Magdalena Parys, wywiad, podcast, Znad Mapy

[ZNAD MAPY 005] Magdalena Parys - wywiad

Znad Mapy, rozmowy nie tylko o literaturze to cykl rozmów, w których moimi gośćmi są pisarze, pisarki, reporterzy i reporterki opowiadający o ważnych dla nich mapach. Gościnią piątego odcinka podcastu jest Magdalena Parys. Nagranie możecie odłuchać tutaj, a ja zapraszam na spisany i zredagowany wywiad na podstawie nagrania.

Wojtek Szot - Wybrałaś do naszej rozmowy torebkę z nadrukowaną na niej mapą. Nosisz ze sobą cały świat?

Magdalena Parys - Tak. To świetne – noszę ze sobą cały świat. Rzeczywiście wiele, wiele lat temu, dokładnie tego dnia, w którym podpisałam umowę na wydanie pierwszej książki z ówczesnym Światem Książki byłam w Weronie i stałam przed sklepem z torebkami. Właśnie rozmawiałam z panią Barbara Kos-Miecznicką ówczesną dyrektorką wydawnictwa, która zadzwoniła do mnie i omawiałyśmy ostatnie sprawy dotyczące tej umowy. 
Stałam przed sklepem, a w nim było pełno jedwabnych chust i torebek. Głównie torebek, bo ja zawsze za torebkami biegam, gdziekolwiek bym nie była. I one były takimi przepięknymi mapami świata. Tego dnia zakochałam się w tej torebce. 

Ta historia jest bardzo długa, bo już wcześniej widziałam ją gdzieś u kogoś w Ameryce i też za tym kimś biegałam. Ale zostańmy już przy tym 2009 r. Uważam to za taki symboliczny dzień. Umowa na książkę, torebka, czyli noszenie całego świata. Oczywiście, że ją kupiłam. Kosztowała więcej niż moja zaliczka. 

WSZ - Jak długo biegałaś za wydaniem pierwszej książki?

MP - Ja miałam olbrzymie szczęście. Ja mam zawsze więcej szczęścia niż rozumu – od razu się przyznaje bez bicia – jeśli chodzi o te sprawy. Tak naprawdę to biegałam za agentką bądź agentem literackim w Polsce. Mnie w ogóle nie interesował wydawca jako taki. Za wszelką cenę chciałam znaleźć w Polsce agenta, agentkę bądź agencję literacką, która zajmie się moimi sprawami. Żyłam już przez wiele lat w Niemczech i wydawało mi się, że nie ma takiej opcji, że można wydawać książkę bez agencji. W związku z tym udałam się na poszukiwania i okazało się, że tych agencji jest kilka, ale albo nie odpowiadały, a jak odpowiadały to: „Tak. Super, jutro się zgłosimy” i nigdy się nie zgłosiły. Jedyną osobą, która się wówczas zgłosiła, była Monika Regulska, która zakładała nową agencję literacką. Ona rzeczywiście mi przepięknie odpowiedziała. Nasze losy się zetknęły, kiedy otrzymałam nagrodę Unii Europejskiej za „Magika”, bo było jasne i dla mojego wydawnictwa i dla mnie, że w tym momencie nie poradzę sobie sama z tym wszystkim, że naprawdę potrzebuję kogoś kompetentnego, kto zna się na rynku europejskim.

Musiało minąć co najmniej 6 lat, zanim te nasze drogi się skrzyżowały. Ale w końcu, kiedy zrozumiałam, że agencje literackie nie są zainteresowane debiutantami – a nawet miałam wrażenie, że autorami, pisarzami, pisarkami jako takimi – pomyślałam sobie: „Dobra, no co tam? Napiszę do jakiegoś wydawnictwa, wyślę to gdzieś”. Oczywiście zrobiłam to, co przeważnie robię – pomyliłam adresy. Do Krakowa, czyli do Znaku pisałam adres bodajże ówczesnego wydawnictwa wielkiego warszawskiego. Natomiast adres z Krakowa wpisałam do wielkiego wydawnictwa w Warszawie.

