Dorota Masłowska, Wydawnictwo Literackie, Mariusz Wilczyński

[RECENZJA] Dorota Masłowska, "Bowie w Warszawie"

Był genialny debiut - “Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”. Były książki fantastyczne, jak “Paw królowej”, którego fragmenty znam na pamięć do dziś, co jest u mnie rzadkim przypadkiem i dotyczy raczej klasyków. Były w końcu i te trochę mniej - na wspomnienie lektury “Kochanie, zabiłam nasze koty” mam w ustach fantomowy piasek. Dorota Masłowska przyzwyczaiła nas nie tylko do tego, że ma fantastyczne wyczucie języka, ale też opowiada coś niezwykle prawdziwego o ludziach żyjących w nadwiślańskiej krainie. Czy tak jest też w “Bowiem w Warszawie”?

Masłowska na warsztat (a przynajmniej do tytułu) wzięła temat-błyskotkę - miejską legendę o Bowiem, który wysiada z pociągu w Warszawie, a w czasie pobytu w naszej stolicy kupuje płytę zespołu Śląsk. Do tego dodała wątek lesbijski, wspomnienia z powstania warszawskiego i PRL trochę wyszydzony, a trochę z nostalgią pogłaskany. Efekt jest chaotyczny, język momentami zaskakująco jak na Masłowską “papierowy”, a historia tylko czasem wciągająca.

Wróćmy jednak do legendy. Zaczynamy w pociągu z Moskwy, z którego wjeżdżający do Polski Bowie podziwia "tężejącą zieleń nieskończonych łąk", a na nich pasterki miłośnie zawodzące. Koniec sielanki, czas na miasto. Przenosimy się do mieszkania w wielki bloku, "jednego pomieszczenia, w którym upchnięto wiele pomieszczeń".

Mieszka tu plutonowy Wojciech Krętek, który nie sypia najlepiej - coś go "dręczy, swędzi i domaga się wypowiedzenia". Tym czymś, a raczej kimś jest Dusidamek z Mokotowa.

"To w naszej wolnej demokratycznej ojczyźnie
ludowej nie ma racji się wydarzyć”.

Plutonowy w ukryciu przed żoną pisze dziennik, będący w wykonaniu Masłowskiej jawną kpiną z literatury socrealistycznej, a miłośnicy Wisławy Szymborskiej z łatwością odczytają mrugnięcie okiem do jej “Gawędy o miłości…”, którą to niektórzy z nas byli maltretowani przez szkolnictwo podstawowe:

W zaułkach zaś, na obrzeżach, roi się robactwo.
Serce mieć z plastyku? Nie czuć, nie widzieć?
Codzienności podmiejskich wysypisk, gdzie
starzy ludzie – czy jeszcze wciąż ludzie? –
durzą się denaturatem…
Dramatyczno-komiczny plutonowy Wojtek użalający się nad szaletami, “gdzie pederaści zwodzą za parę złotych wyrostków na hańbę… tak moralną, jak fizjologiczną” spotka za chwilę (a właściwie wcześniej, bo pojawia się retrospeckcja) Reginę, “stworzenie lat około dwudziestu”, które - jak pisze autorka w didaskaliach - nosi urodę “tak, jakby ktoś przymusem narzucił jej na ramiona ciepły koc, może przydatny, ale krępujący ruchy i na dłuższą metę ciężki”. Regina zamierza zakończyć swój ziemski żywot i nie jest zachwycona ratującym ją milicjantem.

Cięcie. Dwie kobiety rozmawiają o Dusidamku. Rozmowa szybko skręca w kierunku historii pijanego męża, który w napadzie złości zaczął ją dusić. Cięcie. Ktoś woła Reginkę… a resztę państwo doczytają, albo obejrzą na deskach Teatru Studio, bo choć nie jest to najbardziej udane przedstawienie, to trochę warto.

Jest książka genialna w scenach, do których Masłowska nas już przyzwyczaiła - kobiecych monologów o popowstańczej Warszawie, opowieści “Warszawianki wszawianki”, czy kłótni sióstr o to, która z nich niosła znaleziony po wyzwoleniu nachtkastlik. Lekko absurdalne, smutne i zabawne jednocześnie, są pełne językowych błyskotek i wspaniale płyną. “Babskie gadanie” u Masłowskiej - co znamy dobrze z “Między nami dobrze jest” - mogłoby wystarczyć za całą sztukę.

