Herito, Międzynarodowe Centrum Kultury, Robert Traba, Krzysztof Czyżewski, Goran Vojnović, Kapka Kassabova, Drago Jančar, Kristina Sabaliauskaitė

"Herito" - numer o niewidzialności

Też tak macie, że obiecujecie sobie co jakiś czas, że będziecie czytać magazyny, tygodniki opinii, a później kończy się to stertą wstydu, z którą nie wiadomo co zrobić? Z tygodnikami już dawno temu się poddałem, choć mam wdrukowany odruch kupowania “Polityki” do pociągu. Na szczęście są magazyny, które można czytać w dowolnym momencie, nawet kilka miesięcy po dacie wydania i dlatego jestem stałym i wiernym czytelnikiem “Karty”, a od jakiegoś czasu “Herito”, zwłaszcza że krakowski kwartalnik to nie tylko polscy autorzy i autorki, ale też w każdym numerze całkiem przyzwoity zestaw autorów spoza naszego kraju.

Ostatni numer “Herito” ma jeszcze jedną przesympatyczną cechę, otóż jest numerem podwójnym, zatem fakt, że zabieram się do napisania o nim przez już ponad miesiąc, nie wpływa na to, że wciąż zapewne możecie go nabyć. A numer to wart uwagi już choćby ze względu na nazwiska, takie jak Kristina Sabaliauskaitė, popularna w Polsce litewska pisarka, czy Kapka Kassabova, bułgarska reporterka i pisarka. Tematem numeru jest niewidzialność, a redakcja odwołuje się w koncepcie do Itala Calvina i jego “Niewidzialnych miast” (tłum. Alina Kreisberg), powieści będącej “zbiorem wyimaginowanych relacji z podróży”, jak głosi wikipedia i wstęp Jacka Purchli, zbieżność zapewne przypadkowa ale ironiczna.

O niewidzialności to w naszej części Europy dużo wiemy. Wystarczy choćby przypomnieć sobie “Miedziankę” Filipa Springera, czy historie wsi na Huculszczyźnie. Niewidzialność to niedostrzegalność, ale też zabudowywanie i obudowywanie, o czym znowu mówi dyskusja wokół wrocławskiego Solpolu - przeciwnicy budynku chcieliby, żeby przestrzeń publiczna była przezroczysta, wygodnie dostosowana do czasu, w którym żyjemy, uznając okresy przejściowe za mniej godne zachowania. A przecież dobrze wiemy, że najłatwiej zapomina się właśnie te chaotyczne czasy przemiany - tu znowu można odnieść się do wydarzeń roku 1945. Zatem niewidzialność rozumiana bardzo różnorako jest na pewno tematem, któremu warto poświęcić trochę uwagi.

Międzynarodowość tekstów w “Herito” jest w tym przypadku bardzo ważna i ciekawa, bo pokazuje, co za “niewidzialne” i warte odtworzenia, przypomnienia i rozpoznania uznają osoby z różnych państw Europy Centralnej i Wschodniej. I już sam wybór tematów jest bardzo znaczący.

Goran Vojnović, słoweński pisarz i reżyser, laureat nagrody Angelusa pisze o lublańskim osiedlu z wielkiej płyty, Fužine. Autor opowiada coś absolutnie dla nas oczywistego, że dawne Fužine było gwarne, “nieuporządkowane, pełne gniewu i napięć”, a dzisiaj zniknął już rozgardiasz, na którego miejsce weszła zwykła, nieciekawa dla artystów nuda. “W dzisiejszych Fužinach znam już niewielu ludzi, bo większość moich fužińskich przyjaciół wyprowadziła się stamtąd, tak samo zresztą jak ja”. Nie wiem, czy trzeba było nam słoweńskiego reżysera, by takie oczywistości przeczytać, ale może to zawsze dobrze wiedzieć, że wszędzie na świecie są ludzie, którzy z nostalgią rozpamiętują młodość i nie dostrzegają, że w opowieści o blokach brakuje opowieści o ich awansie klasowym. Tak samo Vojnović zupełnie nie zauważa, że wspominane przez niego osiedle dzisiaj jest zamieszkane przez imigrantów. Później - i to jest dopiero ciekawe - pisze o tożsamości jugosłowiańskiej, o tym, że “nigdy nie została mi dana możliwość wyboru Jugosławii jako nazwy dla mojej ojczyzny”. I to już jest o wiele ciekawsze niż nostalgia za blokowiskiem.

W ciekawsze miejsca i światy zaś zabierają nas Kapka Kassabova i słoweński pisarz Drago Jančar. On - do słoweńskiej wsi Topolove (ach jak to by ładnie wyglądało na koszulkach TopoLove) i nad Jezioro Ochrydzkie. I to jest bardzo ciekawe, pokazujące jak codzienność radzi sobie z historią, podziałami i granicami. Za to zupełnie kuriozalny jest tekst Luciana Boi o bułgarskim Bałcziku, miasteczku w północno-wschodniej Bułgarii, które w 1913 roku zostało częścią Rumunii. Miało to miasto to nieszczęście, że zakochała się w nim rumuńska królowa, Maria Koburg, która “zachwycona pięknem tego miejsca, zbudowała tu swoją letnią rezydencję” (wikipedia). Do miasteczka ściągali twórcy - malarze, rzeźbiarze i zamożni Rumunii. Opowieść Boi dotyczy głównie historii królowej Marii, rozbudowy jej rezydencji i jest przynudnym katalogiem osobistości zachwyconych lub - zapewne po to, by wyliczankę przedłużyć - odrzucających uroki Bałcziku. To akurat tekst, w którym to, co naprawdę ważne jest niewidzialne - los zwykłych mieszkańców miasteczka, kolonizowanych przez uprzywilejowane, zamożne warstwy społeczne. Opowieści o królowej znającej bankiera, który sprzedał jej kawałek ziemi nad morzem byłyby interesujące, gdyby je jednak uzupełnić o ludową historię tego miejsca.