Tak więc to nigdy nie doszło. Napisałam do Ingi Iwasiów, do której wtedy już od kilku lat pisałam do świetnego czasopisma „Pogranicze”, którego Inga Iwasiów była redaktorką naczelną i mówię: „Chciałabym wydać książkę. Nikt z agentów nie chce tej książki, to może napisze do wydawnictwa”. Ona mówi: „Pewnie, napisz do „Świata Książki” do Pawła Szweda i może coś z tego wyniknie”. 

Paweł Szwed mi odpowiedział dopiero po trzech latach mailem, w którym przepraszał mnie, ale niestety to nie pasuje do ich programu. A ja mówię: "Pawle, coś chyba jest nie tak, bo ta książka się drukuje u was, ona jest w drukarni." - "Ojejku, przepraszam. Wszystko mi się pomyliło." To był właśnie Paweł Szwed. On był wspaniały i cudowny, ale czasem, podobnie jak mnie, myliły mu się adresy i wysyłał listy do różnych ludzi. Ale to oznacza też, że czytał maile również sprzed trzech lat i na nie odpowiadał.

WSZ - Chyba wszyscy w tym świecie literatury – o ile nie wyłączymy się pisać - to jesteśmy niesamowicie zabiegani. Może osoby z zewnątrz, które nas słuchają myślą, że to jest takie spokojne miejsce, gdzie ludzie mają dużo czasu, siedzą nad książkami, dłubią piórem w notesie. A to zupełnie tak nie wygląda w praktyce. 

MP - Nie. To jest szaleńczy pęd. Dzisiaj wydaje nam się, że trzy lata, to jak trzysta. Odkąd weszłam w ten świat ponad dekadę temu, to widzę zabieganych redaktorów oraz pisarzy i najróżniejszych reporterów z jakimś obłędem w oczach, którzy biegną z jednego terminu na drugi. Tu czegoś nie oddali, tam już powinni dawno oddać, odpisują na maila sprzed kilku lat. 

Kończąc poprzednią historię, to było tak, że ja rzeczywiście wysłałam ten maszynopis – wtedy jeszcze maszynopisy się wysyłało i wtedy zadzwoniła do mnie do domu, ponieważ podałam też numer stacjonarny, pani Barbara Miecznicka. Odbieram telefon, a tam: „Czy mogłabym rozmawiać z mamą?” To była lekcja nauki dla mnie, że gdy odbieram telefon, to powinnam posłużyć się jakimś poważniejszym głosem. Nigdy tego nie zapomnę. Próbowałam jej wytłumaczyć, że ja jestem najprawdopodobniej tą mamą. To się dobrze skończyło i usłyszałam wiele pięknych słów pod adresem „Tunelu”, mojego debiutu. Pamiętam, że to był naprawdę niesamowity moment. Trwało to później jeszcze 2 lata, zanim książka się ukazała. Ten telefon zapadł mi na zawsze w pamięć. Jestem jej niezwykle za to wdzięczna, bo dała mi coś bardzo ważnego – wiarę, że tych wiele lat spędzonych nad tą książką miało sens. Później to wszystko potoczyło się bardzo szybko. 

WSZ - I kupiłaś sobie torebkę ze światem. 

MP - Tak. 

WSZ - A co nosisz w takiej torebce?

MP - O kurcze, ja w tych torebkach noszę wszystko, zaraz sobie zobaczę. Mam przede wszystkim kalendarz, bo jestem taka oldschoolowa i lubię mieć jeszcze kalendarz. Oczywiście wszystko zapisuję w telefonie, ale oprócz tego czuję się pewniej, jak mam to jeszcze w kalendarzu. Poza tym to jest taki piękny kalendarz. Bardzo go lubię. Mieści się tam tysiąc różnych rzeczy – nie tylko kalendarzowych.

