogu, który był jedyną wskazówką o ich lokalizacji. To sprawiało, że książka zyskiwała inny wymiar. Trochę ciężko powiedzieć, jaki inny wymiar zyskuje "Patrzeć to jedno, a widzieć to drugie" poza praktycznie pozbawioną komentarza prezentacją prac kilkunastu osób czy kolektywów. W tym zakresie publikacja nie oferuje niczego nowego, jest po prostu pozbawionym referencji katalogiem prac. Jedyną zabawą intermedialną są współrzędne geograficzne podane przy każdej z prac. Tylko, że i one zbytnio nie zostają wykorzystane. Wpisując na internetowej mapie współrzędne podane przy pracach Art Labor, czyli 13°41'21.2"N 108°04'38.1"E, trafiamy do wietnamskiego miasta Chư Sê i na tym koniec informacji. Co dalej? Miejsca nie ma w “widoku ulicy”, zatem nie ma się z czym bawić. Krzysztof Maniak kieruje nas na ulicę Leśną w Tuchowie, Piotr Łakomy na Ratajczaka w Poznaniu, a z Olgą Micińską trafimy na holenderskie pole, co ma akurat związek z prezentowaną w książce pracą. Jak na w założeniu konceptualną książkę to dość niewiele “Znaki…” oferują, co przypomina o tym, że te wszystkie wielkie zapowiedzi zmian to są teoretycznie ciekawe, ale w praktyce po pandemii zrobimy wszystko, by wrócić do starego porządku.

Za to o zmianie świadczy sam wybór prac - kontemplacyjnych, nastawionych na przeżywanie, a nie rozumienie, na dostrzeganie tego, co do tej pory z trudem było uznawane za materię twórczą - roślin, ich hodowli, przyglądaniu się drzewom, relacji człowieka ze “środowiskiem naturalnym”. Bardzo to przyjemnie się ogląda i szuka odpowiedzi “o co chodzi”, choć ja jestem zwolennikiem jednak większej komunikatywności. Z drugiej strony mając w pamięci to, co kuratorzy i kuratorki potrafią napisać o przedstawianych przez siebie dziełach, to może i dobrze, że zaufano oczom czytelników.

Wyszła z tego dość intrygująca rzecz, ale też niespełniona, nieangażująca. Ładny przedmiot. A tych to my mamy wokół całkiem sporo. Za to bardzo warto się zapoznać z pracami osób, które tu zgromadzono.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Czego katastrofa następuje u Haliny Snopkiewicz?