To, co mi się najbardziej podobało w “Bowiem…” to właśnie opowieść o kobietach i ich nadwiślańskim losie, przed którym nie ma ucieczki. W domu patriarchat, na ulicy patriarchat i nawet bycie lesbijką nie ratuje tu jakoś radykalnie sytuacji. Dusidamek krążący po Warszawie daje Masłowskiej sposobność przyjrzenia się temu jak kobiety mówią o sobie i jak inni - tj. mężczyźni - mówią i traktują kobiety. Wychodzi z tego momentami opowieść jakoś dobrze nam znana i przejmująca.

Są też jednak mielizny, jak choćby sceny z dyrektorem księgarni przyjmującym Reginę do pracy i wyzłośliwiający się nad niejakim Wojciechem Krempińskim, pisarzem aktualnie ponoć popularnym. Jest to zabawne, niby trochę krytyczne wobec czytelników i krytyki tworzącej literackie mody, ale wydaje się być trochę watowaniem sztuki, żeby to jednak miało swoją objętość.

Nie da się pisać o tej sztuce bez zdradzenia jej zakończenia. Przerażeni mieszkańcy biorą Bowiego za Dusidamka i piosenkarz musi brać nogi za pas. To jasno czytelna (czy aż nie za bardzo czytelna?) metafora tego, że społeczeństwo nie było (i może nadal nie jest) na prawdziwą rewolucję, którą niesie mu queer. Odkrywanie własnej seksualności przez Reginę z wydatną pomocą Bogumiły, która trochę czasu spędziła na Zachodzie, czuwający nad całością queerowy artysta - z jednej strony bardzo to miłe, że ktoś przypomina o istnieniu w PRL lesbijek, bo to temat zupełnie przez polską prozę i reportaż opuszczony, z drugiej - znowu wszystko to musi być przyjść z Zachodu. Trochę mimo wszystko to stereotypowe.

Bo mimo wszystko zastanawiam się, czy w “Bowiem…” Masłowska nie zrealizowała po prostu listy tematów obowiązkowych, które powinny się pojawić we współczesnej opowieści o PRL - bohaterka z depresją, popowstańcze wspomnienia i trauma wojny, ksenofobia i homofobia, patriarchat i przemoc, tęsknota za Zachodem, do tego kilka lekko komediowych postaci, żeby jednak lżej było, Bowie jako bohater przyciągający uwagę potencjalnych czytelników i dość prosty symbol… trochę tego dobra w najnowszym dramacie Masłowskiej za dużo.

Tak czy inaczej lekturę “Bowiego…” Państwu polecam, bo są w nim fragmenty niezrównane, a refleksja o Polsce smutna jak ta kanapka, co zawsze przykleja się do podłoża posmarowaną masłem stroną. Wiemy, że tak się to musi skończyć, ale nadal nam przykro.

Ilustracje do książki zrobił Mariusz Wilczyński, który jest oczywiście w swoim fachu świetny, ale z okładką "Bowiego..." to jednak miałem same problemy - po chwili patrzenia na nią było mi zwyczajnie niedobrze. Opt-art zdecydowanie nie jest sztuką dla mnie.

dwa komentarze

Dioniza

16.03.2022 10:57

Przeczytałam i podpisuję się pod recenzją. Jedna tylko uwaga, nie czuję się zmaltretowana przez wiersz Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości ziemi ojczystej". Uwielbiam go, a dopisana do niego historia kompletnie mnie nie interesuje.

Dioniza

16.03.2022 10:58

Przeczytałam i podpisuję się pod recenzją. Jedna tylko uwaga, nie czuję się zmaltretowana przez wiersz Wisławy Szymborskiej „Gawęda o miłości ziemi ojczystej". Uwielbiam go, a dopisana do niego historia kompletnie mnie nie interesuje.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak ma na imię ojciec Izabeli Łęckiej?