WSZ - Zapisujesz jeszcze w kalendarzu urodziny znajomych czy rodziny?

MP - O, tu mnie przyłapałeś. Bardzo kiepsko. W ogóle ani urodzin, ani imienin. Widzisz, jestem straszną egomanką i zapisuje tam tylko rzeczy, które dotyczą mnie, moich książek i oczywiście jakichś wywiadówek dzieci, czy jakichś ważnych terminów związanych z terminami lekarskimi dla dzieci. Tak poza tym, jest to raczej bardzo zawodowe i mało prywatne. 

WSZ - Fascynują mnie ludzie, którzy zapisują urodziny w kalendarzu, które przepisują je co roku...

MP - Daj spokój, to jest fascynujące, ale powiedz tak szczerze Wojtek, kto z nas miałby na to czas? Do jutra musisz oddać artykuł, pojutrze musisz oddać felieton. Za chwilę masz deadline, rozmowę z redaktorem, tam masz jeszcze coś innego. To w ogóle nie wchodzi w rachubę, żeby jeszcze znaleźć czas i przepisywać miliard urodzin, bo wiadomo, że w naszym świecie w pewnym momencie tych znajomych jest o wiele więcej niż nieznajomych na Facebooku, prawda? Każdy się z każdym zna. Chociaż, powiem Ci szczerze, że w Niemczech urodziny są niezwykle celebrowane. 

WSZ - To jest szaleństwo, większość moich znajomych Niemców rzeczywiście to robi. I mają pozapisywane te urodziny. Natomiast Niemcy w ogóle nie obchodzą imienin. Nie znają czegoś takieg. To jest zupełnie coś z kosmosu. Niemcy są bardzo zrytualizowani w takich kwestiach, jak urodziny, czy zaproszenia ślubne. 

MP - Absolutnie. Ciekawe jest to, że większość moich znajomych, którzy uwielbiają wypowiadać się na temat Niemców, odwiedzając co jakiś czas tylko Berlin opowiadają mi o tym, jak to Niemcy są mało rodzinni, jak to nie pielęgnują kontaktów, że życie solo jest najważniejsze. Chciałabym tutaj wszem i wobec powiedzieć, że to jest fałszywy obraz, ponieważ Niemcy są niezwykle rodzinni. Przykładają olbrzymią wagę do wszystkich świąt, czy celebrowania Bożego Narodzenia. Tutaj od lat w niedzielę wszystko jest zamknięte. Oczywiście jest to naród, który nie uczęszcza do kościoła już od bardzo dawna, ale mimo wszystko to wielbienie rytuałów, obchodzenia uroczystości, stało się wentylem dla ich niereligijności.. 

WSZ - Raz na rok nawet ja lubię Weihnachtsmarkt, choć dawniej wydawało mi się, że Niemcynie traktują go na serio.

MP - Nigdy nie zapomnę, jak ojczym z mamą targali mnie i brata na te Weihnachtsmarkty, czyli na te świąteczne rynki, na te wszystkie wursty, grzane wino… Byłam niezwykle poważną dwunastolatką, która przyjechała z Polski i uważała się za osobę wszystkowiedzącą. To był czas, gdy zastanawiałam się po co dalej żyć, przecież ja już wszystko wiem. I nagle trafiam z tej siermiężnej Polski lat 80. na Weihnachtsmarkt w Berlinie i zastanawiam się, o co tutaj chodzi. Stanie przy stoliku, picie grzanego wina, jedzenie kiełbaski i patrzenie sobie w oczy. Nie mogłam zrozumieć tej idei. Dla mnie wszystko musiało mieć cel i sens. Jeśli się spotykać, to na demonstracje. A tutaj nic. Ludzie sobie stoją, celebrują i konsumują. 
Niestety stała się rzecz, która stać się musiała. Dzisiaj, po wielu latach życia tutaj, zauważyłam, że sama uwielbiam Weihnachtsmarkt. Stało się to, co przytrafia się wielu Polakom – stajemy się bardziej niemieccy niż sami Niemcy. Trudno. Ja się do tego przyznaję. Uwielbiam Weihnachtsmarkt i te cholerne kiełbaski. 

