Znak, Aleksandra Młynarczyk-Gemza

[RECENZJA] Aleksandra Młynarczyk-Gemza, "Zapiski wariatki"

“schizofrenia jest domem bożym” pisał Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Tomasz Bąk dodawał: “Połączyłem kropki, których nie powinienem/ i dostałem za to receptę na zolaxę”. Aleksandra Młynarczyk-Gemza pisze zaś: “Muszę zawozić schizofreniczkę we mnie do lekarza orzecznika ZUS, umawiać ją do psychiatry i psychoterapeuty”.

“Zapiski wariatki” to momentami porywający opis życia osoby z doświadczeniem choroby psychicznej. Co ciekawe, samo słowo “schizofrenia” pada tu zaledwie cztery razy. Słowo “wariat” gości na kartach tej opowieści znacznie częściej.

Sam tytuł już daje do myślenia. Oto osoba chorująca na schizofrenię używa stygmatyzującego określenia, by opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Przejmując je dokonuje podobnego zabiegu jak osoby, które nie chcąc dać się wpisać w społeczną, genderową normę, przejęły słowo “queer”, czy osoby z niepełnosprawnościami, gdy przejmowały określenie “crip”.

W polskiej literaturze niekoniecznie ostatnich lat, ale na nowo obecnej w księgarniach, spotykamy się w z tym w “Ślepaku” Jadwigi Stańczakowej, która obraźliwe określenie bierze na sztandar, zachęcona do tego przez Mirona Białoszewskiego. Tkaczyszyn-Dycki ironicznie rymował ze słowem “wariat”, "antykwariat", choć najczęściej używa wieloznacznego określenia “choroba”, nawet gdy bez problemów odczytujemy o jakiej chorobie opowiadają jego wiersze. Zabieg Młynarczyk-Gemzy ustawia czytelnika, razem z intrygującym zdjęciem wykonanym przez autorkę, sprawia, że książka jest wyzwaniem rzuconym tym, którzy po “Zapiski…” chcą sięgnąć. Wyzwaniem, które warto podjąć, bo to co znajduje się w “Zapiskach…” to pełna pasji, irytacji, złości, ale też niekiedy smutnej rezygnacji, czy pogodzenia się ze światem, opowieść nie tylko o doświadczeniu choroby, ale byciu w niej kobietą, pacjentką, podmiotką.

Świat, który dopadł bohaterkę książki Młynarczyk-Gemzy zdecydowanie do przyjaznych nie należy. To świat, w którym są "kuzynki businesswoman", które uznają twój pobyt w szpitalu za "antyspołeczną formę urlopowania", a prośba o przywiezienie ci rzeczy z mieszkania będzie dla nich trudna do spełnienia, ze względu na niechęć "publicznego reprezentowania interesów wariatki". Cóż - "wariaci", jak pisze autorka, są trudni do zniesienia przez kapitalistów, bo "rzadko zostają pracownikami miesiąca".

"Polskie psychiatryki są bardzo retro", z przekąsem stwierdza narratorka książki. "Musi za tym stać jakiś fanatyczny scenograf powołany przez Ministerstwo Zdrowia", pisze i porównuje je do “Portierni”, pracy Roberta Kuśmirowskiego, która jest po prostu zakonserwowaną portiernią czasów PRL. Dzieło to można oglądać w MOCAKu, choć pewnie też jeszcze w rzeczywistości niemuzealnej znajdziemy przykłady sprawnego zakonserwowania przeszłości. Szkoda, że akurat też w ochronie zdrowia. “(...) dla polskich wariatów zarezerwowany mamy styl ‘vintage’, jak w najmodniejszych berlińskich knajpach”, pisze Młynarczyk-Gemza.

To niesamowicie bogata w szczegóły i sytuacje opowieść, w której - choć pewnie najciekawsze dla ciekawskiego czytelnika - opowieści o szpitalach mieszają się z opowieściami o doświadczeniu bycia kobietą, odkrywaniu go - fascynujące rozdziały poświęcone są cielesności, czy menstruacji. Dla mnie interesujące są niesamowicie uczciwe i ironiczne opowieści o byciu artystką, co oznacza “dostarczania drogą internetową licznych i różnorodnych dzieł sztuki wraz z polskimi i angielskimi opisami”.

Na niemal trzystu, gęsto zapisanych stronach, Młynarczyk-Gemza miesza opowieść czerpiącą z autobiograficznego doświadczenia z fikcją, która potęguje doświadczenia bohaterki “Zapisków wariatki”. Jest to literacko niesamowicie sprawna, pełna - co już kilka razy podkreślałem - gorzkiej ironii, diablo inteligentne i niezwykle samoświadoma opowieśc. Jednocześnie Młynarczyk-Gemza, a raczej jej bohaterka nie reprezentuje nikogo poza sobą, nie jest to opowieść, po której będziemy mogli mówić, że “autorka opisała doświadczenie osób doświadczających choroby psychicznej”. Indywidualizm bohaterki “Zapisków…” i jej niechęć do świadczenia za innych są tu niezwykle wyraźne, co w pewien sposób różni ją od innych ważnych książek opartych na autobiograficznym doświadczeniu, próz tożsamościowych, w których ujawnieniu się podmiotu towarzyszy często apel do społeczeństwa.

“Zamiast nirvany oberwało mi się kosmicznym gównem”, pisze bohaterka “Zapisków wariatki”, jednak w finale swojej opowieści dochodzi do momentu nirwany, gdy jej głos “w końcu uwolnił jakąś wielką partię energii”. A, że działo się to w pociągu PKP? Los z ironią dobiera scenografie do naszych epifanii.

Bardzo ciekawa, świetna językowo, wartko napisana opowieść, której nie zaszkodziłyby może mniej łaskawe redakcyjne nożyczki, co nie znaczy, że nie warto - warto, bo takich głosów w polskiej literaturze nie mamy wielu.

Skomentuj posta

Proszę odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywał się chomik Ewy Kuryluk?