Za to niezwykle zachęcający do polemiki jest tekst Sabaliauskaite. Uważam, że redakcja powinno go skonfrontować natychmiast z jakimś innym litewskim pisarzem, który akurat wyraziłby “litewsko-litewską” prawdę o Wilnie. Bo w tekście autorki “Silva rerum” Wilno to miasto, które traci swoją polską przeszłość, w zamian nie dostając niczego nowego. Zmieniane są nazwy placów, a - jak ubolewa pisarka - “nie ma popytu na historie ludzi, do czyich pałaców wprowadzono się”. No dobrze, może i nie ma, ale może jest tego też jakaś przyczyna? W Polsce też nie wszyscy hołdują dworkomanii i już powoli wiemy jakie są tego przyczyny. Pisarka sprytnie zestawia rugowanie z Wilna polskości z wycięciem kasztanowca, który rósł koło domu jej babci. Kasztanowiec wycięto, ale nadal rośnie on w jej “niewidzialnym Wilnie”. Nieświadomie jest tu powielana struktura opowieści o upadku cywilizacji, przeciwstawiana modernizacyjnej roli polskości.

Sabaliauskaite nie podoba się również to, że ochroną chce się otoczyć sowieckie brutalizmy, ale już najbardziej zaskakujący jest fragment, w którym pisze, że nie lubi… zamykania ulic na maraton rowerowy czy turniej koszykówki. “Wściekają mnie, kiedy czasami próbują przekształcić Wilno w wiejski kiermasz, ale skąd mieliby wiedzieć, czym jest miasto i jego tryb życia, orkiestra i walc cicho roznoszący się podczas miejskiej majówki…”. Zapraszamy do Warszawy! U nas to walce i polonezy w majówkę rozbrzmiewają na każdej rogatce! Sabaliauskaite zupełnie nie widzi, że pisze z perspektywy kulturalnej, uprzywilejowanej elity, która nie posiada miasta na wyłączność.

Mam na koniec jedną zagadkę dla was. Oto cytat: “Żeby zrozumieć, jak ważna była sól dla regionu zakarpackiego, wystarczy spojrzeć na jej obecny herb. Widnieje w nim niedźwiedź, który symbolizuje dziki, leśny i nieodstępny charakter tych ziem”. W tym akapicie niewidzialny jest związek przyczynowo-skutkowy, a jest to lead (i fragment tekstu) Andrija Lubki o - jak łatwo się domyślić - zakarpackiej soli.

Tym razem “Herito” trochę mnie rozczarowuje. Nie jestem w stanie zrozumieć niektórych pytań Agaty Wąsowskiej-Pawlik w wywiadzie z Robertem Trabą i Krzysztofem Czyżewskim, a redakcji zwrócę uwagę na to, że leadzie lub nagłówkach przed wywiadem, albo w pierwszym pytaniu warto napisać kim są osoby, z którymi się rozmawia, bo to zupełnie nie wynika z kilku pierwszych pytań. Warsztatowo wywiad otwierający numer jest wyjątkowo niestety przeciętny.

Czy będzie nadmiernym uproszczeniem jak napiszę, że teksty nie wymienione w recenzji aktualnego “Herito” bardzo mi się podobały? Pozwolę sobie na ten skrót, bo to jednak nie jest recenzja wydawnictwa, a internet - zatem połowa świetna, połowa dyskusyjna. To też dość wartościowe, bo ostatnie “Herito” rzeczywiście zmusza do zajmowania stanowiska i konfrontuje z tym, że na różnych etapach mentalnych jesteśmy w tej “naszej” Europie.

Ciekawe, że w tekstach, które miały krążyć wokół niewidzialności najczęściej można dostrzec właśnie ową przezroczystość. Może coś w tym jest, że kiedy skupiamy wzrok, by zobaczyć coś, czego pozornie nie widać, wciąż wiele przed nami umyka. Może dlatego jest “Herito” wyposażone w unikatową mapę Europy z zaznaczonymi miastami i nagłówkiem “niewidzialne miejsca”. Poleca się Państwu nowe “Herito”, czasem podniesie wam ciśnienie, ale też dostarcza sporo dobrej dla mózgu intelektualnej rozrywki.

Jak zawsze bardzo doceniam oprawę graficzną pisma, mimo kilku szpalt (i tłumaczenia na angielski) jest to pismo wyjątkowo czytelne i przyjazne zmęczonym oczom. Warto, zwłaszcza żeby mieć swoje zdanie.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Co miał na piersi wykłute Azja Tuhaj-bejowicz?