WSZ - W południowo-zachodnich Niemczech jest jeszcze takie święto związane z winem.  Na mieście pije się produkt fermentacji winnej, o lekko jabłkowym smaku, który strasznie uderza do głowy. 

MP - O matko, jakie to jest pyszne. 

WSZ - Jak to się nazywa?

MP - O widzisz, zapomniałam. A nie tak dawno nawet dałam wywiad do gazety, która jest poświęcona tylko winu. I tam Pan, który zadawał mi pytania, uważał, że każdy pisarz po prostu kocha wina. Ja absolutnie nie kocham wina. Nie lubię wina i nie wiedziałam, co mam z tym wszystkim zrobić. Postanowiłam być, jak zwykle szczera i przyznać się, że ja jestem po prostu piwoszką. Ja piję piwo. Uwielbiam piwo, ale to wino wino uwielbiam.

WSZ - To nie było Federweisser?

MP - Federweisser! Właśnie. To jest coś wspaniałego. Wiele osób uważa, że to pochodzi z Francji. W każdym razie rzeczywiście jest to wspaniałe i uderza do głowy. To się zawsze konsumuje z tartą z boczkiem. Przepraszam bardzo wszystkich, którzy już nie jadają w Polsce takich rzeczy, bo wiem, że w Polsce połowa społeczeństwa nie je mięsa. Tutaj wciąż jest inaczej. Proszę żadnemu Niemcowi nie wierzyć, że on jest wegetarianinem, bo to jest nieprawda. Oni po prostu pochłaniają takie ilości mięsa, że to się w głowie nie mieści. Więc oczywiście to się spożywa z boczkiem. Właściwie mam wrażenie, że to jest bardziej boczek z tartą. 

WSZ - Ja to piłem bez zakąszania. I to był błąd. To smakuje jak jakiś soczek. 

\MP - Sączysz, pijesz i myślisz sobie: „Wow, jak będzie fajnie”. I potem jest fajnie przez kilka dni – rzeczywiście. 

WSZ - Tak, po którymś soczku odleciałem, więc rozumiem, dlaczego to boczkiem trzeba zagryzać…

MP - Ale można to zastąpić pewnie czymś innym, bardzo sytym, co pomoże przetrwać ten moment. Mój mąż prowadzi sieć sklepów spożywczych w Berlinie i on co roku walczy, żeby zdobyć Federweisser, To wcale nie jest łatwe, ale rozchodzi się na pniu. Ludzie są gotowi wydać na to całkiem spore pieniądze, bo to jest wbrew pozorom drogie wino, jeśli pochodzi z dobrych i sprawdzonych winnic.

WSZ - To już wiem jakie pijesz wino. A torebki kupujesz sobie z okazji kolejnych książek? 

MP - Przed naszym nagraniem postanowiłam sobie, że muszę trzymać język za zębami, bo wyjdzie na to – a tego bym nie chciała– że ja jestem łowczynią torebek. 

Na pewno jestem i na pewno uwielbiam ładne torebki... Ba! Kocham piękne torby i większość zarobionych pieniędzy niestety idzie na takie rzeczy, a ja sama później się za głowę łapię. Torebki z mapami to jest coś wyjątkowego, bo to są mądre torby. To znaczy, one nie są do końca tak całkiem mądre, bo tam są na przykład takie mapy, że jak na nie patrzę, to nie wiem, skąd oni je wzięli. Na niektórych jest jeszcze Czechosłowacja… 

WSZ - Czemu mówisz, że postanowiłaś trzymać język za zębami? Coś jest w tej polskiej kulturze, że u nas nie wypada powiedzieć, że po prostu lubi się torebki. 

