Otwarte, Piotr Mikołajczak

[RECENZJA] Piotr Mikołajczak, "Norway. Półdzienniki z emigracji"

Wciągnęła mnie lektura “półdzienników z emigracji”, bo autor ma pióro lekkie i zapisał w swojej książce dziesiątki świetnych scen, sytuacji i anegdot z czasów pracy zarobkowej w kraju bogatym we fiordy i gaz, ale nie da się ukryć, że w pewnym momencie powtarzalność opowiadanych historii zaczynała nużyć, a książce dobrze by zrobiła dużo ostrzejsza selekcja i może odejście od chronologicznej, dziennikowej formy do bardziej reporterskiego zapisu.

Piotra Mikołajczaka gubi też momentami jego nadto lekkie pióro, bo gdy mi autor pisze o kobiecie, że jest “wyglądu antykoncepcyjnego”, to choćby później stawał po stronie elgiebetów, pokazywał się jako człowiek otwarty, tolerancyjny, udręczony i dość jednak sprawiedliwy, to ten “antykoncepcyjny” wygląd wlókł się za nim aż do końca tej - skądinąd ciekawej lektury.

Mikołajczak w Norwegii znalazł się po tym jak wspólnie z ojcem narobili długów w firmie, a sąd zobowiązał autora do regularnego spłacania całkiem potężnej sumy. Dlaczego Norwegia? To chyba jasne - “tam najwięcej zarabiają, tam za każdym zakrętem rozpościerają się piękne widoki, tam jest zorza i najważniejsze - tam nie ma kryzysu”. Podobne do Mikołajczaka motywacje kierują tysiącami Polaków, dzięki czemu jesteśmy największą mniejszością etniczną w Norwegii, o kilka długości stadionu wyprzedzając Litwinów i Somalijczyków. Ma to swoje zalety - łatwiej o kontakt, pomoc w znalezieniu pracy czy codziennym bytowaniu. Ma też wady - większość pracowników fizycznych, z którymi Mikołajczak się spotyka na swojej życiowej drodze to nie są grzeczne misie.

O ile opowieści o ludziach, którzy piją, dużo palą, klną i niekoniecznie przykładają się do roboty, wydają się być czymś niezbyt ciekawym, tak Mikołajczakowi udaje się w krótkich formach stworzyć ich naprawdę fascynujące i - na ile to możliwe - pogłębione portrety. Wychodzi z tego pewien smutny portret zbiorowy mężczyzn (większość pracowników fizycznych to faceci) polskich, którzy żyją gdzieś pomiędzy fantazją o gangsterskich superherosach jeżdżących nową beemką i utrzymujących harem nałożnic, a rzeczywistością samotnych, opuszczonych alkoholików z depresją. Cholernie to smutne i ten smutek udaje się autorowi naprawdę dobrze pokazać. Nie dość, że zimno, że warunki mieszkaniowe polskich robotników są beznadziejne, to jeszcze ta cała przeszłość, którą próbuje się ukryć przed kolegami, ale która zawsze w końcu wypłynie.

Jest też Mikołajczak człowiekiem niepozbawionym celnego humoru, który tylko niekiedy wpada do kategorii “suchar tygodnia”. Parskałem śmiechem czytając opisy lekcji religii (tak, nasz bohater poza składaniem mebli, sprzątaniem placów budowy czy wbijaniem gwoździ, najął się jako katecheta dla polskich dzieciaków), podczas których dzieci zupełnie nie kumają wielu konceptów teologicznych, czy gdy z ironią - ale bez wyższości - pokazuje jak mówią czy zachowują się nasi rodacy u “Norków”. Takie utrzymywanie balansu pomiędzy opisem trudnej rzeczywistości, a jednak ironiczną czy humorystyczną próbą jej opowiedzenia, bywa trudne i autorowi się to udaje, choć - patrz wyżej - skróciłbym mu to o połowę i byłaby z tego książka o wiele ciekawsza. Tylko zupełnie nie wiem co mu z tym “antykoncepcyjnym wyglądem” odbiło. Bo i to facet całkiem chyba przyzwoity i kreuje się na kogoś naprawdę mądrego, a o tym określeniu “mądre” na pewno nie można powiedzieć.

Trudno powiedzieć jaki portret samych Norwegów wyłania się z książki Mikołajczaka. Z jednej strony są to ludzie, którzy z pewnością nas zaskakują tym, że mogą oddalać od siebie wiele problemów codziennego bytowania, po prostu zlecając załatwienie tych spraw imigrantom. Z innej strony “Norway” pokazuje, że potomkowie Wikingów żyją w świecie iluzji, w którym łatwo im nie zauważać, że wokół utworzył się trochę podziemny świat zaludniany przez tysiące imigrantów, których warunki bytowe bywają zdecydowanie niehumanitarne. To nie są jakieś rewolucyjne wnioski, do których nie da się dojść bez lektury tej książki, ale z pewnością niby-dziennik Mikołajczaka trochę ułatwia dotarcie do nich.

To jednak przede wszystkim naprawdę sprawna i wciągająca opowieść o samotności, trudach harówy, niepewności jutra i depresji, bo i ten wątek co jakiś czas się w “Norway” pojawia. Gdyby jeszcze był na nią jakiś lepszy pomysł…

W książce są też zdjęcia Adama Gusta, który razem z autorem wyjechał do krainy gazem i koronami płynące. To trochę opuszczony w książce wątek, bo panowie w pewnym momencie postanawiają się rozdzielić i przez kilka lat o Adamie w dzienniku Piotra nie czytamy. A tu nagle książka ze zdjęciami. Dobrze by było tą narrację też jakoś dokończyć, bo wydaje się to niejasne i odrobinę zagadkowe. Nie mam zupełnie zdania na temat fotografii - zdjęcia w reporterskich książkach są dla mnie ciekawe tylko, gdy wykonuje je autor tekstu. W innym przypadku zawsze uważam je za zbędną ilustrację. Zadaniem tekstu reporterskiego jest mi opowiedzieć to, czego nie mogę zobaczyć.

Chcę być trochę miły dla Mikołajczaka, bo on naprawdę potrafi pisać, konstruować historie, radzi sobie z zabawnymi i lekko przerażającymi dialogami, co jest jednak osiągnięciem. Ale nie jestem w stanie być w pełni miły, bo widzę w tej książce potencjał na coś o wiele lepszego niż finalnie wyszło. Czy warto sięgnąć? Tak, wsiąknięcie na kilka dni i trochę wyskoczycie z własnej bańki, zobaczycie naszych rodaków trochę rodem ze Smarzowskiego, trochę z Kiepskich, a trochę jak z jakiegoś smutnego skandynawskiego filmy artystycznego, co to tuła się po europejskich festiwalach filmowych. Zwłaszcza, że podobnie jak takie filmy, książka Mikołajczaka jest po prostu za długa. Na skrzydełku napisano, że autor napisał dwa reportaże poświęcone Islandii - nigdy o nich nie słyszałem, ale zachęcił mnie, bym się im przyjrzał.
 

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?