MP - Ale nie tylko w polskiej. Na przykład w niemieckiej zaobserwowałam, że jest jeszcze gorzej. Do tego stopnia, że żeby czuć się komfortowo, jeśli jeździłam na spotkania w Niemczech – a miałam taki okres, że jeździłam głównie po Niemczech – to naprawdę bardzo dokładnie zastanawiałam się, w co się ubiorę i jaką torebkę ze sobą zabiorę. Starałam się nie przebierać za nikogo innego, bo wtedy to też wypada źle i niekomfortowo.

Wybierałam najskromniejszą Magdalenę z Magdalen w sobie, żeby czuć się w miarę dobrze. Rzadko kiedy zobaczysz na spotkaniach w Niemczech autorki, które ubierają buty na wysokich obcasach, albo mają większe dekolty w sukienkach. Te sukienki są przeważnie czarne. I tak większość preferuje spodnie, no i oczywiście te olbrzymie, szerokie, niekończące się szale. One mogą być jedwabne, mogą być dobrej jakości. To jakieś takie ukrywanie siebie za tymi chustami. Ja ich nie znoszę. Podczas gdy niemieccy mężczyźni są wypielęgnowani i niezwykle elegancko ubrani, a redaktorzy i wydawcy nie wstydzą się chodzić w drogich butach. Nawet w tym proletariackim Berlinie możesz przyjść ubranym bardzo na luzie, ale buty i teczka podkreślają status kosztują często ponad tysiąc euro. Na to rzadko kiedy pozwalają sobie niemiecki pisarki. 

Rzadko kiedy obserwuje się, żeby te osoby wyglądały jakoś szczególnie majętnie. Literaci, którym się udało w Niemczech, to są przeważnie ludzie zamożni, ale ukrywają swoje bogactwo.

WSZ - Wszyscy znamy i pamiętamy historię ze Szczepanem Twardochem. U nas pokutuje cały czas takie podejście, że pisarz, czy człowiek robiący w literaturze musi być biedny, najlepiej nieodkryty i przez nikogo nieznany. To widać też po niekórych decyzjach jurorskich i komentarzach. 

MP - Mnie jako pisarce absolutnie nie wypada wypowiadać się na temat tych nominacji, bo jednak widzę przede wszystkim siebie, jako pisarkę, a dopiero potem, gdzieś daleko po drodze – felietonistkę.

WSZ - To zobacz, jak wiele nie wypada pisarkom.

MP - Tak, ale wiesz dlaczego? Jestem z tej starej szkoły, która ceni tych piłkarzy, którzy po meczu nie wychodzą na wywiad i nie mówią: „Zagrałem tak i tak, ale moi koledzy popełnili błąd. Tu zrobili coś źle, tam wybiegli za murawę”. Mnie razi, gdy czytam nawet często ciekawe wywody moich znajomych pisarzy i pisarek o książkach innych pisarzy. Po prostu nie wypada. Piszę o książkach, ale tylko wtedy, kiedy książka mnie absolutnie zafascynuje, kiedy jestem nią zachwycona. Wtedy – tak. Ale nigdy jeśli mi się nie podoba. Mam cięty jęzor, dlatego wiem, że czasem powinnam zamilknąć. Chętnie wypowiem się na temat futbolu, czy czegokolwiek innego jak każdy, kto się nie za bardzo na czymś zna, ale wydaje mu się, że zna się na wszystkim. Ale nie na temat książek. 

WSZ - Mówisz, że wyszłaś do nas, słuchających podcastu Znad Mapy z jakiegoś świata, który Cię porwał i który opisujesz. Co to jest za świat tym razem?

MP - O Ty cwaniaku. To mi przypomina, wiesz co? Jak rozmawiam z Michałem Nogasiem na przykład i Michał Nogaś ze mną rozmawia to on doskonale wie, że nie chcę nic powiedzieć na temat nowej książki. A, że jestem gadułą, to tak z rozbiegu palnę i ciach! Ale już się wyszkoliłam przy Michale i nie dam się w to wciągnąć. Nie opowiem nic o tej nowej książce! Później Ci opowiem wszystko, po programie – wiadomo. Chciałabym jednak tym razem zachować to dla siebie. Oczywiście to jest trzecia część „trylogii berlińskiej”. Tyle mogę powiedzieć, ale nie chciałabym mówić, o czym ona jest. Nie wiem, czy już powinnam o tym mówić. To jeszcze nie jest ten czas. 

WSZ - Jak powiemy, o czym piszemy to później już się nie chce chyba tego pisać. Mam takie wrażenie. 

MP - Tak, coś w tym jest. Jest jeszcze jeden powód, a mianowicie moja wewnętrzna radość. Przy pisaniu książki, która bardzo mnie zajmuje i w której są wszystkie moje zmysły, jedynym momentem radości jest jej wymyślanie. Mogę zdradzić, że za chwilę muszę jechać do Rzymu i Wenecji, ponieważ muszę koniecznie przed napisaniem książki coś sama sprawdzić. Świat idzie do przodu, więc to, co było 30 lat temu, niekoniecznie pokrywa się z tym, co jest dzisiaj. Nawet w Rzymie i w Wenecji. 

Przeważnie podróżuję do miejsc, o których pisałam po napisaniu książki. Bo nie chcę, żeby mi te miejsca odebrały fantazję. Powieść jest czymś, co jest wymyślone, materiałem nad którym muszę zapanować ja i moja fantazja. A tym razem nagle wszystko jest istotne i muszę to zobaczyć. Chciałabym trylogię zakończyć z przytupem. Jestem w najszczęśliwszym momencie pisania książki. Bo samo pisanie to jest mordęga. Nie będę udawała jak większość polskich pisarzy… Gdy czytam jak to im lekko idzie, jak z rękawa się sypie i jak oni są zadowoleni z książki, którą napisali, to mi brakuje w tym wszystkim trochę pokory. Wierzę w szacunek do literatury i w szacunek do tego, że nie wszystko jeszcze potrafimy. 

WSZ - Filip Springer w rozmowie, która będzie w jednym z odcinków powiedział, że dzisiaj pewnie by “Miedziankę” napisał całkowicie inaczej, ale nie zamierza tego robić. Filip potrafi doskonale opowiadać o swoich problemach z poprzednimi książkami, bo dla niego chyba każda z nich jest swego rodzaju ćwiczeniem.

MP - Oczywiście. To jest właśnie świetne stwierdzenie, że każda książka jest ćwiczeniem. To niezwykle ważne i bardzo mi bliskie. Każdą książkę uważam za ćwiczenie i kolejną, wielką górę, po której się wspinam. To nie jest tak, że podchodzę do tego z lekkością. A już na pewno nie podchodzę z wielką lekkością do książek, które wcześniej napisałam. Nawet nie jestem w stanie ich przeczytać, ani przekartkować. Jeśli już muszę, to wtedy słucham audiobooka, bo nie mam innego wyjścia i modlę się, żeby to było jak najszybciej za mną. Jestem niezwykle krytyczna wobec tego, co napisałam. Nie dlatego, że uważam, że nie potrafię pisać, bo ja pisać potrafię, ale z każdą książką jesteśmy o coś mądrzejsi. „Tunel” był właśnie taką książką, która pokazała mi wszystko, czego nie potrafię i nad czym muszę jeszcze popracować. Zobaczyłam co jest moją słabości, a co siłą. Nie lubię jak idzie mi zbyt prosto, przecież nie mogę pisać książek, które przychodzą mi łatwo, bo nie o to chodzi w moim życiu. Mam określone zadania do wypełnienia. Kiedyś na pewno podaruję sobie taką lekką książkę, ale za to temat będzie trudny i nie dla wszystkich.

WSZ - Lekka książka o Hitlerze?

MP - Niedawno byłam we Wrocławiu na warsztatach z młodymi uczestnikami, którzy wygrali konkurs literacki. Niektórzy brali w ich udział kolejny raz. Patrzyłam nich i zadawałam im pytanie, czy to nie jest już czas, żeby się od tych warsztatów odczepić. Może trzeba poszukać oparcia gdzie indziej? Wyjść na szeroki świat? Na co oni stwierdzili, że wręcz przeciwnie. Że za każdym razem przyjeżdża ktoś nowy, kto może ich czegoś nauczyć, a nawet odwrócić do góry nogami wszystko to, czego uczył ich poprzedni wykładowca. Pod koniec przekonali mnie – uważam, że to jest fantastyczne, bo ja bardzo wiele od nich się nauczyłam. Nagle się okazało, że wciąż się uczę pomimo już dość dojrzałego wieku. W sumie przeczy to temu, co mówiłam wcześniej, bo jeśli ktoś uważa, że napisał świetną książkę, to niech sobie uważa. Może ja jestem troszkę zazdrosna, że ktoś ma aż tyle pewności siebie, żeby z taką pełną świadomością powiedzieć: „Jestem świetny. Jestem zajebisty. Napisałem znowu świetną, wspaniałą książkę”.

WSZ - To nas różni w literaturze od świata filmu, gdzie ludzie są przekonani, że zrobili coś niesamowitego, fantastycznego i wszyscy są proaktywni. My jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nam nie wypada, że najlepiej byłoby tak, żeby nas ktoś odkrył po śmierci i żebyśmy wtedy weszli do kanonu. Tylko że my się wtedy nie najemy tym za bardzo, 

MP - Zaczęło się wszystko od torebek, a skończyło na takich fundamentalnych sprawach. Za najzdrowsze uważam bycie w zgodzie z sobą, zrozumienie, że na przykład na ten moment nie jestem w stanie napisać niczego lepszego. Oczywiście, że każdą z tych moich dotychczasowych książek napisałabym inaczej. To jest tak jak z felietonem, do którego jak wracam po trzech dniach, to wywalam cały początek, bo sobie myślę: „Kurczę. Co to było?”. 

...

MP - Wiem, że musimy już kończyć, ale nie powiedziałam nic o tych torebkach, więc pozwól mi jednak obnażyć się i powiedzieć, bo czułabym się jednak nie w porządku, a chciałabym być uczciwa. Powiem tak: kocham torebki ponad życie. Tylko że kocham krótko, intensywnie i porzucam je. Nie noszę już torebek, które na przykład intensywnie nosiłam przez pół roku – muszę mieć nową. Ale oddaję je, więc one żyją dalej. Przeważnie oddaję je komuś, kto wiem, że bardzo by pragnął taką torebkę, czy pokochał. Wydaję bardzo dużo pieniędzy na torebki, przyznaję się. Kocham luksusowe torebki, ale muszą mieć duszę. Torebka musi do mnie przemówić. Wiem, że to nie jest zbyt modne i nie pasuje do wizerunku pisarki. Kocham też buty – nie tak jak torebki, ale bardzo je kocham. Ale w tym musi być coś więcej niż tylko ładny krój. To musi do mnie przemawiać.

WSZ - To jak przemawia ta torebka z mapą?

MP - Torebka z mapą daje mi poczucie, że świat jest ze mną, ja jestem ze światem; wyszłam w świat. Chociaż piszę w języku polskim, to zawsze chciałam pisać o czymś więcej niż o Polsce. Interesuje mnie świat, chcę wychodzić coraz dalej i rzucać się na tematy, które pozornie Polaków w ogóle by nie interesowały. Wiadomo, że Polaka interesuje Polska, Niemca interesują Niemcy. Przez historię, którą opowiadam wychodzę w świat i sięgam innych krajów, kontynentów. Sama jestem później zdziwiona, że się na to odważam. Myślę, że ta torebka jest tego wyrazem – przechodzenia kolejnych granic. Te torebki są trochę jak wolność. A wolność to najważniejsze słowo w moim życiu. 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Kto ocalił Izabelę Czajkę-Stachowicz?